Kiedy słucham takich zespołów, jak Dark Woods Ensemble, czy duetów Ehrlicha, niemal zapominam, jak intensywna i żarliwa może być gra tego muzyka.
A przecież w swoim kwartecie, czy też gdy występuje gościnnie u innych muzyków, potrafi zagrać energicznie, energetycznie, nie obca jest mu także stylistyka free. Myślę zresztą, że owe swobodne myślenie jest słyszalne niemal w każdej formacji Ehrlicha, chociaż nie zawsze jest to estetyka free jazzu.
Trio Dark Woods Ensemble powstało by eksplorować zestawienie klarnetu (przede wszystkim, albowiem multiinstrumentalista Ehrlich, nie odmawia sobie gry także na innych instrumentach) z największymi instrumentami smyczkowymi: wiolonczelą i kontrabasem. W tej formule występuje już kilkanaście lat, choć nie zawsze w tym samym składzie. Z zespołem tym występowali tacy wiolonczeliści jak: Hank Roberts, Abdul Wadud, czy Erik Friedlander i basiści: Lindsey Horner, Mark Dresser i Mark Helias. Niekiedy skład zespołu, jak w dwu utworach na tej płycie ulegał poszerzeniu, stając się kwartetem (poszerzony albo o pianistę Muhala Richarda Abramsa albo o gitarzystę Marca Ribota), a nawet kwintetem (wraz z Vincentem Chanceyem na waltorni i Donem Aliasem na instrumentach perkusyjnych).
W zasadzie jaka jest ta i wszystkie następne płyty stworzone pod szyldem The Dark Woods Ensemble wyjaśnia sama nazwa - zawiera ona mroczną, tworzoną przede wszystkim przez instrumenty drewniane muzykę. Nie inaczej jest na tej płycie. Pozbawiona instrumentów perkusyjnych muzyka dzieje się w pewnym abstrakcyjnym zawieszeniu. Choć nie można mówić, by muzyka ta była pozbawiona rytmu. Jest on grany i wyczuwany, ale na takiej zasadzie jak np. w klasycznych kwartetach smyczkowych, choć tu rytmika ma mimo wszystko większą intensywność.
Nie będę się wypowiadał jeszcze raz o kompetencji improwizacyjnej Ehrlicha. Nie nagrał on bowiem chyba jednoznacznie złej, czy nawet jedynie niedobrej płyty, zawsze dając się poznać od najlepszej strony. Na "Emergency Peace" występuje z wieloletnim partnerem Juliusa Hemphilla (który jest jakby "ojcem duchowym" Marty'ego Ehrlicha) i ponoć najciekawszym jazzowym wiolonczelistą Abdulem Wadudem, a także z Lindseyem Hornerem, basistą funkcjonującym raczej w kręgach awangardy jazzu. Do tego podstawowego składu w dwu kompozycjach (jednej własnej) dołącza ojciec AACM Muhal Richard Abrams - samo to już powinno ukazywać jaką renomą cieszy się Ehrlich (jak napisał, któryś z krytyków "mało znany saksofonista").
Nie odpowiem jednoznacznie, czy ten skład jest lepszy, czy gorszy od pozostałych. Udział Abramsa rzeczywiście ubarwia i kompozycję Ehrlicha "Dusk" i jego własną "Charlie In The Parker". Płyta zawiera też wyśmienite fragmenty nagrane jedynie w triu, jak choćby utwór tytułowy, czy hemphillowski "The Painter". Wydaje się, że koncepcja ciemno-drzewnego tria Ehrlicha jest na tyle skrystalizowana i realizuje ją przy pomocy wybitnych instrumentalistów, że w zasadzie konkretny skład nie wpływa na jakość muzyki. Jeśli miałbym wskazywać czym się różni ten skład od najbardziej popularnego (na płytach) z Heliasem i Friedlanderem, powiedziałbym, że jest on odrobinę jaśniejszy w brzmieniu i bardziej ruchliwy. Ale jedynie odrobinę.
