Joe Lovano do bardziej awangardowych rejonów jazzu sięgnął po raz pierwszy chyba wraz ze swoim septetem z końcem lat 80. Potem były trzecionurtowe płyty z Schullerem oraz hołd Sinatrze. Z drugiej strony z triowymi składami Lovano spotykamy się przecież nie po raz pierwszy.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
poniedziałek, 27 maja 2013
niedziela, 26 maja 2013
Copenhagen Art Ensemble - Don't Mention The War (diapazon.pl)
Przyznam, że mój ulubiony świat muzyczny, oscyluje wokół niewielkich składów. Przede wszystkim tutaj mogę posłuchać wszelkich interakcji między muzykami, wsłuchać się w brzmienie wybranego muzyka, dostrzec wszelkie różnice w artykulacji, w sposobie gry, w myśleniu.
Duże składy siłą rzeczy nie stawiające na indywidualności, są obchodzone przeze mnie dość dużym łukiem. Tym niemniej jednak, od kilku tygodni, uszy me cieszą dźwięki zagrane przez Copenhagen Art Ensamble na płycie "Don't Mention The War".
Płyta wywołuje już miłe refleksje zanim zapoznamy się z muzyką, albowiem okładkę zdobi obraz Eugene'a Delacroix. Sama płyta, nadrukiem przywodzi zaś na myśl skojarzenia z longplayami. Duńczycy zadanie z oprawy graficznej odrobili zatem na piątkę. Nie grafiką jednak muzyka żyje, choć okładki jazzowych płyt, to w ogóle temat na oddzielną i być może ciekawą dyskusję.
Zespół, za wyjątkiem udziału w nagraniu płyty "Open, Coma" Tima Berne'a, nie jest mi zupełnie znany. Także czternastu muzyków nań się składających, praktycznie nie porusza żadnych komórek pamięci (są wyjątki, ale pomińmy je w tej chwili). Nie jest to zresztą bardzo istotne, albowiem koncepcja gry jest bardzo ściśle podporządkowana grze zespołowej. Nie ma tu solisty, czy nawet solistów, którym towarzyszą pozostali muzycy. Muzyka prezentowana jest jako pewien monolit dźwiękowych barw. Udział Jakoba Riisa obsługującego laptopa powoduje, że płyta winna być przedmiotem zainteresowania szukających "nowych dźwięków" w muzyce. Poczesne miejsce w muzyce zajmuje też głos. Słowa, czy sylaby wymawiane (wykrzykiwane) przez muzyków, jakby parafraza rapu w jakimś "operowym" wydaniu.
Jeśli nie gra solowa, to co? Barwy! Potężny aparat wykonawczy, z laptopem, wiolonczelą, bogactwem dęciaków, głosami - barwami skrzy tę muzykę. Podobać się mogą również kompozycje, złożone, zmienne, wyłaniające wciąż to jakieś mniejsze składy z czternastoosobowego ansambla, na przemian rozrzedzające i zagęszczające muzyczną akcję.
Mnie się ta płyta podoba, ale nikogo nie namawiam do jej posłuchania. Prezentowany świat dźwięków albo trafia we wrażliwość słuchacza, albo pozostanie mu kompletnie obcy.
Copenhagen Art Ensemble - Don't Mention The War, Stunt, STXCD20512, 2005, recenzja pierwotnie ukazała się w Diapazon.pl dnia 28.01.2007 r.
Duże składy siłą rzeczy nie stawiające na indywidualności, są obchodzone przeze mnie dość dużym łukiem. Tym niemniej jednak, od kilku tygodni, uszy me cieszą dźwięki zagrane przez Copenhagen Art Ensamble na płycie "Don't Mention The War".
Płyta wywołuje już miłe refleksje zanim zapoznamy się z muzyką, albowiem okładkę zdobi obraz Eugene'a Delacroix. Sama płyta, nadrukiem przywodzi zaś na myśl skojarzenia z longplayami. Duńczycy zadanie z oprawy graficznej odrobili zatem na piątkę. Nie grafiką jednak muzyka żyje, choć okładki jazzowych płyt, to w ogóle temat na oddzielną i być może ciekawą dyskusję.
Zespół, za wyjątkiem udziału w nagraniu płyty "Open, Coma" Tima Berne'a, nie jest mi zupełnie znany. Także czternastu muzyków nań się składających, praktycznie nie porusza żadnych komórek pamięci (są wyjątki, ale pomińmy je w tej chwili). Nie jest to zresztą bardzo istotne, albowiem koncepcja gry jest bardzo ściśle podporządkowana grze zespołowej. Nie ma tu solisty, czy nawet solistów, którym towarzyszą pozostali muzycy. Muzyka prezentowana jest jako pewien monolit dźwiękowych barw. Udział Jakoba Riisa obsługującego laptopa powoduje, że płyta winna być przedmiotem zainteresowania szukających "nowych dźwięków" w muzyce. Poczesne miejsce w muzyce zajmuje też głos. Słowa, czy sylaby wymawiane (wykrzykiwane) przez muzyków, jakby parafraza rapu w jakimś "operowym" wydaniu.
Jeśli nie gra solowa, to co? Barwy! Potężny aparat wykonawczy, z laptopem, wiolonczelą, bogactwem dęciaków, głosami - barwami skrzy tę muzykę. Podobać się mogą również kompozycje, złożone, zmienne, wyłaniające wciąż to jakieś mniejsze składy z czternastoosobowego ansambla, na przemian rozrzedzające i zagęszczające muzyczną akcję.
