Muzycy kwartetu znają się jak łyse konie. Występowali ze sobą w przeróżnych składach. Chyba każdy już z każdym. Jeśli nawet nie, to Wheeler i Holland winni być ogniwem spajającym. To słychać.
Mimo że, o ile się nie mylę, skład, który nagrał tę płytę powstał właśnie przy jej okazji i raczej nie zagościł długo w jakichś trasach koncertowych (o ile one były), to muzyka zagrana przezeń stanowi niewątpliwy przykład wspaniałego, zespołowego zgrania. Zdaje się być to tym trudniejsze, że w przeciwieństwie do wielu innych, wybrał on formułę gry bez perkusji. Sam skład, jak również muzyka zawarta na płycie, przywodzą na myśl tradycję cool jazzu. Oczywiście nie jest to jazz rodem spod pióra Mulligana wraz z Bakerem. Niemniej jednak, mam właśnie takie wrażenie, że słuchając tych nagrań, wsłuchuję się we współczesną implementację cool.
Czy zatem muzyka ta gdzieś przestała istnieć w mrokach dziejów? Przecież tego typu nagrań pojawia się – mimo wszystko – wiele. Stanowią one dla mnie, podobnie jak różne trawestacje bopu, czy free jedynie upewnienie się w pewnej tezie, diagnozie, że "stare" gatunki jazzu, w rękach mistrzów są nadal aktualne.
"Co teraz?" pytają muzycy. Cóż, każdy z nich, w macierzystych formacjach daje własną odpowiedź. Razem, zdają się pytać co dalej i w sumie pozostawiają to pytanie bez odpowiedzi. Muzyka, zawarta na tej płycie jest niewątpliwie piękna. Cudnie nagrana. Bez trudu śledzić można każdy dźwięk, każdą, jakże czytelną frazę. Ale co u licha jasnego, dalej? Cóż, chyba zakłopotanie, w które wprowadza nas ten tytuł nie będzie łatwym drogowskazem. Ślepy zaułek, czy dalsze możliwości? Doszliśmy do wyeksploatowania stylistyki, czy też wskazane zostały dopiero jej perspektywy? Niełatwe to pytania, zwłaszcza, że przecież takiego, wyciszonego jazzu powstaje rok w rok mnóstwo. Warto zatem kroczyć w te strony?
Powiem tak. Pewne, na swój sposób "coolowe" nagrania wskazują, że możliwości są jeszcze wielkie. Inne jedynie potrafią utwierdzić w przekonaniu, że formuła wyczerpała się. W przypadku nagrań kwartetu pod wodzą Wheelera sam nie wiem co sądzić. W aspekcie zadanego w tytule płyty pytania, stwierdziłbym raczej, że muzycy nie starają się w ogóle na nie odpowiedzieć. Nawet dać tropów, którymi słuchacz może pójść, by samemu sobie odpowiedzi takiej udzielić. Z drugiej strony próżno się dopatrywać w tej muzyce jakichś słabych punktów. Świetne sola, głównie wszystkich muzyków z wyjątkiem Hollanda, któremu przyszło grać praktycznie wyłącznie akompaniament i dawać rytmiczne wsparcie, są jak balsam dla uszu. Kompozycje, choć nie niosą ze sobą żadnych dźwięków, fraz na dłużej pozostających w pamięci, również nie są złe. Zgranie, dialogi najwyższej próby. Zatem...?
Najkrócej powiedziałbym tak: zapomnijmy o retorycznym zapytaniu w tytule i rozkoszujmy się muzyką. Będzie lepiej. Płyta z gatunku tych wyróżniających się, której odbiór będzie zdecydowanie lepszy, gdy zapomnimy o zadanym przez autorów pytaniu.
