poniedziałek, 5 listopada 2012

Thomas Chapin - biografia

Thomas Chapin

(ur. 9 marca 1957 r., Manchester, Connecticut, zm. 13 lutego 1998 r., Providence, Rhode Island)

multiinstrumentalista (saksofony: altowy, sopranowy, barytonowy; flety, instrumenty perkusyjne)

Muzyki uczył się w college'u w Rutgers i na Uniwersytecie Stanowym w New Jersey m.in. pod kierunkiem Kenny'ego Barrona i Paula Jeffrey'a, by następnie wstąpić w szeregi Hart College of Music in Connecticut, gdzie studiował pod kierunkiem Jackiego McLeana, od którego zresztą - jak się twierdzi - przejął jasny, otwarty ton altu.

Oprócz McLeana największy wpływ na grę Chapina miał Rahsaan Roland Kirk. Sam muzyk zresztą nie krył swego zafascynowania tym wielkim, ociemniałym saksofonistą. Na początku muzycznej kariery był członkiem dużych zespołów związanych ze swingową odmianą jazzu. Z orkiestra Lionela Hamptona związał się na pięć lat (1981-1986). Grał też w big bandzie Axela Zwingenbergera. Szczególną pozycję uzyskał u Hamptona, który nie tylko korzystał z nieprzeciętnych umiejętności improwizatorskich Chapina. Powierzył mu także pisanie aranży, a nawet uczynił go dyrektorem muzycznym swej orkiesty. Zapewne w czasach wspólnego grania w tym zespole Chapin nauczył się bigbandowej dyscypliny, która procentowała w późniejszym okresie. Swingowe granie u Hamptona nie w pełni odpowiadało jednak wrażliwości muzycznej Chapina, albowiem muzyka, którą grał w późniejszym okresie jest raczej odległa od głównego nurtu jazzu.

Po odejściu od Hamptona Chapin grał z Chico Hamiltonem, a także prowadził własne zespoły, m.in. free-jazzowo-metalowy Machine Gun (zbieżność nazwy z grupą Petera Brötzmanna przypadkowa) czy eksperymentalny Spirits Rebelilious. Był związany z klubem Michaela Dorfa "Knitting Factory", od jego powstania w 1986 r. Najważniejszym medium, w którym się wypowiadał stało się utworzone w roku 1989 trio z kontrabasistą Mario Pavonem i pierwotnie ze Stevem Johnsem na perkusji, a następnie z Mikiem Sarinem.

Zespół ten połączył w jednym tyglu emocjonalność swingu, złożoność improwizacyjną najlepszych dokonań free jazzu i energetyczność rodem z rocka. To ten zespół ukazał Chapina jako świetnego kompozytora, jeszcze lepszego alcistę (zwykle grywał na saksofonie altowym) i flecistę, z łatwo rozpoznawalnym brzmieniem obu tych instrumentów. Trio występowało także w poszerzonych składach m.in. o instrumenty dęte ("Insomnia") i smyczkowe ("Heywire"). Trudno nie odnotować, że z triem współpracował także John Zorn, choć na płycie ukazało się zaledwie jedno nagranie w takim kwartecie. Choć współpraca z Pavonem i Sarinem układała się dobrze aż do śmierci Chapina, to jednak wciąż poszukujący artysta ponownie, po latach bardziej awangardowego grania, sięgnął po jazz środka. Nagrał wówczas dwie bardzo dobrze ocenione płyty dla Arabesque Recordings.

Pomimo tego Chapin będzie jednak chyba już zawsze wiązany z nowojorską bohemą przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku, z tzw. downtownem, choć muzyka, którą tworzył była jednoznacznie jazzowa i w zasadzie nie znajdzie się w niej śladów muzycznego eklektyzmu, tak popularnego w tym środowisku.