Mnie się ta płyta podoba, ale nikogo nie namawiam do jej posłuchania. Prezentowany świat dźwięków albo trafia we wrażliwość słuchacza, albo pozostanie mu kompletnie obcy.
Copenhagen Art Ensemble - Don't Mention The War, Stunt, STXCD20512, 2005, recenzja pierwotnie ukazała się w Diapazon.pl dnia 28.01.2007 r.
Nadchodzi jazz! Czyli od niedzieli do niedzieli w Krakowie
Krótko i bez zbędnych słów. Program koncertów jazzowych w Krakowie i okolicach na najbliższe siedem dni (od 26.05.2013 r.)
26.05.2013 r.
High Definition (Michał Śliwa - sax, Piotr Orzechowski - p, Alan Wykpisz - b, Patryk Dobosz - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Choice (Paweł Wszołek - b, Tomasz Białowolski - Fender Rhodes, Łukasz Kokoszko - g, Szymon Madej - dr); PiecArt, g. 21:30
27.05.2013 r.
Traditional & Swing Jam Session (Marek Michalak - tb, Wojtek Groborz - p, Jan Gonciarczyk - b, Wiesław Jamioł - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Choice (Paweł Wszołek - b, Tomasz Białowolski - Fender Rhodes, Łukasz Kokoszko - g, Szymon Madej - dr); PiecArt, g. 21:30
28.05.2013 r.
V Speed (Tomasz Kubiela - g, Łukasz Bylica - b, Łukasz Płatek - sax, Krzysztof Rozwadowski - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Opalińska/Whates Duo (Mira Opalińska - p, Douglas Whates - b); PiecArt, g. 21:30
29.05.2013 r.
Homburger/Guy/Niggli Trio - Krakow Jazz (Maya Homburger - v, Barry Guy - b, Lucas Niggli - dr); Alchemia, godz. 20.00
Latin Jazz Jam Session (Kuba Pach - tp, Szymon Kamykowski - sax, Tadeusz Leśniak - p, Andrzej Rusek - b, Marek "Smok" Rajss - perc, Łukasz Kurzydło - perc, Bartek Staromiejski - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Opalińska/Whates Duo (Mira Opalińska - p, Douglas Whates - b); PiecArt, g. 21:30
30.05.2013 r.
Sweet’n’Sour (Małgorzata Moskiewicz - voc, Roman Bardun - p, Wojciech Szwugier - b); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Mateusz Pałka Trio (M.Pałka-p, A.Wykpisz-db, G.Pałka-dr); PiecArt, godz. 21:30
31.05.2013 r.
Niteline Jazz: Back to the Roots (Waldemar Gołębski - EWI, Tomasz Kobiela - g, Michał Rapka - b, Michał Peiker - dr); Restauracja Gródek, godz. 20.00
Piano Bench Jazz Trio (Alex Baboian - g, Dylan Coleman - b, Marton Juhasz - dr); PiecArt, godz. 21:30
1.06.2013 r.
Przemysław Strączek International Trio (Przemysław Strączek - g, Francesco Angiuli - b, Flavio Li Vigni - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Piano Bench Jazz Trio (Alex Baboian - g, Dylan Coleman - b, Marton Juhasz - dr); PiecArt, godz. 21:30
Jacek Korohoda: Window To The Backyard (Jacek Korohoda - g, Lech Popławski - voc, v, Waldemar Gołębski - keybs, EWI, Józef Michalik - bg, Łukasz Sobczyk - dr); Milestone Jazz Club, godz. 21:00
2.06.2013 r.
Volume (Mikołaj Trzaska - reeds, Peter Friis Nielsen - gb, Peter Ole Jorgensen - dr); Alchemia, godz. 20.00
Witold Chronowski Trio (Witold Chronowski - g, Jan Gonciarczyk - b, Andrzej Popiel - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:00
Gawęda/Wykpisz/Dobosz Experiment (M.Gawęda-p, A.Wykpisz-db, P.Dobosz-dr); PiecArt, godz. 21:30
Miejsca:
Alchemia - Estery 5
Restauracja Gródek - Na Gródku 4
Harris Piano Jazz Bar - Rynek Główny 28
PiecArt - Szewska 12
Milestone Jazz Club - Nadwiślańska 6 (Qubus Hotel)
Koncerty, które uważam za szczególnie ciekawe, bądź te, na które się mam zamiar wybrać wyróżniłem pogrubieniem.
Kluby, muzycy, zespoły, których koncerty się nie pojawiły na tej liście, a które chciałyby zostać uwzględnione - proszę o kontakt, na pewno koncert zostanie dopisany.
26.05.2013 r.
High Definition (Michał Śliwa - sax, Piotr Orzechowski - p, Alan Wykpisz - b, Patryk Dobosz - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Choice (Paweł Wszołek - b, Tomasz Białowolski - Fender Rhodes, Łukasz Kokoszko - g, Szymon Madej - dr); PiecArt, g. 21:30
27.05.2013 r.
Traditional & Swing Jam Session (Marek Michalak - tb, Wojtek Groborz - p, Jan Gonciarczyk - b, Wiesław Jamioł - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Choice (Paweł Wszołek - b, Tomasz Białowolski - Fender Rhodes, Łukasz Kokoszko - g, Szymon Madej - dr); PiecArt, g. 21:30
28.05.2013 r.