Marty Ehrlich's Dark Woods Ensemble - Emergency Peace, New World/CounterCurrents, 80409-2, 1991, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 19.05.2002 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lindsey Horner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lindsey Horner. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 listopada 2012
sobota, 10 listopada 2012
Myra Melford - Alive In The House Of Saints (diapazon.pl)
Jakże mało jest dostępnych płyt tej artystki. I jaka wielka to szkoda... W zasadzie do niedawna były jedynie trzy płyty wydane przez Arabesque i jedna (M.O.B. Trio, na której Melford jest współautorką) przez Omnitone. Teraz przybyło jeszcze jedno wydawnictwo.
Niby znane, a jednak... "Alive In The House Of Saints" jest bowiem płytą, która już niegdyś się ukazała. Trudno o niej jednak powiedzieć, że to materiał w 100% powtórkowy. Ten znany, zawierała onegdaj pojedyncza płyta wydana przez HutHat pod numerem: hatART CD 6136. Całą tę serię hutART (podobnie zresztą jak wszystkie wydawane w zwykłych, plastikowych opakowaniach) wydawca zakończył, a płyta Melford, podobnie jak i inne w niej wydane praktycznie są niedostępne na rynku pierwotnym. Jest to tym większa strata, że niemal wszystkie płyty z katalogu HutHat wydawane były (i są) w nakładach limitowanych.
Na całe szczęście zakończenie serii sześciotysięczników, nie spowodowało zniknięcia tego jakże zasłużonego dla muzyki współczesnej, przede wszystkim improwizowanej, w tym jazzu, wydawnictwa. W miejsce dotychczasowych trzech serii wydawniczych, wydawca wprowadził nowe... trzy serie, przy czym wydaje się, że są one obecnie lepiej uszeregowane. Jazzfani kierować swe kroki będą przede wszystkim po wydawnictwa z katalogu hatOLOGY. Na początku nowych wydań wydawało się (takie też były deklaracje producenta), że nie będą one zawierać żadnych wznowień płyt znanych wcześniej. Na całe szczęście dla wszystkich tych, którzy nie zdążyli się zaopatrzyć w płyty z poprzednich katalogów, HutHat rozpoczął także wznawianie starych pozycji. Najczęściej są one od nowa zremasteryzowane, a często zawierają także dodatkowy materiał. I w przeciwieństwie do praktyki znanej z wielkich firm wydawniczych, nie są to jakieś bonusy w stylu innych wersji, urwanych utworów itp. Tutaj, często spotkać można nagrania, które wcześniej w ogóle nie były publikowane.
Właśnie z tych powodów "Alive In The House Of Saints" jest także płytą nową. Nikt się bowiem nie spodziewał, że dotychczasowy, jednopłytowy materiał hatART CD 6136 rozrośnie się do wymiarów podwójnej płyty i zawierać będzie teraz materiał z tych samych co uprzednio dwu koncertów, jakie trio Myry Melford dało w Europie w roku 1993, jednak uzupełniony, o wcześniej niepublikowane utwory. Stąd zamiast dotychczasowych około 70 minut muzyki, otrzymaliśmy wydawnictwo prawie dwugodzinne. Zmieniony został też układ poszczególnych utworów, a płyta ponownie zremasteryzowana w technologii 24 bitowej.
Dość tych uwag - teraz o muzyce. Jaka jest? A jaka może być?
Jest takie słowo "przednia" i bynajmniej nie musi się ono odnosić do przedniej części czegoś. Ta muzyka jest właśnie przednia. Jest to mozaika zainteresowań Myry Melford niejako złapana podczas występu na żywo. Nie jeden już raz Melford, nawet w nagraniach studyjnych, pokazywała, że lubi długie utwory. Nic dziwnego, że tym bardziej podczas koncertu miały one wystarczającą przestrzeń i czas, by zaprezentować się w całej okazałości. Mogły trwać aż do całkowitego wyczerpania. I trwały. Jednak samo trwanie, sama długość utworów to nazbyt mało, by utwory były dobre, niekiedy wręcz długość utworów im przeszkadza, gdzieś zatraca się ich główna myśl, gdzieś schodzą na pobocza i rozpływają się w niebycie.