Wheeler / Potter / Taylor / Holland - What Now?, CamJazz 7768-2, 2005; recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl 10.09.2009 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenny Wheeler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenny Wheeler. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 kwietnia 2015
poniedziałek, 27 maja 2013
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two
Joe Lovano do bardziej awangardowych rejonów jazzu sięgnął po raz pierwszy chyba wraz ze swoim septetem z końcem lat 80. Potem były trzecionurtowe płyty z Schullerem oraz hołd Sinatrze. Z drugiej strony z triowymi składami Lovano spotykamy się przecież nie po raz pierwszy.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
piątek, 30 listopada 2012
Jane Ira Bloom - The Nearness (diapazon.pl)
Jane Ira Bloom nagrała dla Arabesque Records dwie doskonałe płyty: w roku 1992 - "Art. & Aviation" i w cztery lata później "The Nearness". Piszę dwie, albowiem o trzeciej, najnowszej nagranej w kwartecie z m.in. Fredem Herschem w chwili, gdy piszę, jeszcze nie znam.
Tzn. zbyt mało tej płyty słuchałem by móc ją ocenić. Z pobieżnego przesłuchania wolę te dwie, o których wspominam. Nie jest tych płyt Bloom dostępnych wiele: trzy dla Arabesque i jedna dla Enji. Pozostałe, które ukazały się np. w amerykańskim Kochu, są pomimo przedstawicielstwa tej wytwórni w Polsce trudno dostępne. Dla osób lubiących taką letargiczną stylistykę, delikatne brzmienia, ciekawe aranże, propozycje Pani Bloom są nie do przegapienia.
Na omawianej płycie Ira Bloom gra jedynie na saksofonie sopranowym (na Art. & Aviation operowała różnego rodzaju "elektroniką"). Bardzo długo zastanawiałem się, czy chcę mieć tę płytę. Po bardziej drapieżnej płycie z roku 1992, utwory zawarte na tym wydawnictwie były dla mnie nazbyt spokojne, zbyt łagodne w swej formie. Wprawdzie grają tu znani lirycy jazzowego grania: Kenny Wheeler na flugelhornie i trąbce, Fred Hersch na fortepianie i łagodnie ostatnimi czasy grający Julian Priester na puzonie i puzonie basowym. Ale przecież i Wheeler i Priester grali też na płycie z roku 1992, a ówczesny pianista - Kenny Werner też do drapieżnych pianistów nie należy, grając zwykle delikatnie. Składu dopełniają Rufus Reid i Bobby Previte. I choć zespół jest sekstetem, to jedynie cztery spośród jedenastu utworów zagrane są w pełnym składzie. Najmniejszy, to duet Bloom z Wheelerem.
Po przekonaniu się do klimatu tej płyty, zaakceptowałem ją. Same utwory są mniej więcej w połowie autorstwa saksofonistki, z tym, że bardzo często znane kompozycje mają zmienione nieco tytuły lub łączone są z innymi utworami (np. Nearly Summertime, Midnight Round/'Round Midnight itp.). W istocie są one bardzo liryczne, piękne, rewelacyjnie zinstrumentalizowane. Bloom gra na saksofonie sopranowym brzmieniem bardzo ciepłym, jakby nieco klarnetowym. Jej improwizacje są zwykle, dla kogoś kto ją przynajmniej raz usłyszał łatwo rozpoznawalne. Niespieszne długie łuki, którymi otacza temat, by przejął go inny instrument - tu najczęściej trąbka Wheelera. Dialog tych dwojga artystów jest czymś jak z bajki o dobrych duchach. To chyba ich druga wspólna płyta, a słucha się przeplatających się improwizacji jakby grali ze sobą od wielu, wielu lat. Tam gdzie pojawia się puzon dodatkowo ciekawie rozwija się linia basowa tworzona przez Reida i Priestera. Swoim lirycznym, niespiesznym charakterem, płyta koi zgiełk po każdym dniu przeżytym na zbyt dużych obrotach. Nawet te utwory, które wprowadzają nieco więcej nerwu, jak np. Panosonic, nie powodują niepokoju, czy nawet szybszego bicia serca. W dalszym ciągu to sedno liryki, tyle że zagrane nieco szybciej. Ba, nawet tam, gdzie pojawiają się elementy zwykle postrzegane jako zgiełkliwe - przedęcia, czy nawet dysonanse dwu lub trzech dęciaków, traktuje się je jak element owej lirycznej całości.
