czwartek, 8 listopada 2012

John Abercrombie - Open Land (diapazon.pl)

Skład obecny na "Open Land" jest jakby połączeniem różnych projektów Abercrombiego oraz zespołów, w których uczestniczył. Przede wszystkim w składzie sekstetu jest całe "organowe" trio: Abercrombie-Wall-Nussbaum. Poniekąd zresztą, sekstet można traktować jako właśnie rozszerzenie tego tria.

Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.

Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.

Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.

Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.

Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.

John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.

Brak komentarzy: