Dave Douglas nagrał kilka wspaniałych płyt. Bodaj jedną genialną. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Potem, po latach eksperymentowania z przeróżnymi składami zrobił woltę w stronę... Cóż, od lat wydaje mi się, że jedyne co robi, to mniej lub bardziej udanie tworzy "w stylu". Przede wszystkim Milesa Davisa, choć odwołań do muzyki wielkich mistrzów z przed lat jest zdecydowanie więcej. Niezależnie, od tego, czy są to składy elektryczne, czy też akustyczne, zawsze mam wrażenie przepełnienia tej muzyki, twórczością kogoś sprzed wielu lat. Najczęściej jest to Davis. Doszło do tego, że niekiedy miewam wrażenie, że nowe kompozycje Douglasa są jakby kalką dokonań muzyki jazzowej gdzieś od końca lat 50 po wczesne 70 ubiegłego wieku. Odwoływanie się do Davisa, zauroczenie jego twórczością jest też obecne u całej rzeszy młodych muzyków, którzy poszli jego śladami.
Nie inne wrażenie mam, słuchając bodaj najnowszej propozycji, zatytułowanej "Time Travel". Z dzisiejszego punktu widzenia, z mojego punktu widzenia, mainstreamowe granie trącające myszką. Trącające m.in. drugim kwintetem Davisa, choć muzycznych odwołań, szczególnie do mainstreamu lat 50 i 60 ubiegłego wieku, można byłoby znaleźć zdecydowanie więcej. Co z tego, że fajnie zagrane, co z tego, że kompozycje może i dobre. Każdy z utworów, które Douglas miał do zaprezentowania na tym nagraniu powoduje u mnie wrażenie, że jest to jakiś odrzut, z któreś płyty, któregoś muzyka sprzed 40, czy 50 lat. Być może nawet, niektórym muzykom, szczególnie tym na początku swej drogi, mógłbym to wybaczyć. Niestety w przypadku Douglasa nie mam tyle pobłażliwości. W przeszłości, dał się poznać jako muzyk o nieprzeciętnej wyobraźni, wrażliwości i dysponujący obłędną techniką. Trzy atrybuty, które powodowały, że każdej jego płyty, każdego koncertu wyczekiwałem i za każdym razem robiłem sobie ucztę słuchając nowych nagrań. Dziś jego muzyka jest nie tylko przewidywalna, ale ociera się wręcz o kalkę dokonań innych twórców sprzed lat. A przecież, Douglas mógłby tworzyć swoją własną. Niech i ma jakieś korzenie, ale niech będzie to jego muzyka, a nie kompilacja utworów "w stylu". Jeśli chciałbym posłuchać tych muzyków, sięgnąłbym po ich oryginalną twórczość, a nie po wykład Douglasa na temat jak należy grać i komponować muzykę jak X, Y czy Z. Mam z tą muzyką jeszcze jeden, wielki problem. Gdzieś mi się zgubiło poczucie szczerości tej muzyki. Gdzieś jest ona odgrywana przez muzyków, a nie grana. Można grać dowolny gatunek, sięgać po dowolne inspiracje, ale grając winno się zachować szczerość. Wobec siebie i wobec słuchaczy.
Mówiąc zatem dosadnie Douglas marnuje swój talent. Ten - wydawać by się mogło - nieprzeciętny twórca, zaczął tworzyć przewidywalną muzykę. I to już jest grzech. Zwłaszcza, że to już nie pierwszy raz. Cóż z tego, że komuś się nagranie to (jak i wiele innych spośród ostatnich poczynań Douglasa) może podobać. Ja od niego wymagam wiele więcej.
Dave Douglas - Time Travel (Greanleaf Music #GRE-CD-1030, 2013)
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Mitchell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Mitchell. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 maja 2013
środa, 7 marca 2012
Tim Berne - Snakeoil
Po którymś już z rzędu wysłuchaniu najnowszej płyty Tima Berne'a zaczynam się skłaniać ku tezie, że jednak Manfred Eicher potrafi na każdym muzyku i każdej muzyce nadać swoje piętno. Uwielbiałem niesamowite nagrania Berne'a, które wydawał dla swojej Screwgun. Generalnie uwielbiałem Berne'a z tamtych czasów. Potem różnie już bywało, bo i sam muzyk jakby mniej się udzielał, ale i jego nagrania w coraz większym stopniu stawały się "przestrzenią zakomponowaną". Tak jakby Berne-improwizator, kompletnie nietuzinkowy, improwizator, chciał wszystkim pokazać, że umie komponować utwory. Taki wybór, a mi nic do tego. Do jednego mi wszkaże.
