Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Parkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Parkins. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 listopada 2012

William Hooker - Black Mask (diapazon.pl)

William Hooker to postać, która w równym stopniu znana winna być entuzjastom muzycznej awangardy, jak i punk rocka. Przez wiele lat bowiem był współpracownikiem znanej grupy Sonic Youth. Z drugiej strony, co najmniej od początku lat 90. Hooker penetruje coraz to inne ścieżki muzyczne, współpracując z awangardowymi muzykami. Trudno nawet w części scharakteryzować muzykę prezentowaną przez Hookera podczas owych awangardowych wycieczek. Zmieniają się składy, koncepcje... Nie inaczej jest z jego ostatnią płytą zatytułowaną "Black Mask".

Płyta zawiera 9 utworów nagranych w czterech składach instrumentalnych: trzech duetach oraz utwór solowy. Jest też ta płyta reminiscencją koncertów, jakie Hooker dawał w klubie Knitting Factory z różnymi wykonawcami, którzy - jak sam pisze - byli ważni dla wykreowania jego muzyki. Prezentowani na płycie: Andrea Parkins, Jason Hwang i Roy Natanson to zaledwie drobna cząstka tych, z którymi Hooker pokazywał "Black Mask".

Szczerze powiedziawszy chciałbym zobaczyć wszystkie odsłony "Czarnej Maski". Pozwoliłyby mi zrozumieć na czym polega jej wspólna koncepcja, bowiem muzyka zaprezentowana na płycie zdecydowanie różni się w zależności od współpracującego z Hookerem muzyka. O ile z Andreą Parkins muzyka jest elektroniczną (co zrozumiałe ze względu na instrumentarium) awangardą, której chyba najbliżej do poczynań eksperymentatorów związanych z tzw. nowymi brzmieniami. To z Jasonem Hwangiem przywodzi na myśl duety Leroya Jenkinsa. Z Royem Nathansonem z kolei Hooker prezentuje niemal coltrane'owski free jazzowy duet. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że znakomita część tej muzyki została wyimprowizowana. Być może zatem to co łączyło poszczególne odsłony "Black Mask", to była swobodna improwizacja? Przyznam, że najbardziej podoba mi się duet z Hwangiem, podczas którego ten ostatni ukazuje się jako wyśmienity skrzypek o free-awangardowej prowinencji, co jest tym bardziej istotne, że w ostatnim czasie jakby mało było tego typu muzyków.

Płyta może się podobać lub nie - nie powinna jednak pozostawić nikogo obojętnym na zawarte na niej dźwięki.

Mam jednak swoją uwagę natury technicznej. Nagranie zostało tak zrealizowane, że od razu wiadomo, że jest to płyta perkusisty. Niestety sposób nagrania prezentuje na pierwszym planie grę perkusisty, do której niejako dodatkiem są dźwięki grane przez innych muzyków. To wielka szkoda, bowiem wydaje się, że właściwsze proporcje ścieżek umożliwiłyby zdecydowanie lepszy i pełniejszy odbiór prezentowanej muzyki.

William Hooker - Black Mask, Knitting Factory, KFW-305, 2002, recenzja pierwotnie ukazała się w diapazon.pl dnia 11.11.2002 r.

sobota, 1 grudnia 2007

Czasy się zmieniają, czyli Eskelin/Parkins/Black

Niewątpliwie. Muzyka też. I w zasadzie już może być uznane, że o niedzielnym (25.11.2007) koncercie tria Ellery Eskelin, Andrea Parkins i Jim Black, jaki odbył się w krakowskim klubie RE powiedziałem wszystko. Niemal. I nic.
Idąc na koncert, w pamięci miałem ich występ z 2002 r. Także późniejsze ich płyty. Wydawać by się mogło, że w formie tria, powiedzieli już wszystko co było można i czas je, najwyższy, rozwiązać. Inaczej można wyłącznie odcinać kupony do stworzonej już raz muzyki.
Tymczasem krakowski koncert (nie wiem, jak było na innych) był dla mnie sporym zaskoczeniem. Oczywiście formuła tego tria, wciąż eksperymentalna, zwykła się jednak obracać w ramach "jakiegoś" jazzu. Mniej bądź bardziej jazzową była, znaczy się. Niedzielny koncert zaprezentował odmienne brzmienie i koncepcję zespołu. Jeśli miałbym już jakoś go klasyfikować, to bliżej tam było do rockowej awangardy niż jazzu.
Wszystko zaczynało się w rytmie, a ten był miarowo nam dostarczany przez Jima Blacka. O muzyku tym napisano już tony. O jego wrażliwości. O doskonałości technicznej. Jim Black AD2007 to totalne, acz inteligentne, łojenie w perkusję. Rock, hard, hardcore, mocno dosadnie. Bez chwili wytchnienia. I na tym skończymy "kanał prawny", jak być może jeszcze niektórzy pamiętają "eksperymentalne" audycje PRII, sprzed lat.
"Kanał lewy" zapewniał Ellery Eskelin. W zasadzie najkrócej można byłoby napisać: saksofon tenorowy, improwizacje. Otóż właśnie, jego rola sprowadzała się do jednej długiej improwizacji, o jazzowym rodowodzie niewątpliwie, położonej na tym co czyniła Parkins oraz łojeniu Blacka. Niczym nie zaskoczył, bo tego typu jego grę znamy doskonale z płyt. W miarę ostro, jednakże zwracam uwagę na słowo "w miarę", bo w kategoriach wagowych do jakich przyzwyczaił Brotzmann, czy Gustafsson, Eskelin nie startuje.
"Środek" to Andrea Parkins. I jej akordeon, laptop i klawisze. W zasadzie, to chyba jeden klawisz. Plamiasto, głośno. Żadnego tkania fakturek pod improwizacje Eskelina. Mocno i głośno jakby w ręce dzierżyła nie akordeon, a gitarę i to w jakimś punkowym zespole.
Jeśli zatem brać pod uwagę muzykę tego koncertu, trio zmierza w jakimś sobie znanym kierunku, stanowiąc samemu sobie ster i okręt. Rock, to czy nie rock. Jazz, czy nie jazz. Nie ma znaczenia. Raczej to muzyka nie dla adeptów już jazzu, jak poprzedni ich krakowski koncert, ale prędzej dla osób wychowanych na rockowej awangardzie, bądź przynajmniej rocku.
Żeby kropkę nad "i" postawić. Mi się ta muzyka względnie podoba. Zaś Eskelin wraz z towarzyszami wybrał chyba lepszą drogę od rozmycia się w awangardowych, a zarazem miałkich brzmieniach. Pomimo jednak rockowego oparcia, myślę, że nie będzie mógł liczyć na nowych admiratorów swej muzyki spośród fanów tej muzyki. Problematycznie też widzę przyszłość jego pośród fanów jazzu. Zatem znów, jak wiele lat już temu, kiedy trio to powstawało "pod prąd" wszelkim trędom? Against all odds? Może...