Był cenionym improwizatorem, kontynuatorem tradycji McLeana i Kinga, w którego grze splatała się bigbandowa dyscyplina z freejazzową swobodą. Oprócz gry w swych zespołach wystąpił w kilku grupach zaprzyjaźnionych muzyków, głównie z kręgu downtownu (sekstet i septet Mario Pavone oraz Ned Rothenberg's Double Band). Podobnie do innych twórców z tego kręgu wspierał też nowy japoński jazz (kwartet Misako Kano). Współtworzył też awangardowo-rockowe, raczej niż jazzowe, trio z Tomem Corą i Sammem Bennettem pod nazwą Undercover Collections Band. Oprócz nowoczesnego jazzu grał również bardziej bluesową muzykę z Gatemouth Brownem, czy muzykę należącą do łacińskiego kręgu kulturowego (z Alborada Latina, Flamenco Latina, Amenacer).

Zmarł w styczniu 1998 roku na białaczkę nie dopełniając swego dzieła. Mówiono o nim, że był jednym z najżarliwszych, najwspanialszych improwizatorów ostatniej dekady ubiegłego wieku. Wielu spośród krytyków zauważało początki tworzącego się nowego stylu gry na saksofonie, ale przede wszystkim na flecie. W obu przypadkach, oprócz jazzowej tradycji tych instrumentów, w sposobie gry Chapina słyszalna jest niemal rockowa ekspresja.

Za najważniejsze i najlepsze płyty w dyskografii uważane są "Sky Piece" z 1997 roku, a także płyty wydane przez Arabesque (choć będące poza głównym nurtem twórczości Chapina). Ze swej strony polecam płytę "Insomnia" z 1992 roku, nagraną przez trio Chapina poszerzone o kwintet instrumentów dętych blaszanych.


Nigdy nie ukrywałem, że jedną z moich wielkich inspiracji jest Thomas Chapin. Muzyk absolutnie wielki, choć - mam wrażenie - że obecnie nieco zapomniany. Jego nietuzinkowa gra, energia jaką prezentował, dojrzałość brzmienia, warsztat... no słowem każdy aspekt twórczości jazzmana od niemal dwudziestu lat są dla mnie wzorem współczesnego muzyka jazzowego. Jego postaci poświęciłem kilka recenzji, biogram i dyskografię. Wszystko jest dostępne na diapazon.pl, niemniej jednak zapragnąłem dopisać do tego słów kilka jeszcze. W najbliższym czasie pojawią się zatem u mnie materiały o Chapinie. Rozpoczynam dzisiaj biogramem tego zacnego muzyka. W następnej kolejności pojawią się recenzje jego płyt. Uzupełnieniu ulegnie też jego dyskografia, która najprawdopodobniej ukaże się na stronie poświęconej temu muzykowi, czyli thomaschapin.com. Prawdopodobnie też, całość materiału o Chapinie pojawi się w Jazzarium w lutym bądź marcu przyszłego roku.

niedziela, 4 listopada 2012

KJJ'2012: DKV Trio

Spełnienie marzeń. Na ten koncert czekałem 10 lat. Tyle samo, ile Marek Winiarski zabiegał, by do Polski ponownie zawitało DKV Trio. Pamiętam tę noc sprzed dziesięciu lat w Katowicach. Wówczas i na Marku i na mnie, praktycznie wchodzący dopiero na jazzowy piedestał Ken Vandermark, jego towarzysz z różnych poczynań – równie jednak dopiero wspinający się na jazzowy firmament – Kent Kessler i już doświadczony Hamid Drake zabrali nam nasze dusze i ciała. Gdzieś po pierwszym już utworze chciało się skakać niczym na swingowych potańcówkach. Marynara w górę i...
Minęło lat 10. Tym razem DKV Trio to już nie jeden doświadczony muzyk, ale doświadczeniem emanująca cała trójka. Teraz już wszyscy troje mają swoje miejsce w jazzie. W mniejszym lub większym stopniu odciśnięte. W mniejszym lub większym bardziej wyraziste.