Wraz z przeradzaniem się Berne'a w kompozytora muzyki, gdzieś zatracił się tej muzyki żar. O ile w niesamowicie pokręconych frazach Bloodcounta, czy Big Satana zawsze - jako słuchacz - znajdowałem się w miejscu, w którym niezmiernie ciekaw byłem rozwoju utworu, kolejnych podawanych mi przez muzyków fraz, tak w przypadku Snakeoil (choćby) tak już nie jest. Wszystko tu dopięte na ostatni guzik. Kompozycje same w sobie być może i interesujące, ale... No właśnie, kota na śmierć ponoć też można zagłaskać. I "Snakeoil" taką dla mnie jest. Zagłaskaną do granic możliwości. Z uwagi na złożone kompozycje lidera, trudno mi powiedzieć, by muzyka ta była przewidywalna. Trudno mi jednak powiedzieć również, by rodzaj jej nieprzewidywalności w jakikolwiek sposób próbował mnie zaciekawić choćby, bo na pewno już nie uwieść. Być może, gdyby usłyszeć to nagranie na żywo. Być może, gdyby nie wszechłagodzące paluchy Eichera, ta muzyka by zyskała. Niestety tak nie jest. Po prostu nie ciekawi. Nie jestem ciekaw w jaki sposób potoczy się linia rozgrywana czy to przez Noriegę (uwielbiam go), czy to przez Mitchella (nie znam), czy też przez samego Berne'a (uwielbiam). I co z tego, że Ches Smith gra w sposób absolutnie nietuzinkowy. Jeden kwiatek na cztery?
Berne pozostaje sobą, ale jest swoją wersją jakby oglądaną przez szybę. Niby podobne frazy co niemal zawsze. Niby ten sam rys harmoniczny. Wszystko to jednak jest tak ułagodzone, że w którejś chwili myśl sama ucieka od dźwięków. Moja myśl, bo ktoś inny może przecież myśleć inaczej.
I w zasadzie nawet nie to zakomponowanie i nie to ułagodzenie mam tej płycie za złe. Niech tam, lubię i łagodne brzmienia. To, czego nie mogę znieść, to że jest to kolejna płyta nagrana dla ECM, znanego uprzednio muzyka, którą mógłby nagrać każdy inny muzyk posługując się jego partyturą. Gdzieś podział się i zagubił Tim Berne. Powstała muzyka Manfreda Eichera napisana przez Tima Berne'a i zagrana w sposób charakterystyczny dla produkcji ECM. Dla mnie to za mało.
Tim Berne - Snakeoil (2012) - ECM 2234
Wraz z przeradzaniem się Berne'a w kompozytora muzyki, gdzieś zatracił się tej muzyki żar. O ile w niesamowicie pokręconych frazach Bloodcounta, czy Big Satana zawsze - jako słuchacz - znajdowałem się w miejscu, w którym niezmiernie ciekaw byłem rozwoju utworu, kolejnych podawanych mi przez muzyków fraz, tak w przypadku Snakeoil (choćby) tak już nie jest. Wszystko tu dopięte na ostatni guzik. Kompozycje same w sobie być może i interesujące, ale... No właśnie, kota na śmierć ponoć też można zagłaskać. I "Snakeoil" taką dla mnie jest. Zagłaskaną do granic możliwości. Z uwagi na złożone kompozycje lidera, trudno mi powiedzieć, by muzyka ta była przewidywalna. Trudno mi jednak powiedzieć również, by rodzaj jej nieprzewidywalności w jakikolwiek sposób próbował mnie zaciekawić choćby, bo na pewno już nie uwieść. Być może, gdyby usłyszeć to nagranie na żywo. Być może, gdyby nie wszechłagodzące paluchy Eichera, ta muzyka by zyskała. Niestety tak nie jest. Po prostu nie ciekawi. Nie jestem ciekaw w jaki sposób potoczy się linia rozgrywana czy to przez Noriegę (uwielbiam go), czy to przez Mitchella (nie znam), czy też przez samego Berne'a (uwielbiam). I co z tego, że Ches Smith gra w sposób absolutnie nietuzinkowy. Jeden kwiatek na cztery?
Berne pozostaje sobą, ale jest swoją wersją jakby oglądaną przez szybę. Niby podobne frazy co niemal zawsze. Niby ten sam rys harmoniczny. Wszystko to jednak jest tak ułagodzone, że w którejś chwili myśl sama ucieka od dźwięków. Moja myśl, bo ktoś inny może przecież myśleć inaczej.
I w zasadzie nawet nie to zakomponowanie i nie to ułagodzenie mam tej płycie za złe. Niech tam, lubię i łagodne brzmienia. To, czego nie mogę znieść, to że jest to kolejna płyta nagrana dla ECM, znanego uprzednio muzyka, którą mógłby nagrać każdy inny muzyk posługując się jego partyturą. Gdzieś podział się i zagubił Tim Berne. Powstała muzyka Manfreda Eichera napisana przez Tima Berne'a i zagrana w sposób charakterystyczny dla produkcji ECM. Dla mnie to za mało.
Tim Berne - Snakeoil (2012) - ECM 2234
Etykiety:
Ches Smith,
Matt Mitchell,
Oscar Noriega,
Tim Berne
Subskrybuj:
Posty (Atom)