V Speed (Tomasz Kubiela - g, Łukasz Bylica - b, Łukasz Płatek - sax, Krzysztof Rozwadowski - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Opalińska/Whates Duo (Mira Opalińska - p, Douglas Whates - b); PiecArt, g. 21:30
29.05.2013 r.
Homburger/Guy/Niggli Trio - Krakow Jazz (Maya Homburger - v, Barry Guy - b, Lucas Niggli - dr); Alchemia, godz. 20.00
Latin Jazz Jam Session (Kuba Pach - tp, Szymon Kamykowski - sax, Tadeusz Leśniak - p, Andrzej Rusek - b, Marek "Smok" Rajss - perc, Łukasz Kurzydło - perc, Bartek Staromiejski - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Opalińska/Whates Duo (Mira Opalińska - p, Douglas Whates - b); PiecArt, g. 21:30
30.05.2013 r.
Sweet’n’Sour (Małgorzata Moskiewicz - voc, Roman Bardun - p, Wojciech Szwugier - b); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Mateusz Pałka Trio (M.Pałka-p, A.Wykpisz-db, G.Pałka-dr); PiecArt, godz. 21:30
31.05.2013 r.
Niteline Jazz: Back to the Roots (Waldemar Gołębski - EWI, Tomasz Kobiela - g, Michał Rapka - b, Michał Peiker - dr); Restauracja Gródek, godz. 20.00
Piano Bench Jazz Trio (Alex Baboian - g, Dylan Coleman - b, Marton Juhasz - dr); PiecArt, godz. 21:30
1.06.2013 r.
Przemysław Strączek International Trio (Przemysław Strączek - g, Francesco Angiuli - b, Flavio Li Vigni - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
Piano Bench Jazz Trio (Alex Baboian - g, Dylan Coleman - b, Marton Juhasz - dr); PiecArt, godz. 21:30
Jacek Korohoda: Window To The Backyard (Jacek Korohoda - g, Lech Popławski - voc, v, Waldemar Gołębski - keybs, EWI, Józef Michalik - bg, Łukasz Sobczyk - dr); Milestone Jazz Club, godz. 21:00
2.06.2013 r.
Volume (Mikołaj Trzaska - reeds, Peter Friis Nielsen - gb, Peter Ole Jorgensen - dr); Alchemia, godz. 20.00
Witold Chronowski Trio (Witold Chronowski - g, Jan Gonciarczyk - b, Andrzej Popiel - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:00
Gawęda/Wykpisz/Dobosz Experiment (M.Gawęda-p, A.Wykpisz-db, P.Dobosz-dr); PiecArt, godz. 21:30
Miejsca:
Alchemia - Estery 5
Restauracja Gródek - Na Gródku 4
Harris Piano Jazz Bar - Rynek Główny 28
PiecArt - Szewska 12
Milestone Jazz Club - Nadwiślańska 6 (Qubus Hotel)
Koncerty, które uważam za szczególnie ciekawe, bądź te, na które się mam zamiar wybrać wyróżniłem pogrubieniem.
Kluby, muzycy, zespoły, których koncerty się nie pojawiły na tej liście, a które chciałyby zostać uwzględnione - proszę o kontakt, na pewno koncert zostanie dopisany.
Norris Trio - Ascensión Libre
Nie wiem, czy potrzebowałbym palców drugiej ręki, by wyliczyć znanych mi muzyków jazzowych z Argentyny. Być może to odległość Ameryki Południowej od głównych miejsc grania jazzu z punktu widzenia Europejczyka, być może w istocie niewielu tam ciekawych jazzmanów jest. Trudno powiedzieć. A ja uwielbiam być zaskakiwany nieznaną muzyką. Dobrą muzyką.
Na Norris Trio wpadłem czytając jeden z blogów, który chwalił mające się właśnie odbywać w tym tygodniu koncerty Norris Trio w Argentynie, promujące ich najnowszą płytę "Ascensión Libre". Sięgnąłem po muzykę. I nie żałuję.
Jak sama nazwa zespołu wskazuje, jest ich trzech. Enrique Norris, Maximiliano Kirszner i Pablo Diaz. Zdecydowanie jednak więcej brzmień, niż wyłącznie oczekiwane od tercetu. Lider bowiem, oprócz grania na trąbce, wykorzystuje również fortepian i Fender Rhodes. Niekiedy dźwięki trąbki współuczestniczą z fortepianowymi. Normalnie powiedziałbym nakładki, po tym jednak co zrobił Nicholas Payton na jednym z koncertów, również w trio, nie jestem już taki pewny. Ten aspekt zatem pozostawiam bardziej dociekliwym, samemu oddaję się po prostu muzycznej uczcie.