Ciężko mi się tę relację pisze. Od lat uważam, że niegdyś przyjęty przez Marka pomysł na prezentację jednego zespołu, bądź – przynajmniej jednego, wyrazistego artysty – jednego wieczoru był najlepszym z możliwych dla każdego, kto w sposób świadomy chce uczestniczyć w koncercie. Taka formuła daje pełnię szczęścia słuchaczowi. Może wysłuchać i ze swym wysłuchaniem pozostać. Może potem o tym pamiętać. Może wspominać. Taka formuła do niczego słuchacza nie zmusza. Nie musi się przenosić z jednego, w drugi świat. Nie musi w zasadzie niczego.

Nieistotne co spowodowało, jednak na koncercie 1 listopada 2012 r. (podobnie jak i dzień wcześniej) na scenie krakowskiej Mangghi stanęły dwa zespoły. Jak się potem okazało – dwa, które dały dawkę doznań niemalże przyprawiającą o ból. Można go nazwać bólem rozkoszy. Ból, bowiem w pierwszej części koncertu, Hera przez ponad półtorej godziny zaprezentowała absolutnie doskonałą muzykę. Co można jeszcze zrobić, by doskonałość stała się lepszą?

Cóż, niestety w natłoku wrażeń nie pomaga nawet DKV Trio. Może gdyby z jednego koncertu na drugi dało się choćby przejść...

Nie chcę tu twierdzić, że koncert DKV Trio był zły. Broń boże! Był doskonały. Mocny, kipiący rytmem, dudniący basem, z mocno stawianymi frazami (głównie) saksofonu tenorowego. Obecna formuła, to DKV Trio już mocno dojrzałe. W sumie gdzieś się ulotnił jeszcze młodzieńczy zapał Vandermarka i Kesslera sprzed 10 lat. Jego miejsce zajęła świadomość obranej drogi. W międzyczasie Kessler stał się muzykiem uwolnionym. Jego gra na kontrabasie to wielka szkoła obecnego free jazzu. Pewnie nie tylko free i nie tylko jazzu. Zasób środków wyrazu, po które Kessler sięga od tych, którymi nas na pierwszym koncercie DKV Trio uraczył, dzielą lata świetlne wszelkich możliwych dźwięków, które w jego muzyce się pojawiły. Kent gra smyczkiem free w taki sposób, że wydaje się, iż jest to najbardziej naturalny środek wyrazu basistów jazzu free. Kiedy jednak trzeba, szarpane struny stanowią pulsujący magmą dźwięków fundament dla poczynań Vandermarka. Nie to jest jednak istotne. O ile dziesięć lat temu, sekcja Kessler-Drake, stanowiła po prostu świetne, cudowne oparcie dla poczynań saksofonisty, to dzisiaj nie jest to sekcja. Dziś to Kessler oraz Drake, którzy wzajemnie się obserwując, słuchając, dobierają takie środki wyrazu, które w danym momencie, w określonej chwili mają się pojawić. W naszej świadomości mają się pojawić, albowiem w zaiste alchemiczny sposób, u nich pojawiają się chwilę wcześniej. Ta sekcja nie brzmi już jak wszechogarniający organizm freejazzowego swingu. Ta sekcja brzmi jak absolutnie świadomy swoich poczynań zespół dwu świetnych instrumentalistów. Mogłaby stanowić kompletny, niewymagający żadnego partnera duet. I posłuchawszy zaledwie Kesslera i Drake'a otrzymalibyśmy już pełną i w pełni zasługującą na nasze komplementy muzykę.
Tyle słów było o Drake'u przy okazji Kesslera, bowiem to chyba Kessler robi na mnie największe wrażenie. Swą przemianą. Co ciekawe, przemianę, a w zasadzie innego muzyka mogliśmy oglądać we środę i we czwartek. Inne środki ekspresji podczas koncertu The Damage Is Done i inne podczas DKV Trio. Grał inaczej, ale za każdym razem to Kessler.
A przecież Drake nie jest zwykłym perkusistą. On jest szamanem perkusji. Może nie takim jak El'Zabar, niemniej jednak szamanem. Magiem... Drake po prostu czaruje. Ciekawym doświadczeniem było wysłuchanie na jednej scenie, w zaledwie jednodniowej odległości dwu czarodziejów perkusji. Zeranga oraz Drake'a. Obaj czarują, ale jakże odmiennie. Jakże inaczej. Zerang ze swoim, jakby niejazzowym, poczuciem czasu i perkusyjnej przestrzeni i stojący niemal na drugim końcu Drake, ze swoim absolutnie jazzowym pulsem. Kwintesencją czarnego groove'u w wydaniu free. Dwie doskonałości...
Na tym tle Vandermark. Dzisiaj, nie jak przed wielu laty, to bodaj właśnie on jest najbardziej rozpoznawalnym muzykiem tria. Myślę, że Ken przez te wszystkie lata swojej tytanicznej pracy doszedł do świadomości wielu słuchaczy, niekoniecznie śledzących poczynania muzyki jazzowej. Te dziesięć lat to także zmiana, jaka i w nim zaszła. Pierwszy koncert DKV Trio, na jakim byłem, to kipiąca energia wówczas czterdziestolatka. Dzisiaj to doświadczenie i świadomość obranej drogi człowieka pięćdziesięcioletniego. Dalej bywa energicznie, ale energia nie jest już tak niepohamowana. To nie jest już projekcja jego emocji, teraz to wyraz projekcji tego muzyka. Świadomie dobierane środki wyrazu.
I jakkolwiek kocham nieposkromioną muzykę DKV Trio sprzed lat, tak trafia do mnie o wiele bardziej dojrzała, o wiele bardziej świadoma muzyka DKV Trio z roku 2012. To zespół doskonały. Inny niż przed laty. Myślę jednak, że gdyby był właśnie takim samym, sprawiłby mi tylko wiele radości. Teraz wymaga jeszcze po prostu uwagi.

