Czy jest muzyka, w której można się zakochać? Dla mnie jest. Od wielu, wielu lat jestem zakochany w piosenkach i pieśniach śpiewanych przez Billie Holiday.
Kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem, a usłyszałem wówczas jej już późne nagrania, myślałem, że śpiewane są przez bardzo starą kobietę. Nie kobietę w podeszłym wieku - po prostu starą. Dopiero potem zdobyłem świadomość jej tragicznego życia. Dopiero potem zrozumiałem, dlaczego w tych miłosnych niekiedy wyznaniach tyle smutku, tyle nostalgii i jakże by inaczej - tyle tragedii. Dopiero wtedy doszło do mnie, że słucham kobiety w pełni wieku, trzydziesto, czterdziestoletniej. Cassandra Wilson (którą również bardzo cenię i lubię) też jest w tym wieku - porównajcie.
"Music for Torching" wydana pierwotnie w 1955 roku przez Clef, a wznowiona czterdzieści lat później przez Verve nie jest niczym szczególnym w dokonaniach Lady Day. Ot płyta zawierająca ballady znane na wylot, jak ellingtonowskie "Prelude to a Kiss", "Come Rain or Come Shine" Arlena i Mercera, czy "A Fine Romance" Kerna i Fields. Gershwin, Ellington, Porter... sami wspaniali twórcy muzyki. Muzyki, która doskonale znana z różnych wykonań, tak instrumentalnych jak i wokalnych wydaje się często wręcz nudzić. Ileż razy można słuchać tego samego. Jednak, po chwili zastanowienia zawsze odpowiem - w wykonaniu Holiday - zawsze. Ta kobieta, ta wokalistka była wokalnym jazzem swoich lat. I długo potem. I to mimo, że wcale nie jest jakąś super wokalistką o niesamowitej skali, niespotykanych walorach głosu. Jednak, jeśli jazz (przynajmniej wówczas) był muzyką duszy, muzyką czarnej duszy, to Holiday, tę duszę potrafiła doskonale oddać. Albo inaczej - to ona nią była. Jest wokalistyki jazzowej środkiem. Można śpiewać zupełnie inaczej, ale od Holiday się nie ucieknie. Bo zawsze przypomni się jak można wyśpiewać siebie. A Holiday czyni to w każdym słowie, w każdej frazie, dźwięku. Co z tego, że od tamtych lat, narodziły się całe pokolenia wokalistek, które śpiewają lepiej, czyściej, mają lepsze walory głosowe... Wymieniać można byłoby bez końca, bowiem Holiday (podobnie jak Armstrong) jest zaprzeczeniem klasycznego piękna w śpiewie. Jednak ona jest i nie przemija od kilkudziesięciu lat, a inne nadchodzą, zaśpiewają, i odchodzą. Pamięć po nich też. Pamięć o Holiday trwa.
Ta płyta ma też jedną niewątpliwą zaletę - nie gra na niej Oscar Peterson, a wyśmienity dla Holiday akompaniator - Jimmy Rowles. Składu dopełniają Harry "Sweets" Edison i Benny Carter. Jedynie żal, że nie gra tu Lester Young. Byłoby doskonale. Jest po prostu bardzo dobrze. Polecam. Ta muzyka to smutek, który może powodować uśmiech na twarzy
Billie Holiday - Music for Torching, Verve 527 445-2, 1955/95.
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl dnia 25.08.2004
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billie Holiday. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billie Holiday. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 19 maja 2015
poniedziałek, 18 maja 2015
Billie Holiday - Lady Day & Prez (diapazon.pl)
Przyznam, że ilekroć słucham takiej muzyki, tylekroć jestem wzruszony. Ile bym dał za podróż w czasie. Znaleźć się w jakimś zadymionym klubie, w którym na scenie występuje Billie Holiday, a przygrywa jej Lester Young! Mężczyźni w nienagannie skrojonych garniturach, kobiety we wspaniałych wieczorowych kreacjach... szampan, wino, whisky... chyba jestem nostalgiczny...