Zaprezentowana muzyka rozpościera się gdzieś pomiędzy improwizacyjną swobodą, zdecydowanie ku niej ciążąc, a zaplanowanymi kompozycjami. I znów można byłoby się zastanawiać, do jakich dokonań wcześniejszych jest ona podobna. Tyle bowiem już muzyki zostało nagranej, że doprawdy ciężko jest zaskoczyć czymś zdecydowanie odcinającym się od przeszłości. I według mnie, wcale nie o to chodzi. Chodzi o to, by przekaz był autentyczny. Bym nie czuł się oszukiwany przez doskonale wyuczonych muzyków, którzy są w stanie zestawić doskonale wyuczone zagrywki i zbudować z tego coś, co - w zasadzie - doskonale znamy. Nie wiem, czy można to opisać w kategoriach muzykologicznych: w jaki sposób pojawia się w muzyce ten dreszcz świeżości, autentyczności. Wydaje mi się, że jest to wyłącznie odczucie słuchacza i - prawdopodobnie - jego muzycznego osłuchania i doświadczeń z podobną muzyką. W przypadku Norris Trio i Ascensión Libre jak to mówią w pewnym niezbyt ciekawym programie: jestem na tak. W zasadzie przekonuje mnie cały muzyczny przekaz jaki tutaj się znalazł. Ciekawe improwizacje wszystkich muzyków, ujęte w bardzo skondensowane formy. Przede wszystkim jednak ta muzyka "gra". Niesie jakiś emocjonalny ładunek, któremu się wierzy. I to chyba jest najważniejsze.
Szczególnie chciałbym wyróżnić grę Pablo Diaza, perkusisty. Według mnie, materiał zawarty na nagraniu, w dużej mierze ową świeżość i autentyczność, o której wspominałem, zawdzięcza właśnie Diazowi.
I jakoś nie podałem żadnych muzycznych drogowskazów. Nie muszę. Jest ona łatwo dostępna dla każdego, kto zechce się zagłębić w przepastne archiwa Bandcamp i poświęcić chwilę na słuchanie. Nawiasem mówiąc namawiam na przesłuchanie też innych udostępnionych tam nagrań Norris Trio.
Norris Trio - Ascensión Libre, enoane Records 22, 2013; nagrań można posłuchać pod tym adresem: Norris Trio - Ascensión Libre
Na Norris Trio wpadłem czytając jeden z blogów, który chwalił mające się właśnie odbywać w tym tygodniu koncerty Norris Trio w Argentynie, promujące ich najnowszą płytę "Ascensión Libre". Sięgnąłem po muzykę. I nie żałuję.
Jak sama nazwa zespołu wskazuje, jest ich trzech. Enrique Norris, Maximiliano Kirszner i Pablo Diaz. Zdecydowanie jednak więcej brzmień, niż wyłącznie oczekiwane od tercetu. Lider bowiem, oprócz grania na trąbce, wykorzystuje również fortepian i Fender Rhodes. Niekiedy dźwięki trąbki współuczestniczą z fortepianowymi. Normalnie powiedziałbym nakładki, po tym jednak co zrobił Nicholas Payton na jednym z koncertów, również w trio, nie jestem już taki pewny. Ten aspekt zatem pozostawiam bardziej dociekliwym, samemu oddaję się po prostu muzycznej uczcie.
Zaprezentowana muzyka rozpościera się gdzieś pomiędzy improwizacyjną swobodą, zdecydowanie ku niej ciążąc, a zaplanowanymi kompozycjami. I znów można byłoby się zastanawiać, do jakich dokonań wcześniejszych jest ona podobna. Tyle bowiem już muzyki zostało nagranej, że doprawdy ciężko jest zaskoczyć czymś zdecydowanie odcinającym się od przeszłości. I według mnie, wcale nie o to chodzi. Chodzi o to, by przekaz był autentyczny. Bym nie czuł się oszukiwany przez doskonale wyuczonych muzyków, którzy są w stanie zestawić doskonale wyuczone zagrywki i zbudować z tego coś, co - w zasadzie - doskonale znamy. Nie wiem, czy można to opisać w kategoriach muzykologicznych: w jaki sposób pojawia się w muzyce ten dreszcz świeżości, autentyczności. Wydaje mi się, że jest to wyłącznie odczucie słuchacza i - prawdopodobnie - jego muzycznego osłuchania i doświadczeń z podobną muzyką. W przypadku Norris Trio i Ascensión Libre jak to mówią w pewnym niezbyt ciekawym programie: jestem na tak. W zasadzie przekonuje mnie cały muzyczny przekaz jaki tutaj się znalazł. Ciekawe improwizacje wszystkich muzyków, ujęte w bardzo skondensowane formy. Przede wszystkim jednak ta muzyka "gra". Niesie jakiś emocjonalny ładunek, któremu się wierzy. I to chyba jest najważniejsze.
Szczególnie chciałbym wyróżnić grę Pablo Diaza, perkusisty. Według mnie, materiał zawarty na nagraniu, w dużej mierze ową świeżość i autentyczność, o której wspominałem, zawdzięcza właśnie Diazowi.
I jakoś nie podałem żadnych muzycznych drogowskazów. Nie muszę. Jest ona łatwo dostępna dla każdego, kto zechce się zagłębić w przepastne archiwa Bandcamp i poświęcić chwilę na słuchanie. Nawiasem mówiąc namawiam na przesłuchanie też innych udostępnionych tam nagrań Norris Trio.
