Znów kupno płyty w ciemno. Na zasadzie: "Elliott Levin is a veteran high energy free tenor sax player" musi mnie zainteresować. A skoro i weteran i energicznie na tenorze grający, to musi być "to". Zrazu wyobraziłem sobie Levina, jako nestora sceny free, kogoś w rodzaju Freda Andersona, od lat grającego, ale nie nagrywającego, zatem zamawiając płytę, próbowałem się dopytać o jego postać. Niestety nikt nie wiedział kto zacz.
Niemniej jednak, kiedy już poszedłem płytę odebrać, usłyszałem, że w sumie, to Levin raczej przy Andersonie młodzieniaszek. Rok urodzenia 1953. Filadelfia. Potem gdzieś napotkałem na informację, że grał z Cecilem Taylorem (i fakt, nawet sam dwie takie płyty mam, tyle, że Levin niknie tam w wieloosobowym enemblu), zaś na CIMP jest jeszcze kilka innych płyt z Tyronem Hillem i Marshallem Allenem. Nadto jest poetą. Ok, może zatem nie nestor, ale w świecie amerykańskiego avantu nie jest to na pewno postać nieznana, choć na pewno ani nie z pierwszych, ani nie z drugich stron gazet. Może z ósmej, a i to małym drukiem. Niech będzie, nie raz zostałem pozytywnie zaskoczony muzyką graną przez kompletnie nieznanych mi muzyków. Ba, to przeżycie jest chyba zawsze najmocniejsze - natknąć się na coś nowego, nieznanego i być pozytywnie zaskoczonym.
"The Motion of Emotion" też niech będzie. Nawet bardzo niech będzie. Levin występuje tu z sekcją składającą się z bardziej znanych mi muzyków niż sam lider, bowiem praktycznie każde nagranie z Dominikiem Duvalem, czy Denisem Charlesem można - przynajmniej w zakresie gry sekcji - uznać za doskonałe. Niespodzianką dla mnie był udział drugiego basisty i zarazem wiolonczelisty - Akiry Ando. Nietypowy zatem kwartet, któremu brzmieniowo bliżej do popularnych triów, niż kwartetów. Stylistycznie muzyka zawieszona gdzieś pomiędzy free jazzem, a free bopem. Albo inaczej stanowi wyrosły z tradycji monkowskiego free bopu free jazz. Cokolwiek to znaczy.
Świetnie brzmią te dwa basy. Nieczęsty to skład stosowany w jazzie i zwykle, przy zdwojeniu tego instrumentu wprowadza się słówko "eksperymentalny", tym niemniej jednak koncepcja muzyczna Levina, na pewno przy nagraniu tej muzyki była skonkretyzowana. Żadnych eksperymentów. Dwa instrumenty pełniące rolę... chyba najlepiej byłoby napisać harmolodyczną. Nawet bowiem Duval, któremu przypadł zaszczyt bycia wyłącznie basistą zespołu, nie pełni typowej dla takiego muzyka roli. Zresztą stwierdzenie o kwartecie jest nieco na wyrost, albowiem pośród sześciu utworów, jakie zawiera kompakt, są nagrane dwa duety (jeden z Charlesem, drugi z Duvalem) i jedno trio (z Ando i Charlesem). Szczególnie w tym ostatnim przypadku można sobie porównać co wnosi do zespołu dodatkowy kontrabas. Biorąc zaś pod uwagę, że utwory do krótkich nie należą, czasu na analizy może być sporo.
Ok, a co mają począć ci, którzy chcą słuchać muzyki dla przyjemności słuchania, nie zaś dla analiz? Niech słuchają. Sympatykom wspomnianego już Freda Andersona, wczesnego Davida Murraya, Jemeela Moondoka i doprawdy wielu muzyków eksplorujących amerykańskie, współczesne free, muzyka ta nie będzie obca i przyniesie wiele zabawy. Jest tak ceniona przeze mnie energia saksofonowej gry, są aranżacyjne smaczki, szczególnie gdy grają Ando i Duval, są porywające solówki. Nie będzie obca, jednak trudno byłoby mi uznać, że frazy instrumentów są przewidywalne. Wręcz przeciwnie - za każdym razem słuchając "The Motion of Emotion", łapię się na tym, że kiedy słuchałem jej poprzednim razem, wydawało mi się, że linia improwizacji była poprowadzona inaczej.
Mocna rekomendacja.