Nigdy nawet nie starałem się próbować kryć swej fascynacji Lady Day... Billie Holiday. Ja ją kocham, niezależnie od tego, czy śpiewa w swych najlepszych latach, czy też są to nagrania późniejsze, kiedy głos jej już nie dopisywał. Są inne. Są.... cudowne.
"Lady Day & Prez" jest oczywiście składanką. 24 utwory na niej zebrane prezentują nagrania wielkiej Lady Day z bodaj najwspanialszego okresu, początku lat 40., kiedy to utraciła już młodzieńczą witalność, nabrała delikatnego szlifu, patyny wręcz... zaś głównym jej akompaniatorem został nie kto inny, lecz bodaj najwybitniejszy tenorzysta tamtych lat i chyba jednak jeden z najwspanialszych saksofonistów wszech czasów - "Prez", czyli Lester Young.
Te nagrania są kwintesencją melancholijnego swingu. Dobór ich zaś przedni. Mamy tu zatem największe przeboje Holiday - "All of Me", "Me, Myself and I", "Mean to Me", "The Man I Love", czy "Let's Do It (Let's Fall In Love)". Zabrakło "God Bless The Child", czy "Strange Fruit", jednak w zamian możemy docenić swingowo-taneczne oblicze Smutnej Pani. Pewnym zaskoczeniem i dość rzadko prezentowanym utworem może być spopularyzowane przez Raya Charlesa "Georgia In My Mind", w jakże innym wykonaniu.
Nic już nie będę pisał. Po prostu słuchajcie, grajcie na prywatkach... To był jazz. Cudowny, wspaniały, niemal jedyny. Dodatkową zaletą winna być cena - nagrania wydawane przez Giant of Jazz nigdy nie należały do drogich.
Billie Holiday - Lady Day & Prez, Giants of Jazz, 53006, 1998.
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl dnia 8.07.2004 r.
Nigdy nawet nie starałem się próbować kryć swej fascynacji Lady Day... Billie Holiday. Ja ją kocham, niezależnie od tego, czy śpiewa w swych najlepszych latach, czy też są to nagrania późniejsze, kiedy głos jej już nie dopisywał. Są inne. Są.... cudowne.
"Lady Day & Prez" jest oczywiście składanką. 24 utwory na niej zebrane prezentują nagrania wielkiej Lady Day z bodaj najwspanialszego okresu, początku lat 40., kiedy to utraciła już młodzieńczą witalność, nabrała delikatnego szlifu, patyny wręcz... zaś głównym jej akompaniatorem został nie kto inny, lecz bodaj najwybitniejszy tenorzysta tamtych lat i chyba jednak jeden z najwspanialszych saksofonistów wszech czasów - "Prez", czyli Lester Young.
Te nagrania są kwintesencją melancholijnego swingu. Dobór ich zaś przedni. Mamy tu zatem największe przeboje Holiday - "All of Me", "Me, Myself and I", "Mean to Me", "The Man I Love", czy "Let's Do It (Let's Fall In Love)". Zabrakło "God Bless The Child", czy "Strange Fruit", jednak w zamian możemy docenić swingowo-taneczne oblicze Smutnej Pani. Pewnym zaskoczeniem i dość rzadko prezentowanym utworem może być spopularyzowane przez Raya Charlesa "Georgia In My Mind", w jakże innym wykonaniu.
Nic już nie będę pisał. Po prostu słuchajcie, grajcie na prywatkach... To był jazz. Cudowny, wspaniały, niemal jedyny. Dodatkową zaletą winna być cena - nagrania wydawane przez Giant of Jazz nigdy nie należały do drogich.
Billie Holiday - Lady Day & Prez, Giants of Jazz, 53006, 1998.
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl dnia 8.07.2004 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)