wtorek, 19 maja 2015

Billie Holiday - Music for Torching (diapazon.pl)

Czy jest muzyka, w której można się zakochać? Dla mnie jest. Od wielu, wielu lat jestem zakochany w piosenkach i pieśniach śpiewanych przez Billie Holiday.

Kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem, a usłyszałem wówczas jej już późne nagrania, myślałem, że śpiewane są przez bardzo starą kobietę. Nie kobietę w podeszłym wieku - po prostu starą. Dopiero potem zdobyłem świadomość jej tragicznego życia. Dopiero potem zrozumiałem, dlaczego w tych miłosnych niekiedy wyznaniach tyle smutku, tyle nostalgii i jakże by inaczej - tyle tragedii. Dopiero wtedy doszło do mnie, że słucham kobiety w pełni wieku, trzydziesto, czterdziestoletniej. Cassandra Wilson (którą również bardzo cenię i lubię) też jest w tym wieku - porównajcie.

"Music for Torching" wydana pierwotnie w 1955 roku przez Clef, a wznowiona czterdzieści lat później przez Verve nie jest niczym szczególnym w dokonaniach Lady Day. Ot płyta zawierająca ballady znane na wylot, jak ellingtonowskie "Prelude to a Kiss", "Come Rain or Come Shine" Arlena i Mercera, czy "A Fine Romance" Kerna i Fields. Gershwin, Ellington, Porter... sami wspaniali twórcy muzyki. Muzyki, która doskonale znana z różnych wykonań, tak instrumentalnych jak i wokalnych wydaje się często wręcz nudzić. Ileż razy można słuchać tego samego. Jednak, po chwili zastanowienia zawsze odpowiem - w wykonaniu Holiday - zawsze. Ta kobieta, ta wokalistka była wokalnym jazzem swoich lat. I długo potem. I to mimo, że wcale nie jest jakąś super wokalistką o niesamowitej skali, niespotykanych walorach głosu. Jednak, jeśli jazz (przynajmniej wówczas) był muzyką duszy, muzyką czarnej duszy, to Holiday, tę duszę potrafiła doskonale oddać. Albo inaczej - to ona nią była. Jest wokalistyki jazzowej środkiem. Można śpiewać zupełnie inaczej, ale od Holiday się nie ucieknie. Bo zawsze przypomni się jak można wyśpiewać siebie. A Holiday czyni to w każdym słowie, w każdej frazie, dźwięku. Co z tego, że od tamtych lat, narodziły się całe pokolenia wokalistek, które śpiewają lepiej, czyściej, mają lepsze walory głosowe... Wymieniać można byłoby bez końca, bowiem Holiday (podobnie jak Armstrong) jest zaprzeczeniem klasycznego piękna w śpiewie. Jednak ona jest i nie przemija od kilkudziesięciu lat, a inne nadchodzą, zaśpiewają, i odchodzą. Pamięć po nich też. Pamięć o Holiday trwa.

Ta płyta ma też jedną niewątpliwą zaletę - nie gra na niej Oscar Peterson, a wyśmienity dla Holiday akompaniator - Jimmy Rowles. Składu dopełniają Harry "Sweets" Edison i Benny Carter. Jedynie żal, że nie gra tu Lester Young. Byłoby doskonale. Jest po prostu bardzo dobrze. Polecam. Ta muzyka to smutek, który może powodować uśmiech na twarzy

Billie Holiday - Music for Torching, Verve 527 445-2, 1955/95.
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl dnia 25.08.2004
Prześlij komentarz