Elliott Levin Quartet - The Motion of Emotion, CIMP #153, 1998; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 22.01.2006 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denis Charles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denis Charles. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 czerwca 2013
niedziela, 11 listopada 2012
Thomas Borgmann Trio & Peter Brötzmann - Stalker Songs (diapazon.pl)
Spojrzałem na okładkę. Thomas Borgmann Trio z Peterem Brötzmannem. I mniejszymi literami: Wilber Morris i Denis Charles. Oj będzie się działo pomyślałem, usiadłem wygodnie w fotelu, bo przecież już za chwilę, po użyciu przycisku Play zostanę wciśnięty w miejsce mego siedzenia. Play i... nic.
Cisza spokój, łagodna linia saksofonowu Borgmanna. No jeszcze chwila i poproszę speców od smooth jazzu, by puścili ją na antenie. Tylko te czasy utworów jakoś nie bardzo pasują do smooth: prawie 35 i 30 minut. No cóż, nie bardzo by się podobało wiecznie dużo i wiecznie szybko żyjącym konsumentom.
Chwila. Półgodzinne utwory, toż to dopiero początek. Nie wstawać, bo za chwilę gwałtowność dwu najgłośniejszych saksofonistów Europy nie pozwoli ustać w pokoju. Fakt. 30 minut, to wystarczający czas, by móc się nieźle wygadać na instrumencie, nawet jeśli swoje sola trzeba dzielić z partnerami. W zasadzie z partnerem. Na "Stalker Songs" praktycznie wszystkie partie solowe podzielili pomiędzy siebie Borgmann i Brötzmann. I później już wcale spokojnie nie jest. Po minucie wprowadzenia przez Borgmanna dochodzi Brötzmann na drugim tenorze i wraz z nim pojawiają się dysonanse, a sam Brötzmann nigdy do lirycznych saksofonistów nie należał. Stanowiący europejskie alter ego Aylera, posługuje się podobnym aparatem wykonawczym. Po minutach powolnego i natchnionego niemal rozwijania improwizacji, nadchodzi zgiełk i furia. Znów zatem free, tym razem w - nazwijmy to tak - hard rockowej odmianie. Z przymrużeniem oka, tak nazwijmy (to dla osób pozbawionych poczucia humoru w sposób jeszcze większy ode mnie). Ilekroć słucham Borgmanna i Brötzmanna, a w zasadzie to niemal wszystkich saksofonistów niemieckich, którzy free zaczęli grać w zamierzchłej przeszłości lat 60. i 70., tylekroć mam wrażenie, że obok Colemana, czy Taylora, lekcje pobierali u Black Sabbath. Ich muzyka nie jest finezyjna. Ich solówki mają ciężar pociągu towarowego. Wszystko podane w sposób dosadny, bez ogródek. Jeśli tylko się wychylisz, odejdziesz na chwilę, przestaniesz słuchać - w łeb! Ordnung ist ordnung! A jak się nie zgadzasz, to lepiej nie rozpoczynać słuchania.
"Stalker Songs" jest popisem dwu saksofonistów. Sekcja, dobra, ba wyśmienita dla takiej muzyki, jest w tle w tym sensie, że dwaj saksofoniści nie dają sobie czasu na oddech. Gra Charlesa i Morrisa jest jak pewnego rodzaju interaktywna magma, z której wyrastają feerie saksofonowych solówek. Nie ma zmiłuj się. Mimo, że do hard corowych popisów Machine Gun daleko, to jednak nie jest to muzyka dla grzecznych dziewczynek. Ostra, wrzaskliwa, mocna. Dla ludzi o mocnych nerwach, którzy w muzyce nie poszukują ani łatwych melodii (bo ich tu nie ma), ani łatwych wrażeń (bo muzyka ta ich nie dostarczy). W zamian - rzeczywistość. Ostra, nieprzyjemna... prawdziwa.
Thomas Borgmann Trio & Peter Brötzmann - Stalker Songs - CIMP, #160, 1997, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 18.07.2005 r.
Cisza spokój, łagodna linia saksofonowu Borgmanna. No jeszcze chwila i poproszę speców od smooth jazzu, by puścili ją na antenie. Tylko te czasy utworów jakoś nie bardzo pasują do smooth: prawie 35 i 30 minut. No cóż, nie bardzo by się podobało wiecznie dużo i wiecznie szybko żyjącym konsumentom.