Norris Trio - Ascensión Libre, enoane Records 22, 2013; nagrań można posłuchać pod tym adresem: Norris Trio - Ascensión Libre
Etykiety:
Enrique Norris,
Maximiliano Kirszner,
Norris Trio,
Pablo Diaz
sobota, 25 maja 2013
Dave Douglas - Time Travel
Dave Douglas nagrał kilka wspaniałych płyt. Bodaj jedną genialną. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Potem, po latach eksperymentowania z przeróżnymi składami zrobił woltę w stronę... Cóż, od lat wydaje mi się, że jedyne co robi, to mniej lub bardziej udanie tworzy "w stylu". Przede wszystkim Milesa Davisa, choć odwołań do muzyki wielkich mistrzów z przed lat jest zdecydowanie więcej. Niezależnie, od tego, czy są to składy elektryczne, czy też akustyczne, zawsze mam wrażenie przepełnienia tej muzyki, twórczością kogoś sprzed wielu lat. Najczęściej jest to Davis. Doszło do tego, że niekiedy miewam wrażenie, że nowe kompozycje Douglasa są jakby kalką dokonań muzyki jazzowej gdzieś od końca lat 50 po wczesne 70 ubiegłego wieku. Odwoływanie się do Davisa, zauroczenie jego twórczością jest też obecne u całej rzeszy młodych muzyków, którzy poszli jego śladami.
Nie inne wrażenie mam, słuchając bodaj najnowszej propozycji, zatytułowanej "Time Travel". Z dzisiejszego punktu widzenia, z mojego punktu widzenia, mainstreamowe granie trącające myszką. Trącające m.in. drugim kwintetem Davisa, choć muzycznych odwołań, szczególnie do mainstreamu lat 50 i 60 ubiegłego wieku, można byłoby znaleźć zdecydowanie więcej. Co z tego, że fajnie zagrane, co z tego, że kompozycje może i dobre. Każdy z utworów, które Douglas miał do zaprezentowania na tym nagraniu powoduje u mnie wrażenie, że jest to jakiś odrzut, z któreś płyty, któregoś muzyka sprzed 40, czy 50 lat. Być może nawet, niektórym muzykom, szczególnie tym na początku swej drogi, mógłbym to wybaczyć. Niestety w przypadku Douglasa nie mam tyle pobłażliwości. W przeszłości, dał się poznać jako muzyk o nieprzeciętnej wyobraźni, wrażliwości i dysponujący obłędną techniką. Trzy atrybuty, które powodowały, że każdej jego płyty, każdego koncertu wyczekiwałem i za każdym razem robiłem sobie ucztę słuchając nowych nagrań. Dziś jego muzyka jest nie tylko przewidywalna, ale ociera się wręcz o kalkę dokonań innych twórców sprzed lat. A przecież, Douglas mógłby tworzyć swoją własną. Niech i ma jakieś korzenie, ale niech będzie to jego muzyka, a nie kompilacja utworów "w stylu". Jeśli chciałbym posłuchać tych muzyków, sięgnąłbym po ich oryginalną twórczość, a nie po wykład Douglasa na temat jak należy grać i komponować muzykę jak X, Y czy Z. Mam z tą muzyką jeszcze jeden, wielki problem. Gdzieś mi się zgubiło poczucie szczerości tej muzyki. Gdzieś jest ona odgrywana przez muzyków, a nie grana. Można grać dowolny gatunek, sięgać po dowolne inspiracje, ale grając winno się zachować szczerość. Wobec siebie i wobec słuchaczy.
Mówiąc zatem dosadnie Douglas marnuje swój talent. Ten - wydawać by się mogło - nieprzeciętny twórca, zaczął tworzyć przewidywalną muzykę. I to już jest grzech. Zwłaszcza, że to już nie pierwszy raz. Cóż z tego, że komuś się nagranie to (jak i wiele innych spośród ostatnich poczynań Douglasa) może podobać. Ja od niego wymagam wiele więcej.
Dave Douglas - Time Travel (Greanleaf Music #GRE-CD-1030, 2013)
Nie inne wrażenie mam, słuchając bodaj najnowszej propozycji, zatytułowanej "Time Travel". Z dzisiejszego punktu widzenia, z mojego punktu widzenia, mainstreamowe granie trącające myszką. Trącające m.in. drugim kwintetem Davisa, choć muzycznych odwołań, szczególnie do mainstreamu lat 50 i 60 ubiegłego wieku, można byłoby znaleźć zdecydowanie więcej. Co z tego, że fajnie zagrane, co z tego, że kompozycje może i dobre. Każdy z utworów, które Douglas miał do zaprezentowania na tym nagraniu powoduje u mnie wrażenie, że jest to jakiś odrzut, z któreś płyty, któregoś muzyka sprzed 40, czy 50 lat. Być może nawet, niektórym muzykom, szczególnie tym na początku swej drogi, mógłbym to wybaczyć. Niestety w przypadku Douglasa nie mam tyle pobłażliwości. W przeszłości, dał się poznać jako muzyk o nieprzeciętnej wyobraźni, wrażliwości i dysponujący obłędną techniką. Trzy atrybuty, które powodowały, że każdej jego płyty, każdego koncertu wyczekiwałem i za każdym razem robiłem sobie ucztę słuchając nowych nagrań. Dziś jego muzyka jest nie tylko przewidywalna, ale ociera się wręcz o kalkę dokonań innych twórców sprzed lat. A przecież, Douglas mógłby tworzyć swoją własną. Niech i ma jakieś korzenie, ale niech będzie to jego muzyka, a nie kompilacja utworów "w stylu". Jeśli chciałbym posłuchać tych muzyków, sięgnąłbym po ich oryginalną twórczość, a nie po wykład Douglasa na temat jak należy grać i komponować muzykę jak X, Y czy Z. Mam z tą muzyką jeszcze jeden, wielki problem. Gdzieś mi się zgubiło poczucie szczerości tej muzyki. Gdzieś jest ona odgrywana przez muzyków, a nie grana. Można grać dowolny gatunek, sięgać po dowolne inspiracje, ale grając winno się zachować szczerość. Wobec siebie i wobec słuchaczy.