Koncert miał miejsce 1 listopada 2012 r., Manggha, Kraków, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

KKJ'2012: Hera XL + Hamid Drake

Drugi (dopiero, niestety) dzień, na którym się pojawiłem podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012 i po raz drugi powinienem powiedzieć: nie mam o czym mówić. Chociaż stwierdzeniem bardziej prawdziwym jest: nie mam jak mówić. Głos mi odebrało. Zaniemówiłem z wrażenia. Zdaje się, że nie tylko ja. Kiedy po godzinie i czterdziestu dwu minutach pierwszego występu wyszliśmy na przerwę, popatrzyliśmy z Maciejem Karłowskim na siebie i niemal w tej samej chwili powiedzieliśmy: no i co by tu powiedzieć... nic! Dopiero po chwili udało mi się wycedzić: zostałem zauroczony tą muzyką.

I jestem do dziś.

Dzisiaj jednak, kiedy emocje już minęły, kiedy nabrałem dystansu – o ile go można nabrać – chciałbym jednak słów kilka powiedzieć w pysznym dla siebie stwierdzeniu: by nie zapomnieć. Ta muzyka musi przetrwać. I mam nadzieję, że tak się stanie. Już wiem, że przynajmniej ja nie dam Wam o niej zapomnieć. Zresztą... ktokolwiek jej choćby raz posłucha, czy będzie mógł? Mam nadzieję, że zdarzy się okazja, według bowiem wszelkich informacji koncert, a przynajmniej jego część będzie wydany na płycie.

Pierwszy listopada 2012 roku to dzień dla mnie dzień wyjątkowy. Tym razem nie za sprawą dorocznego Święta Zmarłych. Jeśli jakaś paralela się nasuwa, to tylko i wyłącznie starutkie już i na dziesiątą stronę wyświechtane: umarł król, niech żyje król. Nie wiem, jaki król umarł. Nie jest to istotne. Istotne, że Wacław Zimpel przedstawił wraz z sześcioma innymi muzykami, muzykę będącą spełnieniem najskrytszych pragnień fana muzyki improwizowanej. Muzykę cudowną, spełnioną. W zasadzie taki koncert winien kończyć dzieło. Po zaprezentowaniu takiej muzyki można już poskładać wszystkie zabawki i powiedzieć: wszystko już zostało powiedziane. Wacław ma jednak dopiero 28 lat i jest na początku swej muzycznej drogi. Aż strach pomyśleć w którą stronę i jak może swoją muzykę rozwinąć. Już teraz jest genialnym muzykiem, który potrafi stworzyć zapierające dech, muzyczne przedstawienie.