Myra Melford jest jednak artystką nieprzeciętną, posiadającą pewien dar, podobnie jak Keith Jarrett, do wciągania w jakiś mistycyzm. Najpierw jest kilka dźwięków, temat, potem zaczyna się misterium. Zdawałoby się, że przed słuchaczem nie zasiada pianistka, a jakiś mag, szaman, który go czaruje swym fortepianem. Na tych koncertach, pianistce towarzyszy znakomita sekcja rytmiczna (choć to źle powiedziane bowiem muzycy ci nie ograniczają się jedynie do rozgrywania rytmu, a biorą czynny udział w kreowaniu całej muzyki) z Lindseyem Hornerem i Reggie Nicholsonem. To co w owym czarowaniu jest symptomatyczne, to, że Melford w jednakowy sposób słuchacza zaczaruje zarówno dźwiękami bluesa, jak i free, jak i muzyki kojarzącej się z muzyką współczesną. Niezależnie, czy grane dźwięki są skoczne, czy delikatne i powolne. To wielka umiejętność dostępna jedynie kilku, może kilkunastu najlepszym pianistom. A Melford do nich należy...
Myra Melford - Alive In The House Of Saints, hat HUT, hatOLOGY 2-570, 1993/2002, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 8.09.2002 r.
Niby znane, a jednak... "Alive In The House Of Saints" jest bowiem płytą, która już niegdyś się ukazała. Trudno o niej jednak powiedzieć, że to materiał w 100% powtórkowy. Ten znany, zawierała onegdaj pojedyncza płyta wydana przez HutHat pod numerem: hatART CD 6136. Całą tę serię hutART (podobnie zresztą jak wszystkie wydawane w zwykłych, plastikowych opakowaniach) wydawca zakończył, a płyta Melford, podobnie jak i inne w niej wydane praktycznie są niedostępne na rynku pierwotnym. Jest to tym większa strata, że niemal wszystkie płyty z katalogu HutHat wydawane były (i są) w nakładach limitowanych.
Na całe szczęście zakończenie serii sześciotysięczników, nie spowodowało zniknięcia tego jakże zasłużonego dla muzyki współczesnej, przede wszystkim improwizowanej, w tym jazzu, wydawnictwa. W miejsce dotychczasowych trzech serii wydawniczych, wydawca wprowadził nowe... trzy serie, przy czym wydaje się, że są one obecnie lepiej uszeregowane. Jazzfani kierować swe kroki będą przede wszystkim po wydawnictwa z katalogu hatOLOGY. Na początku nowych wydań wydawało się (takie też były deklaracje producenta), że nie będą one zawierać żadnych wznowień płyt znanych wcześniej. Na całe szczęście dla wszystkich tych, którzy nie zdążyli się zaopatrzyć w płyty z poprzednich katalogów, HutHat rozpoczął także wznawianie starych pozycji. Najczęściej są one od nowa zremasteryzowane, a często zawierają także dodatkowy materiał. I w przeciwieństwie do praktyki znanej z wielkich firm wydawniczych, nie są to jakieś bonusy w stylu innych wersji, urwanych utworów itp. Tutaj, często spotkać można nagrania, które wcześniej w ogóle nie były publikowane.
Właśnie z tych powodów "Alive In The House Of Saints" jest także płytą nową. Nikt się bowiem nie spodziewał, że dotychczasowy, jednopłytowy materiał hatART CD 6136 rozrośnie się do wymiarów podwójnej płyty i zawierać będzie teraz materiał z tych samych co uprzednio dwu koncertów, jakie trio Myry Melford dało w Europie w roku 1993, jednak uzupełniony, o wcześniej niepublikowane utwory. Stąd zamiast dotychczasowych około 70 minut muzyki, otrzymaliśmy wydawnictwo prawie dwugodzinne. Zmieniony został też układ poszczególnych utworów, a płyta ponownie zremasteryzowana w technologii 24 bitowej.
Dość tych uwag - teraz o muzyce. Jaka jest? A jaka może być?