Mówiąc zatem dosadnie Douglas marnuje swój talent. Ten - wydawać by się mogło - nieprzeciętny twórca, zaczął tworzyć przewidywalną muzykę. I to już jest grzech. Zwłaszcza, że to już nie pierwszy raz. Cóż z tego, że komuś się nagranie to (jak i wiele innych spośród ostatnich poczynań Douglasa) może podobać. Ja od niego wymagam wiele więcej.
Dave Douglas - Time Travel (Greanleaf Music #GRE-CD-1030, 2013)
Etykiety:
Dave Douglas,
Jon Irabagon,
Linda Oh,
Matt Mitchell,
Rudy Royston
niedziela, 2 grudnia 2012
Paal Nilssen-Love / Hakon Kornstad - Schlinger (diapazon.pl)
Mam takie wrażenie, być może złudne, że niektóre formacje, czy po prostu składy, zestawienia instrumentalne, na długie lata wytyczyły kierunek poszukiwań innych zespołów grających w zbliżonych formułach. Przecierały szlaki, zwłaszcza gdy określony skład pojawił się po raz pierwszy.
Myślę, że jednym z taki najbardziej charakterystycznych, a i wykorzystywanych później składów był duet Johna Coltrane'a i Rashieda Aliego, jaki pojawił się na płycie "Interstellar Space". Znakomita większość duetów saksofonistów z perkusistami, jaka pojawiła się po tym pamiętnym nagraniu, w dużej mierze czerpała z doświadczeń coltrane'owskiego pomysłu.
Z dużą zatem satysfakcją powitałem nagrania skandynawskiego duetu Paal Nilssen-Love & Hakon Kornstad. W jakiś sposób, jeśli nawet nie stoją one w opozycji do "Interstellar Space", to w znaczącym stopniu prezentują odmienny świat dźwięków. To zatem, co nie udało się innemu duetowi Nilssen-Love'a z Kenem Vandermarkiem ("Dual Pleasure" wydana przez Smalltown Supersound), udało się tym razem. Być może jest to wynikiem innego, nazwijmy go "nieamerykańskiego" podejścia do materii muzyki improwizowanej. Mimo wszystko więcej tu bowiem tradycji europejskiej muzyki improwizowanej, niż "czarnego" jazzu. Choć z drugiej strony, chyba nie trudno byłoby tę muzykę tym ostatnim mianem określić.
Trzy kompozycje, jakie zawiera "Schlinger" nazwać by można i postrzegać zarazem, jako przykład dekonstrukcji w jazzie. Praktycznie jedyny element, jaki pozostał z muzyki zwykle odbieranej jako jazz, to pewna, zachodząca przez cały czas interakcja pomiędzy muzykami. I tyle. I aż tyle. Bowiem, ten element, przez wielu fanów jazzu jest uważany za wiodący.
Znów, nie będę ani namawiał, ani odradzał zapoznania się z tą płytą, choć to ostatnie, dla sympatyków free jazzu, winno być raczej przyjemnym doznaniem.
Paal Nilssen-Love / Hakon Kornstad - Schlinger, Smalltown Supersound, STS 077 CD, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 23.05.2004 r.
Myślę, że jednym z taki najbardziej charakterystycznych, a i wykorzystywanych później składów był duet Johna Coltrane'a i Rashieda Aliego, jaki pojawił się na płycie "Interstellar Space". Znakomita większość duetów saksofonistów z perkusistami, jaka pojawiła się po tym pamiętnym nagraniu, w dużej mierze czerpała z doświadczeń coltrane'owskiego pomysłu.
Z dużą zatem satysfakcją powitałem nagrania skandynawskiego duetu Paal Nilssen-Love & Hakon Kornstad. W jakiś sposób, jeśli nawet nie stoją one w opozycji do "Interstellar Space", to w znaczącym stopniu prezentują odmienny świat dźwięków. To zatem, co nie udało się innemu duetowi Nilssen-Love'a z Kenem Vandermarkiem ("Dual Pleasure" wydana przez Smalltown Supersound), udało się tym razem. Być może jest to wynikiem innego, nazwijmy go "nieamerykańskiego" podejścia do materii muzyki improwizowanej. Mimo wszystko więcej tu bowiem tradycji europejskiej muzyki improwizowanej, niż "czarnego" jazzu. Choć z drugiej strony, chyba nie trudno byłoby tę muzykę tym ostatnim mianem określić.
Trzy kompozycje, jakie zawiera "Schlinger" nazwać by można i postrzegać zarazem, jako przykład dekonstrukcji w jazzie. Praktycznie jedyny element, jaki pozostał z muzyki zwykle odbieranej jako jazz, to pewna, zachodząca przez cały czas interakcja pomiędzy muzykami. I tyle. I aż tyle. Bowiem, ten element, przez wielu fanów jazzu jest uważany za wiodący.