Zatem siedmiu muzyków. Sześciu, którzy tworzą zespół Hera XL oraz specjalny gość – Hamid Drake. Legenda. Jednakże, jak mi po koncercie mówił Bartek Adamczak, po koncercie Hery dwa lata temu, to Hamid dołączył do nich i grał z nimi jam. Wyjątkowy utwór trwający półtorej godziny.

Tym razem na pewno nie był to jam. Żadnej przypadkowości. Muzyka, którą Zimpel w Herze XL prezentuje, jest zaprojektowana. Składa się z fascynacji Wacława Zimpla przetworzonych w jeden, spójny projekt. Słychać w tej muzyce praktycznie całą muzykę Świata. Jest miejsce do jakichś aluzji do dawnej, słowiańskiej muzyki ludowej. Jest miejsce na muzykę hinduską, czy afrykańską. To wszystko z perspektywy doświadczeń muzyki współczesnej, jazzu, muzyki improwizowanej. Długie opowieści, z których każda ma wstęp, który praktycznie natychmiast nabiera innego kontekstu, by potem przenieść się w rejony nieskrępowanej improwizacji i by w końcu, jakimś cudem odnaleźć znów swoje źródło. Niekoniecznie to, które zostało podane na początku.

Wstyd się przyznać, ale jedyne znane mi dotychczasowe dźwięki Hery, to ich pierwszy album. Między nim, a czwartkowym koncertem są lata świetlne jednak. Już dodanie dwu instrumentów poszerzyło absolutnie uniwersum Hery. Muzyka rozpisana na nietypowy sekstet, na który składają się saksofony, klarnety, bas, perkusja, gitara i... lira korbowa powoduje, że brak jest jakichkolwiek odniesień. Przynajmniej brzmieniowych. Tak nie brzmi żaden znany mi zespół na świecie. Tak nie brzmi żadna muzyka, jakiej doświadczam od wielu, bardzo wielu już lat.

Nie chcę, by relacja ta była zbyt długa. Każde jej słowo winno zostać zastąpione dźwiękiem z pierwszolistopadowego koncertu. Niemniej jednak nie mogę nie powiedzieć choćby dwu słów o Macieju Cierlińskim. Wiem, bo to słychać od początku do końca: Hera to Wacław Zimpel. To jego projekt, jego muzyka. Poszczególni członkowie sekstetu są realizatorami projekcji Zimpla. Nie mam odniesienia do innych koncertów, do płyt, zatem nie jestem w stanie powiedzieć, co do tego pomysłu wnosi pozostała piątka. Grający na lirze korbowej Maciej Cierliński to jednak po prostu zjawisko. Nie tylko, że nie słyszałem liry korbowej w jazzie, to nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażałem sobie, by taki instrument mógł się pojawić jako pełnoprawny uczestnik improwizowanego zespołu. Nie jedynie element kolorystyczny, ale instrument z krwi i kości, na którym muzyk – w tym przypadku Maciej Cierliński – jest w stanie zagrać nie tylko spójne z całym kontekstem brzmieniowym zespołu dźwięki, ale także stać się równoprawnym improwizatorem. Ba, jego solo w jednym z utworów było bodaj najjaśniejszym fragmentem i tak już świetnego koncertu.

