niedziela, 11 listopada 2012

Thomas Borgmann Trio & Peter Brötzmann - Stalker Songs (diapazon.pl)

Spojrzałem na okładkę. Thomas Borgmann Trio z Peterem Brötzmannem. I mniejszymi literami: Wilber Morris i Denis Charles. Oj będzie się działo pomyślałem, usiadłem wygodnie w fotelu, bo przecież już za chwilę, po użyciu przycisku Play zostanę wciśnięty w miejsce mego siedzenia. Play i... nic.

Cisza spokój, łagodna linia saksofonowu Borgmanna. No jeszcze chwila i poproszę speców od smooth jazzu, by puścili ją na antenie. Tylko te czasy utworów jakoś nie bardzo pasują do smooth: prawie 35 i 30 minut. No cóż, nie bardzo by się podobało wiecznie dużo i wiecznie szybko żyjącym konsumentom.

Chwila. Półgodzinne utwory, toż to dopiero początek. Nie wstawać, bo za chwilę gwałtowność dwu najgłośniejszych saksofonistów Europy nie pozwoli ustać w pokoju. Fakt. 30 minut, to wystarczający czas, by móc się nieźle wygadać na instrumencie, nawet jeśli swoje sola trzeba dzielić z partnerami. W zasadzie z partnerem. Na "Stalker Songs" praktycznie wszystkie partie solowe podzielili pomiędzy siebie Borgmann i Brötzmann. I później już wcale spokojnie nie jest. Po minucie wprowadzenia przez Borgmanna dochodzi Brötzmann na drugim tenorze i wraz z nim pojawiają się dysonanse, a sam Brötzmann nigdy do lirycznych saksofonistów nie należał. Stanowiący europejskie alter ego Aylera, posługuje się podobnym aparatem wykonawczym. Po minutach powolnego i natchnionego niemal rozwijania improwizacji, nadchodzi zgiełk i furia. Znów zatem free, tym razem w - nazwijmy to tak - hard rockowej odmianie. Z przymrużeniem oka, tak nazwijmy (to dla osób pozbawionych poczucia humoru w sposób jeszcze większy ode mnie). Ilekroć słucham Borgmanna i Brötzmanna, a w zasadzie to niemal wszystkich saksofonistów niemieckich, którzy free zaczęli grać w zamierzchłej przeszłości lat 60. i 70., tylekroć mam wrażenie, że obok Colemana, czy Taylora, lekcje pobierali u Black Sabbath. Ich muzyka nie jest finezyjna. Ich solówki mają ciężar pociągu towarowego. Wszystko podane w sposób dosadny, bez ogródek. Jeśli tylko się wychylisz, odejdziesz na chwilę, przestaniesz słuchać - w łeb! Ordnung ist ordnung! A jak się nie zgadzasz, to lepiej nie rozpoczynać słuchania.

"Stalker Songs" jest popisem dwu saksofonistów. Sekcja, dobra, ba wyśmienita dla takiej muzyki, jest w tle w tym sensie, że dwaj saksofoniści nie dają sobie czasu na oddech. Gra Charlesa i Morrisa jest jak pewnego rodzaju interaktywna magma, z której wyrastają feerie saksofonowych solówek. Nie ma zmiłuj się. Mimo, że do hard corowych popisów Machine Gun daleko, to jednak nie jest to muzyka dla grzecznych dziewczynek. Ostra, wrzaskliwa, mocna. Dla ludzi o mocnych nerwach, którzy w muzyce nie poszukują ani łatwych melodii (bo ich tu nie ma), ani łatwych wrażeń (bo muzyka ta ich nie dostarczy). W zamian - rzeczywistość. Ostra, nieprzyjemna... prawdziwa.

Thomas Borgmann Trio & Peter Brötzmann - Stalker Songs - CIMP, #160, 1997, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 18.07.2005 r.
Prześlij komentarz