Chwila. Półgodzinne utwory, toż to dopiero początek. Nie wstawać, bo za chwilę gwałtowność dwu najgłośniejszych saksofonistów Europy nie pozwoli ustać w pokoju. Fakt. 30 minut, to wystarczający czas, by móc się nieźle wygadać na instrumencie, nawet jeśli swoje sola trzeba dzielić z partnerami. W zasadzie z partnerem. Na "Stalker Songs" praktycznie wszystkie partie solowe podzielili pomiędzy siebie Borgmann i Brötzmann. I później już wcale spokojnie nie jest. Po minucie wprowadzenia przez Borgmanna dochodzi Brötzmann na drugim tenorze i wraz z nim pojawiają się dysonanse, a sam Brötzmann nigdy do lirycznych saksofonistów nie należał. Stanowiący europejskie alter ego Aylera, posługuje się podobnym aparatem wykonawczym. Po minutach powolnego i natchnionego niemal rozwijania improwizacji, nadchodzi zgiełk i furia. Znów zatem free, tym razem w - nazwijmy to tak - hard rockowej odmianie. Z przymrużeniem oka, tak nazwijmy (to dla osób pozbawionych poczucia humoru w sposób jeszcze większy ode mnie). Ilekroć słucham Borgmanna i Brötzmanna, a w zasadzie to niemal wszystkich saksofonistów niemieckich, którzy free zaczęli grać w zamierzchłej przeszłości lat 60. i 70., tylekroć mam wrażenie, że obok Colemana, czy Taylora, lekcje pobierali u Black Sabbath. Ich muzyka nie jest finezyjna. Ich solówki mają ciężar pociągu towarowego. Wszystko podane w sposób dosadny, bez ogródek. Jeśli tylko się wychylisz, odejdziesz na chwilę, przestaniesz słuchać - w łeb! Ordnung ist ordnung! A jak się nie zgadzasz, to lepiej nie rozpoczynać słuchania.
"Stalker Songs" jest popisem dwu saksofonistów. Sekcja, dobra, ba wyśmienita dla takiej muzyki, jest w tle w tym sensie, że dwaj saksofoniści nie dają sobie czasu na oddech. Gra Charlesa i Morrisa jest jak pewnego rodzaju interaktywna magma, z której wyrastają feerie saksofonowych solówek. Nie ma zmiłuj się. Mimo, że do hard corowych popisów Machine Gun daleko, to jednak nie jest to muzyka dla grzecznych dziewczynek. Ostra, wrzaskliwa, mocna. Dla ludzi o mocnych nerwach, którzy w muzyce nie poszukują ani łatwych melodii (bo ich tu nie ma), ani łatwych wrażeń (bo muzyka ta ich nie dostarczy). W zamian - rzeczywistość. Ostra, nieprzyjemna... prawdziwa.
Thomas Borgmann Trio & Peter Brötzmann - Stalker Songs - CIMP, #160, 1997, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 18.07.2005 r.
Etykiety:
Denis Charles,
Peter Brötzmann,
Thomas Borgmann,
Wilber Morris
Borgmann / Morris / Charles - Boom Swing (diapazon.pl)
Przyznam, że płytę tę mam w swoich zbiorach kilka już ładnych lat. Zalegała tam sobie nie bawiąc moich uszu. Od kilku dni odkrywam ją na nowo. I znów jestem w stanie powiedzieć: Panie i Panowie, słuchajcie - to dobra płyta.
Niestety skąpy opis stwierdza, że jedynie dwa pierwsze utwory zostały nagrane podczas koncertu w Austrii, gdzie i kiedy nagrano resztę nie wiadomo. Tak, czy inaczej stwierdzić należy, że trzej panowie byli w wyśmienitej formie zarówno podczas koncertu, jak również podczas nagrywania dwu pozostałych utworów. Sekcji w zasadzie nie należy przedstawiać - Wilber Morris oraz Dennis Charles to legendy jazzu. Tu cudownie, niemal intuicyjnie ze sobą współdziałające. Tworzą całość poprzez wzajemne się uzupełnianie. Grają obok, grają razem, zawsze jednak z dźwieków ich instrumentów tworzy się pewna jakość, niech to będzie "jakość sekcji rytmicznej". Trzecim bohaterem jest istniejący wciąż w cieniu Petera Brötzmanna inny niemiecki tuz saksofonu - Thomas Borgmann. O muzyce można powiedzieć dwie rzeczy: w sumie do free jazzowego, w takiej bowiem stylistyce się poruszają muzycy, niczego nowego nie wnosi. Natomiast jest to muzyka niesamowicie szczera, niesamowicie prawdziwa. Innymi słowy, jest taka, jaką najbardziej cenię. Niezależnie bowiem od rodzaju muzyki, która jest wykonywana najbardziej cenię tę, o której powiedzieć mogę, że muzycy grają ją szczerze, bez udawania. Wiem, wiem, demagogia i gadanie o nieuchwytnych, ulotnych i dla każdego co innego znaczących rzeczach. Cóż, kiedyś miałem być matematykiem, ale te czasy przeszły i wolę od rozbioru muzyki na czynniki pierwsze mieć wrażenie czy świadomość, że grający ją muzycy są wobec mnie szczerzy.