Nic więcej o muzyce nie będę mówił i pisał. Wszyscy jej uczestnicy byli doskonali. I choć o każdym można byłoby pisać jeszcze sporo słów, o tym jak doskonale brzmiały dwie perkusje, jaki potrafiły nadać motor tej muzyce. O tym, że Raphael Rogiński, ze swoją nietuzinkową grą, potrafił dodać z jednej strony obcy tej muzyce ton, z drugiej jednak tak koherentny z całością. Że zarówno saksofony, jak i klarnety nadają tej muzyce odpowiedni atak. Że z takim basistą jak Ksawery Wójciński, to każdy zespół ma prawo być doskonały.... Tylko po co? Napiszę tylko o jednym – cały septet dokonał absolutnie magicznego zatrzymania czasu. Jeszcze wychodząc po nim, nie wiedziałem, czy to wieczór, noc, czy ranek następnego dnia. Wiosna, lato, jesień, zima... Wszelkie elementy, które na nasze poczucie czasu się składają, zaprzestały dla mnie istnieć. Dawno nie byłem czegoś takiego świadkiem.

Koncert miał miejsce 1 listopada 2012 r., Manggha, Kraków, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

sobota, 3 listopada 2012

Steamboat Switzerland - ac/dB [Hayden]

Muzyka improwizowana niejedno ma imię. Niekiedy jest to jazz. Niekiedy. Z zespołem Steamboat Switzerland spotkałem się po raz pierwszy w Krakowie, podczas ich koncertu w "Alchemii". Przyszedłem, bowiem w składzie pojawił się niezmiernie ciekawy dla mnie muzyk – Lucas Niggli. Muzyk, do tamtego czasu kojarzony przeze mnie raczej z jazzowymi poczynaniami.

Muzyka szwajcarskiego tria, pod wodzą czołowego wykonawcy współczesnej pianistyki, daleka jest od jazzu. Pozostając improwizowaną, bliższa jest choćby temu, co niegdyś tworzyło trio Emerson, Lake and Palmer, choć bez nadęcia i pompy towarzyszącej Keithowi Emersonowi i jego kolegom. Zatem rock? Może. Niech i tak będzie, że szwajcarski parowiec tworzy muzykę rockową. Równie dobrze i w tym samym znaczeniu można powiedzieć to o poczynaniach King Crimson, szczególnie koncertowym. Równie dobrze można to nazwać jakkolwiek.

Tak, czy inaczej, Steamboat Switzerland, to jeden z przyczynków, że kierując się w doborze, czy wyborze muzyki, niekoniecznie obecnie, podążanie za lubianymi przez siebie muzykami, doprowadzi nas do tego, co – choć w przybliżeniu – znane jest z ich dotychczasowej twórczości. Niezależnie zresztą od tego, czy ktoś sięgnie po nagrania tego zespołu, albowiem znane mu są jazzowe dokonania Lucasa Niggliego (nota bene, od dłuższego czasu już, zakres tworzonej przez niego muzyki jest kompletnie nieobliczalny stylistycznie), czy też interpretacje Daniela Bluma, trio winno go zaskoczyć. Oby – jak mnie – na plus.

Czego się można spodziewać? Obawiam się, że wszystkiego. Rocka, jazzu, drum'n'bassu, współczesnej kameralistyki,... wymieniać nawet trudno. Jedno jest pewne: to nie parowiec, a parowóz raczej. Muzyka grana przez Steamboat Switzerland, nie tylko zresztą na tej płycie jest głośna, dosadna, przepełniona wręcz ludyczną energią. Jednocześnie daleka jest od prostoty. Dochodzi do słuchacza jak rock, jednakże bez zwykłej mu (choć przecież nie zawsze) prostoty.

Komu polecić tę płytę zatem? Chyba osobom o otwartych uszach. Oby – mam nadzieję, że i ja się do nich zaliczam – nas coraz więcej.