Znów, nie będę ani namawiał, ani odradzał zapoznania się z tą płytą, choć to ostatnie, dla sympatyków free jazzu, winno być raczej przyjemnym doznaniem.
Paal Nilssen-Love / Hakon Kornstad - Schlinger, Smalltown Supersound, STS 077 CD, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 23.05.2004 r.
Tim Berne - The Shell Game (diapazon.pl)
"The Shell Game" była pierwszą płytą Berne'a po kilkuletniej posusze wydawniczej. Była też pierwszą od dłuższego czasu, gdzie pojawiły się instrumenty klawiszowe. Za to nie ma basu. Lata 90. zeszły bowiem Berne'owi na eksploracji free w akustycznych składach Bloodcounta, Paraphrase oraz Big Satana. I co tu kryć - moim zdaniem była to wspaniała muzyka.
O koncepcji "The Shell Game" wiemy już, że ma dalszy ciąg, że Berne, a w pewnym stopniu także producent tej płyty David Torn, rozwinęli tę formułę na płycie "Science Friction". Przyznam, że kiedy po raz pierwszy słuchałem muzyki tego tria, jeszcze w formacie mp3 czy realplayera z jakiegoś koncertu (od czasu do czasu Berne udostępnia takie nagrania na swojej stronie), nie byłem zachwycony. Zamiast muzyki pojawiał się chaos. Teraz wiem, że to kwestia realizacji. Nie jestem chyba audiofilem, jednak lubię słuchać muzyki, w takiej jakości, by jej nie przeszkadzała. Przy takich nagraniach jak "The Shell Game" okazuje się to niezmiernie istotne. Ilość informacji, niuansów, planów dźwiękowych, która tworzona jest przez zaledwie trzech muzyków jest imponująca. Wywodząc się z całej dotychczasowej twórczości Berne'a, jego nowa muzyka zyskała pewną aurę "nowoczesności", coraz częstszego i chyba coraz doskonalszego łączenia się różnych form muzyki improwizowanej, a teraz szczególnie jazzu z muzyką elektroniczną. Jednak wykorzystanie instrumentarium Taborna jest tu inne niż w produkcjach nu-, future jazzowych, czy też jakiegokolwiek ...-jazzu (nazw pojawia się tyle, że ciężko nie tylko spamiętać, ale i połapać się w różnicach).
Są fragmenty, gdzie znakomita większość tej muzyki na pierwszym planie tworzona jest przez duet Berne-Rainey, który znajduje oparcie w elektronicznym sosie produkowanym przez Taborna. Zresztą "elektronicznym" to trochę nie do końca prawda, bowiem oprócz dźwięków syntetycznych pojawiają się brzmienia szlachetnego Fender Rhodesa, czy fortepianu. Krzywdzącym byłoby jednak wyobrażenie, że pomiędzy Tabornem, a pozostałą dwójką nie ma łączności. Nic bardziej mylnego. Wszyscy muzycy wchodzą ze sobą w przepyszne interakcje (to coś, czego najbardziej mi brakuje w niektórych produkcjach "elektroniczno-jazzowych"). Jednak sposób nagrania (na pierwszym planie saksofon i perkusja) sugeruje mi właśnie takie spostrzeżenie. Zresztą ukazanie w wielu partiach Raineya na równym planie z Bernem spowodowało, że chyba po raz pierwszy tak dosadnie dostrzegłem jak wspaniałym jest perkusistą; są miejsca, kiedy niemalże nie realizuje rytmu, a współtworzy z Berne'm melodię. Kiedy indziej Taborn wykorzystuje swe instrumentarium w sposób bardziej przywodzący na myśl chyba bardziej dokonania niektórych rockowych formacji sprzed lat, a spośród jazzowych kojarzący mi się miejscami z Sun Ra, niż mający wiele wspólnego z "nową elektroniką".
Innymi słowy Berne znów idzie na przekór modom, jakby chciał nam powiedzieć: wszyscy w jazzie myślicie o nowej muzyce w kontekście wykorzystywania doświadczeń "nowej elektroniki" - elektronika tak, ale przecież można ją wykorzystać inaczej. Mnie wydaje się, że sposób na jej wykorzystanie w jazzie jest u Berne'a bardziej immanentnie jazzowy. I choć pojawiają się związki "The Shell Game" z innymi gatunkami muzyki (zresztą te dostrzec można było nawet w tak jazzowych zespołach Berne'a jak Bloodcount czy Paraphrase), to zawarta tu muzyka nie stoi okrakiem na wielu gatunkach, łącząc je w luźne formy, ale jest nową formułą jazzu Berne'a. Stopień stopienia wszystkich elementów z jakich składa się układanka "The Shell Game" jest po prostu doskonały; tu nie ma miejsca na nieudany eklektyzm, jeśli już to jest to synkretyzm. Pomimo zupełnie innego instrumentarium, wydaje mi się, że utwory tu zawarte są pewnym rozwojem koncepcji znanych z Paraphrase oraz Big Satan. Muzyka może nieco straciła na dosadności, chropowatości i energii, pojawiła się jednak w zdecydowanie ciekawszym kontekście tworzonym przez Taborna, przez co zyskała na wielobarwności.