Inna sprawa, że w dwu głównych utworach płyty - obu częściach "Nastysweet" naprawdę wiele się dzieje. Muzyka wciąż się rozwija, nigdy praktycznie nie wchodzi do tej samej wody, raz znalazłszy jakieś oparcie, po chwili je porzuca podróżując w nowe rejony, chcąc spenetrować coś nowego, by znów przystanąć na chwilę, oswoić się, zaczerpnąć tchu i pójść dalej. Przyznam, że tego typu granie, szczególnie w jazzie free najbardziej lubię. Uparte dążenie w granie najgłośniej i najszybciej (a i to Borgmann potrafi) zastępuje ciągłe poszukiwanie. U mnie, słuchacza, zamienia się to w ciągłe podążanie z muzyką, ciągłą jej ciekawość. I to nawet gdy słucham tej muzyki któryś raz.
Dwie pozostałe - w porównaniu z "Nastysweet" - miniaturki też są niczego sobie. Mnie szczególnie do gustu przypadł tytułowy "Boom Swing", nagranie z energią, z zapałem - innymi słowy takie, do jakiego przyzwyczaił nas idiom free jazzu wypracowany przez Ornette'a Colemana (choć są przecież i inne).
Free jazzowym zapaleńcom polecam gorąco. Pozostałym fanom jazzu, niekoniecznie. Osobom o otwartych uszach - jak najbardziej.
Borgmann / Morris / Charles - Boom Swing, Konnex, KCD5082, 1997, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 22.04.2005 r.
Niestety skąpy opis stwierdza, że jedynie dwa pierwsze utwory zostały nagrane podczas koncertu w Austrii, gdzie i kiedy nagrano resztę nie wiadomo. Tak, czy inaczej stwierdzić należy, że trzej panowie byli w wyśmienitej formie zarówno podczas koncertu, jak również podczas nagrywania dwu pozostałych utworów. Sekcji w zasadzie nie należy przedstawiać - Wilber Morris oraz Dennis Charles to legendy jazzu. Tu cudownie, niemal intuicyjnie ze sobą współdziałające. Tworzą całość poprzez wzajemne się uzupełnianie. Grają obok, grają razem, zawsze jednak z dźwieków ich instrumentów tworzy się pewna jakość, niech to będzie "jakość sekcji rytmicznej". Trzecim bohaterem jest istniejący wciąż w cieniu Petera Brötzmanna inny niemiecki tuz saksofonu - Thomas Borgmann. O muzyce można powiedzieć dwie rzeczy: w sumie do free jazzowego, w takiej bowiem stylistyce się poruszają muzycy, niczego nowego nie wnosi. Natomiast jest to muzyka niesamowicie szczera, niesamowicie prawdziwa. Innymi słowy, jest taka, jaką najbardziej cenię. Niezależnie bowiem od rodzaju muzyki, która jest wykonywana najbardziej cenię tę, o której powiedzieć mogę, że muzycy grają ją szczerze, bez udawania. Wiem, wiem, demagogia i gadanie o nieuchwytnych, ulotnych i dla każdego co innego znaczących rzeczach. Cóż, kiedyś miałem być matematykiem, ale te czasy przeszły i wolę od rozbioru muzyki na czynniki pierwsze mieć wrażenie czy świadomość, że grający ją muzycy są wobec mnie szczerzy.
Inna sprawa, że w dwu głównych utworach płyty - obu częściach "Nastysweet" naprawdę wiele się dzieje. Muzyka wciąż się rozwija, nigdy praktycznie nie wchodzi do tej samej wody, raz znalazłszy jakieś oparcie, po chwili je porzuca podróżując w nowe rejony, chcąc spenetrować coś nowego, by znów przystanąć na chwilę, oswoić się, zaczerpnąć tchu i pójść dalej. Przyznam, że tego typu granie, szczególnie w jazzie free najbardziej lubię. Uparte dążenie w granie najgłośniej i najszybciej (a i to Borgmann potrafi) zastępuje ciągłe poszukiwanie. U mnie, słuchacza, zamienia się to w ciągłe podążanie z muzyką, ciągłą jej ciekawość. I to nawet gdy słucham tej muzyki któryś raz.
Dwie pozostałe - w porównaniu z "Nastysweet" - miniaturki też są niczego sobie. Mnie szczególnie do gustu przypadł tytułowy "Boom Swing", nagranie z energią, z zapałem - innymi słowy takie, do jakiego przyzwyczaił nas idiom free jazzu wypracowany przez Ornette'a Colemana (choć są przecież i inne).
Free jazzowym zapaleńcom polecam gorąco. Pozostałym fanom jazzu, niekoniecznie. Osobom o otwartych uszach - jak najbardziej.
Borgmann / Morris / Charles - Boom Swing, Konnex, KCD5082, 1997, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 22.04.2005 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)