Jest takie słowo "przednia" i bynajmniej nie musi się ono odnosić do przedniej części czegoś. Ta muzyka jest właśnie przednia. Jest to mozaika zainteresowań Myry Melford niejako złapana podczas występu na żywo. Nie jeden już raz Melford, nawet w nagraniach studyjnych, pokazywała, że lubi długie utwory. Nic dziwnego, że tym bardziej podczas koncertu miały one wystarczającą przestrzeń i czas, by zaprezentować się w całej okazałości. Mogły trwać aż do całkowitego wyczerpania. I trwały. Jednak samo trwanie, sama długość utworów to nazbyt mało, by utwory były dobre, niekiedy wręcz długość utworów im przeszkadza, gdzieś zatraca się ich główna myśl, gdzieś schodzą na pobocza i rozpływają się w niebycie.
Myra Melford jest jednak artystką nieprzeciętną, posiadającą pewien dar, podobnie jak Keith Jarrett, do wciągania w jakiś mistycyzm. Najpierw jest kilka dźwięków, temat, potem zaczyna się misterium. Zdawałoby się, że przed słuchaczem nie zasiada pianistka, a jakiś mag, szaman, który go czaruje swym fortepianem. Na tych koncertach, pianistce towarzyszy znakomita sekcja rytmiczna (choć to źle powiedziane bowiem muzycy ci nie ograniczają się jedynie do rozgrywania rytmu, a biorą czynny udział w kreowaniu całej muzyki) z Lindseyem Hornerem i Reggie Nicholsonem. To co w owym czarowaniu jest symptomatyczne, to, że Melford w jednakowy sposób słuchacza zaczaruje zarówno dźwiękami bluesa, jak i free, jak i muzyki kojarzącej się z muzyką współczesną. Niezależnie, czy grane dźwięki są skoczne, czy delikatne i powolne. To wielka umiejętność dostępna jedynie kilku, może kilkunastu najlepszym pianistom. A Melford do nich należy...
Myra Melford - Alive In The House Of Saints, hat HUT, hatOLOGY 2-570, 1993/2002, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 8.09.2002 r.
czwartek, 8 listopada 2012
Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views (diapazon.pl)
Abrams jest jednym z wielu wybitnych muzyków, którzy w Polsce są prawie w ogóle nieznani. W moim przekonaniu winę za ten stan rzeczy ponoszą luminarze Polskiego Radia, którzy wciąż prezentują tych samych wykonawców i te same utwory.
Abrams nie jest zatem popularny, nie jest nawet znany. Szkoda, bowiem zasługuje na szersze uznanie. Niestety też dosyć utrudniony jest dostęp do jego płyt, a nadto jeszcze brak jest oceny tych płyt, stąd nie wiadomo, które są warte uwagi, a które znacznie gorsze.
Tym razem nie ma wątpliwości - "One Line, Two Views" jest jedną z lepszych w dorobku, tego interesującego muzyka, kompozytora i aranżera. Abrams jest kolorystą. Jest muzykiem mającym własne wyobrażenie o dźwiękach, jakie składają się na idiom jazzu - drogą tą podąża od lat. Muzyka Abramsa jest zatem skrząca się tysiącem braw i odcieni, gdy trzeba - ostra w free jazzowych kotłach, gdy trzeba - łagodna jak twórczość romantyków.
Aby osiągnąć ten cel, na płycie zgromadzeni zostali wybitni instrumentaliści. Na trąbce gra Eddie Allen - mało popularny trębacz, a szkoda. Jego zmysł melodyczny, improwizatorski stoi na najwyższym poziomie, biegłość techniczna jest bez zarzutu, ale to ostatnie to truizm, przy obecnym poziomie muzyków. Saksofon altowy, klarnety obsługuje dosyć znany już chyba Marty Ehrlich, muzyk od lat związany z nowojorską awangardą, kontynuator idei Dolphiego. Do tego jeden z najwybitniejszych obecnie skrzypków jazzowych - Mark Feldman. I znany z kręgów awangardy wibrafonista Bryan Carrott. Dodatkowo jeszcze słyszany ostatnio w kapeli Threadgilla akordeonista Tony Cedras.