Na koniec jestem winien jedno jeszcze wyjaśnienie. To nie jest łatwa muzyka. Nie znajdziecie tu łatwych, miłych dla ucha dźwięków jak na płytach Truffaza, czy Molvaera. To wciąż Berne, tyle, że dla tworzenia swojego, jakże osobliwego świata dźwięków, postanowił sięgnąć po doświadczenia muzycznej elektroniki i możliwości syntezatorów. Dla mnie, będzie to pewnie jedna z moich ulubionych płyt Berne'a.
Tim Berne - The Shell Game, Thirsty Ear, 57099.2, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 10.05.2003 r.
O koncepcji "The Shell Game" wiemy już, że ma dalszy ciąg, że Berne, a w pewnym stopniu także producent tej płyty David Torn, rozwinęli tę formułę na płycie "Science Friction". Przyznam, że kiedy po raz pierwszy słuchałem muzyki tego tria, jeszcze w formacie mp3 czy realplayera z jakiegoś koncertu (od czasu do czasu Berne udostępnia takie nagrania na swojej stronie), nie byłem zachwycony. Zamiast muzyki pojawiał się chaos. Teraz wiem, że to kwestia realizacji. Nie jestem chyba audiofilem, jednak lubię słuchać muzyki, w takiej jakości, by jej nie przeszkadzała. Przy takich nagraniach jak "The Shell Game" okazuje się to niezmiernie istotne. Ilość informacji, niuansów, planów dźwiękowych, która tworzona jest przez zaledwie trzech muzyków jest imponująca. Wywodząc się z całej dotychczasowej twórczości Berne'a, jego nowa muzyka zyskała pewną aurę "nowoczesności", coraz częstszego i chyba coraz doskonalszego łączenia się różnych form muzyki improwizowanej, a teraz szczególnie jazzu z muzyką elektroniczną. Jednak wykorzystanie instrumentarium Taborna jest tu inne niż w produkcjach nu-, future jazzowych, czy też jakiegokolwiek ...-jazzu (nazw pojawia się tyle, że ciężko nie tylko spamiętać, ale i połapać się w różnicach).
Są fragmenty, gdzie znakomita większość tej muzyki na pierwszym planie tworzona jest przez duet Berne-Rainey, który znajduje oparcie w elektronicznym sosie produkowanym przez Taborna. Zresztą "elektronicznym" to trochę nie do końca prawda, bowiem oprócz dźwięków syntetycznych pojawiają się brzmienia szlachetnego Fender Rhodesa, czy fortepianu. Krzywdzącym byłoby jednak wyobrażenie, że pomiędzy Tabornem, a pozostałą dwójką nie ma łączności. Nic bardziej mylnego. Wszyscy muzycy wchodzą ze sobą w przepyszne interakcje (to coś, czego najbardziej mi brakuje w niektórych produkcjach "elektroniczno-jazzowych"). Jednak sposób nagrania (na pierwszym planie saksofon i perkusja) sugeruje mi właśnie takie spostrzeżenie. Zresztą ukazanie w wielu partiach Raineya na równym planie z Bernem spowodowało, że chyba po raz pierwszy tak dosadnie dostrzegłem jak wspaniałym jest perkusistą; są miejsca, kiedy niemalże nie realizuje rytmu, a współtworzy z Berne'm melodię. Kiedy indziej Taborn wykorzystuje swe instrumentarium w sposób bardziej przywodzący na myśl chyba bardziej dokonania niektórych rockowych formacji sprzed lat, a spośród jazzowych kojarzący mi się miejscami z Sun Ra, niż mający wiele wspólnego z "nową elektroniką".
Innymi słowy Berne znów idzie na przekór modom, jakby chciał nam powiedzieć: wszyscy w jazzie myślicie o nowej muzyce w kontekście wykorzystywania doświadczeń "nowej elektroniki" - elektronika tak, ale przecież można ją wykorzystać inaczej. Mnie wydaje się, że sposób na jej wykorzystanie w jazzie jest u Berne'a bardziej immanentnie jazzowy. I choć pojawiają się związki "The Shell Game" z innymi gatunkami muzyki (zresztą te dostrzec można było nawet w tak jazzowych zespołach Berne'a jak Bloodcount czy Paraphrase), to zawarta tu muzyka nie stoi okrakiem na wielu gatunkach, łącząc je w luźne formy, ale jest nową formułą jazzu Berne'a. Stopień stopienia wszystkich elementów z jakich składa się układanka "The Shell Game" jest po prostu doskonały; tu nie ma miejsca na nieudany eklektyzm, jeśli już to jest to synkretyzm. Pomimo zupełnie innego instrumentarium, wydaje mi się, że utwory tu zawarte są pewnym rozwojem koncepcji znanych z Paraphrase oraz Big Satan. Muzyka może nieco straciła na dosadności, chropowatości i energii, pojawiła się jednak w zdecydowanie ciekawszym kontekście tworzonym przez Taborna, przez co zyskała na wielobarwności.
Na koniec jestem winien jedno jeszcze wyjaśnienie. To nie jest łatwa muzyka. Nie znajdziecie tu łatwych, miłych dla ucha dźwięków jak na płytach Truffaza, czy Molvaera. To wciąż Berne, tyle, że dla tworzenia swojego, jakże osobliwego świata dźwięków, postanowił sięgnąć po doświadczenia muzycznej elektroniki i możliwości syntezatorów. Dla mnie, będzie to pewnie jedna z moich ulubionych płyt Berne'a.
Tim Berne - The Shell Game, Thirsty Ear, 57099.2, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 10.05.2003 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)