Przedziwnie Bloom podchodzi do standardów - są one w zasadzie grane w sposób nie odbiegający od oryginału. W zasadzie, bo po chwili okazuje się, że owa zasada sprowadza się jedynie do linii melodycznej. Warstwa harmoniczna i rytmiczna ulegają daleko idącej zmianie ('Round Midnight). Autorskie utwory Bloom są zwykle doskonale wpisanymi w spokój płyty kompozycjami o długich i skomplikowanych z jednej strony, ale też łatwych w odbiorze liniach melodycznych.
Osobiście wyróżniam doskonałe wersje Summertime oraz 'Round Midnight. Ponadto bardziej dynamiczny, i pomimo niecałych 6 minut trwania wiecznie zmieniający się, autorski It's A Corrugated World (z doskonałym solem Bloom) oraz też autorstwa liderki dwa najbardziej ekspresyjne na całej płycie B6 Bop (ze świetnym solem Wheelera, niemalże klarnetowym solem Bloom i posępnym Priestera; oddać należy też sprawiedliwość Reidowi, który ma tutaj też chwilę dla siebie) i The All-Diesel Kitchen Of Tomorrow (gdzie zwraca doskonała aranżacja i rewelacyjne sola: liderki i Wheelera toczące się w nieustannym dialogu z riffowo grającym puzonem Priestera). Szkoda jedynie, że to nieco zaledwie ponad 4 minuty. Można było pomyśleć nad rozwinięciem tematu.
I jeszcze jedno, jak każda produkcja Arabesque, także omawiana płyta jest doskonale zrealizowane od strony dźwiękowej. Wspaniałe soczyste brzmienia instrumentów, doskonale rozplanowana przestrzeń. Jak powiedziałem - płyta doskonale sprawdzająca się po nerwowym dniu, mogąca stanowić niezobowiązujący podkład gdy przyjdą goście, jak również dostarczająca wielu niemalże kontemplacyjnych wzruszeń.
Jane Ira Bloom - The Nearness, Arabesque AJ0120, 1996, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 20.01.2008 r.
Tzn. zbyt mało tej płyty słuchałem by móc ją ocenić. Z pobieżnego przesłuchania wolę te dwie, o których wspominam. Nie jest tych płyt Bloom dostępnych wiele: trzy dla Arabesque i jedna dla Enji. Pozostałe, które ukazały się np. w amerykańskim Kochu, są pomimo przedstawicielstwa tej wytwórni w Polsce trudno dostępne. Dla osób lubiących taką letargiczną stylistykę, delikatne brzmienia, ciekawe aranże, propozycje Pani Bloom są nie do przegapienia.
Na omawianej płycie Ira Bloom gra jedynie na saksofonie sopranowym (na Art. & Aviation operowała różnego rodzaju "elektroniką"). Bardzo długo zastanawiałem się, czy chcę mieć tę płytę. Po bardziej drapieżnej płycie z roku 1992, utwory zawarte na tym wydawnictwie były dla mnie nazbyt spokojne, zbyt łagodne w swej formie. Wprawdzie grają tu znani lirycy jazzowego grania: Kenny Wheeler na flugelhornie i trąbce, Fred Hersch na fortepianie i łagodnie ostatnimi czasy grający Julian Priester na puzonie i puzonie basowym. Ale przecież i Wheeler i Priester grali też na płycie z roku 1992, a ówczesny pianista - Kenny Werner też do drapieżnych pianistów nie należy, grając zwykle delikatnie. Składu dopełniają Rufus Reid i Bobby Previte. I choć zespół jest sekstetem, to jedynie cztery spośród jedenastu utworów zagrane są w pełnym składzie. Najmniejszy, to duet Bloom z Wheelerem.
Po przekonaniu się do klimatu tej płyty, zaakceptowałem ją. Same utwory są mniej więcej w połowie autorstwa saksofonistki, z tym, że bardzo często znane kompozycje mają zmienione nieco tytuły lub łączone są z innymi utworami (np. Nearly Summertime, Midnight Round/'Round Midnight itp.). W istocie są one bardzo liryczne, piękne, rewelacyjnie zinstrumentalizowane. Bloom gra na saksofonie sopranowym brzmieniem bardzo ciepłym, jakby nieco klarnetowym. Jej improwizacje są zwykle, dla kogoś kto ją przynajmniej raz usłyszał łatwo rozpoznawalne. Niespieszne długie łuki, którymi otacza temat, by przejął go inny instrument - tu najczęściej trąbka Wheelera. Dialog tych dwojga artystów jest czymś jak z bajki o dobrych duchach. To chyba ich druga wspólna płyta, a słucha się przeplatających się improwizacji jakby grali ze sobą od wielu, wielu lat. Tam gdzie pojawia się puzon dodatkowo ciekawie rozwija się linia basowa tworzona przez Reida i Priestera. Swoim lirycznym, niespiesznym charakterem, płyta koi zgiełk po każdym dniu przeżytym na zbyt dużych obrotach. Nawet te utwory, które wprowadzają nieco więcej nerwu, jak np. Panosonic, nie powodują niepokoju, czy nawet szybszego bicia serca. W dalszym ciągu to sedno liryki, tyle że zagrane nieco szybciej. Ba, nawet tam, gdzie pojawiają się elementy zwykle postrzegane jako zgiełkliwe - przedęcia, czy nawet dysonanse dwu lub trzech dęciaków, traktuje się je jak element owej lirycznej całości.
Przedziwnie Bloom podchodzi do standardów - są one w zasadzie grane w sposób nie odbiegający od oryginału. W zasadzie, bo po chwili okazuje się, że owa zasada sprowadza się jedynie do linii melodycznej. Warstwa harmoniczna i rytmiczna ulegają daleko idącej zmianie ('Round Midnight). Autorskie utwory Bloom są zwykle doskonale wpisanymi w spokój płyty kompozycjami o długich i skomplikowanych z jednej strony, ale też łatwych w odbiorze liniach melodycznych.
Osobiście wyróżniam doskonałe wersje Summertime oraz 'Round Midnight. Ponadto bardziej dynamiczny, i pomimo niecałych 6 minut trwania wiecznie zmieniający się, autorski It's A Corrugated World (z doskonałym solem Bloom) oraz też autorstwa liderki dwa najbardziej ekspresyjne na całej płycie B6 Bop (ze świetnym solem Wheelera, niemalże klarnetowym solem Bloom i posępnym Priestera; oddać należy też sprawiedliwość Reidowi, który ma tutaj też chwilę dla siebie) i The All-Diesel Kitchen Of Tomorrow (gdzie zwraca doskonała aranżacja i rewelacyjne sola: liderki i Wheelera toczące się w nieustannym dialogu z riffowo grającym puzonem Priestera). Szkoda jedynie, że to nieco zaledwie ponad 4 minuty. Można było pomyśleć nad rozwinięciem tematu.
I jeszcze jedno, jak każda produkcja Arabesque, także omawiana płyta jest doskonale zrealizowane od strony dźwiękowej. Wspaniałe soczyste brzmienia instrumentów, doskonale rozplanowana przestrzeń. Jak powiedziałem - płyta doskonale sprawdzająca się po nerwowym dniu, mogąca stanowić niezobowiązujący podkład gdy przyjdą goście, jak również dostarczająca wielu niemalże kontemplacyjnych wzruszeń.
Jane Ira Bloom - The Nearness, Arabesque AJ0120, 1996, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 20.01.2008 r.
Etykiety:
Bobby Previte,
Fred Hersch,
Jane Ira Bloom,
Julian Priester,
Kenny Wheeler,
Rufus Reid
czwartek, 8 listopada 2012
John Abercrombie - Open Land (diapazon.pl)
Skład obecny na "Open Land" jest jakby połączeniem różnych projektów Abercrombiego oraz zespołów, w których uczestniczył. Przede wszystkim w składzie sekstetu jest całe "organowe" trio: Abercrombie-Wall-Nussbaum. Poniekąd zresztą, sekstet można traktować jako właśnie rozszerzenie tego tria.
Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.
Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.
Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.
Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.
Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.
John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.
Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.
Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.
Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.
Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.
Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.
John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.
Etykiety:
Adam Nussbaum,
Dan Wall,
Joe Lovano,
John Abercrombie,
Kenny Wheeler,
Mark Feldman
Subskrybuj:
Posty (Atom)