To właśnie z połączenia wybitnych kompozycji, oraz umiejętności poszczególnych, wybitnych przecież muzyków, tworzy się ta wysoka jakość. Przepiękne współbrzmienia, z rzadka spotykane w muzyce w ogóle, a w jazzie w szczególności. Bo kiedy ostatnio słyszeliście połączenie wibrafonu i akordeonu? Wibrafonu i skrzypiec? Dwóch klarnetów basowych i kontrabasu? Fortepianu rodem z Chopina i akordeonu? Takie zestawienia kojarzą się raczej z inną, i nie jazzową muzyką, a tu zestaw rodem z innej bajki, a muzyka - dla mnie to jest jazz.
Mam nadzieję, że także inni amatorzy jazzu zapoznają się z tą muzyką i zaakceptują ten rodzaj dźwięków, ten rodzaj ekspresji i niewątpliwego piękna, jakie zawarte jest na tej płycie. Truizmem jest mówienie o kompetencjach wykonawczych, ale podporządkowani reżimowi Abramsa muzycy grają doprawdy wspaniałe dźwięki (ot, choćby sola Allena, Carrotta i Ehrlicha w utworze drugim zwieńczone minimalistycznym solem lidera).
Piękna, barwna (dodajmy jasnymi barwami odmalowana) płyta. Gorąco polecam.
Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views, New World/Counter Currents, 80469-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 15.02.2002 r.
Abrams nie jest zatem popularny, nie jest nawet znany. Szkoda, bowiem zasługuje na szersze uznanie. Niestety też dosyć utrudniony jest dostęp do jego płyt, a nadto jeszcze brak jest oceny tych płyt, stąd nie wiadomo, które są warte uwagi, a które znacznie gorsze.
Tym razem nie ma wątpliwości - "One Line, Two Views" jest jedną z lepszych w dorobku, tego interesującego muzyka, kompozytora i aranżera. Abrams jest kolorystą. Jest muzykiem mającym własne wyobrażenie o dźwiękach, jakie składają się na idiom jazzu - drogą tą podąża od lat. Muzyka Abramsa jest zatem skrząca się tysiącem braw i odcieni, gdy trzeba - ostra w free jazzowych kotłach, gdy trzeba - łagodna jak twórczość romantyków.
Aby osiągnąć ten cel, na płycie zgromadzeni zostali wybitni instrumentaliści. Na trąbce gra Eddie Allen - mało popularny trębacz, a szkoda. Jego zmysł melodyczny, improwizatorski stoi na najwyższym poziomie, biegłość techniczna jest bez zarzutu, ale to ostatnie to truizm, przy obecnym poziomie muzyków. Saksofon altowy, klarnety obsługuje dosyć znany już chyba Marty Ehrlich, muzyk od lat związany z nowojorską awangardą, kontynuator idei Dolphiego. Do tego jeden z najwybitniejszych obecnie skrzypków jazzowych - Mark Feldman. I znany z kręgów awangardy wibrafonista Bryan Carrott. Dodatkowo jeszcze słyszany ostatnio w kapeli Threadgilla akordeonista Tony Cedras.
To właśnie z połączenia wybitnych kompozycji, oraz umiejętności poszczególnych, wybitnych przecież muzyków, tworzy się ta wysoka jakość. Przepiękne współbrzmienia, z rzadka spotykane w muzyce w ogóle, a w jazzie w szczególności. Bo kiedy ostatnio słyszeliście połączenie wibrafonu i akordeonu? Wibrafonu i skrzypiec? Dwóch klarnetów basowych i kontrabasu? Fortepianu rodem z Chopina i akordeonu? Takie zestawienia kojarzą się raczej z inną, i nie jazzową muzyką, a tu zestaw rodem z innej bajki, a muzyka - dla mnie to jest jazz.
Mam nadzieję, że także inni amatorzy jazzu zapoznają się z tą muzyką i zaakceptują ten rodzaj dźwięków, ten rodzaj ekspresji i niewątpliwego piękna, jakie zawarte jest na tej płycie. Truizmem jest mówienie o kompetencjach wykonawczych, ale podporządkowani reżimowi Abramsa muzycy grają doprawdy wspaniałe dźwięki (ot, choćby sola Allena, Carrotta i Ehrlicha w utworze drugim zwieńczone minimalistycznym solem lidera).
Piękna, barwna (dodajmy jasnymi barwami odmalowana) płyta. Gorąco polecam.
Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views, New World/Counter Currents, 80469-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 15.02.2002 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)