Steamboat Switzerland - ac/dB [Hayden] - Grob 316, 2001;
Ta recenzja, to tekst archiwalny, który chciałbym poświęcić Piotrowi Jagielskiemu po rozmowach 31.10.2012 r. podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

KJJ' 2012: The Damage Is Done

Przerwy dobrze robią. Zwłaszcza gdy się zderzają dwa światy. I choć ich łącznikiem była osoba Petera Brotzmanna, to jednak KonstruKt i The Damage Is Done są dwoma uniwersami.
Kwartet Joe McPhee, Petera Brötzmanna, Kenta Kesslera i Michaela Zeranga to byt skonstruowany świadomością i ukształtowaniem tych czworga. Historia muzyki w przypadku dwu i lata na scenie, które umożliwiły wypracowanie swej drogi w przypadku dwu pozostałych. Muzyka tworzy się gdzieś u styku czterech indywidualności. Nie każda „supergrupa” w muzyce się sprawdziła, jednakże w ich przypadku otrzymujemy najpiękniejsze co można otrzymać. Spełnienie.
Oczywiście jest to muzyka wynikająca z inspiracji i doświadczeń wszystkich muzyków składających się na kwartet. W gruncie rzeczy, można stwierdzić, że każdy z nich prezentuje jakąś postać muzyki free. Nie oczekujmy zatem, by razem zagrali coś innego. Gdyby tak było, efekt byłby albo dowcipem, albo po prostu nieszczery. Wolę otrzymać samą szczerość. I otrzymuję. Mocne dęciaki wciskające w fotel swą energią. Konkretny bas. I niesamowity świat wyswobodzonej perkusji. Nie powiem, by taki świat mógł być delikatny jak motyl na wiosnę. Niemniej jednak, kwartet brzmi w sposób nadzwyczaj – jak na tę muzykę – delikatny. Nie delikatnością niektórych produkcji ECMu. Tu delikatność jest związana z absolutną otwartością tej muzyki. I choć jest to współczesny freejazz, z elementami muzykę tę strukturyzującymi, to nie ma miejsca na żadne zamknięcie. Genialne współistnienie dwu nestorów free – McPhee i Brötzmanna. Absolutnie doskonała gra Kesslera. I uwodzący świat rytmu Zeranga. Konglomerat, jaki powstaje, jest jednym z najsilniejszych, najintensywniejszych we współczesnym freejazzie doznań emocjonalnych. Cóż z tego, że otrzymujemy muzykę, którą jakby wszyscy znamy. Nikt przecież nie oczekuje od Brotzmanna, by zagrał inaczej jak w ten charakterystyczny dla siebie sposób. Nikt nie wymaga od McPhee, by zagrał inaczej od tego, czego słuchamy już 40 lat. Nikt nawet chyba nie spodziewa się, że w tak otwartej formule, Zerang nagle przesyci swą muzykę czarnym do szpiku groovem. I pozostaje Kessler. To, co się stało z jego muzyką, przez ostatnie blisko 20 lat, przez które go obserwuję, jest niesamowite. Jego obecna gra jest jedną z najbardziej otwartych w świecie free. Generalnie to właśnie sekcja Kessler-Zerang powoduje, że The Damage Is Done brzmi w sposób inny niż wiele kwartetów freejazzowych. Powoduje, że muzyka Brötzmanna i McPhee uzyskuje inny kontekst.
Koniec słów, bo o takiej muzyce się nie pisze. Jej się słucha. I pamięta.

Koncert miał miejsce 31 października 2012 r., Manggha, Kraków w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

piątek, 2 listopada 2012

KJJ''2012: KonstruKt & Peter Brötzmann

Są momenty, kiedy lepiej nic nie mówić. I nie chodzi tu o sytuację, w której nie wolno mówić. Wolno, tylko lepiej zmilczeć. Oceniając dwa dni z KJJ 2012, koncerty, które przypadły na około zaduszne dni, kiedy czas nabiera specyficznego znaczenia, dwa razy chciałbym się do tej zasady zastosować. Z dwu różnych powodów. I od razu powiem – w jednym przypadku, pomimo że chciałbym z niej skorzystać – mimo wszystko coś postaram się wyrazić, choć trudno będzie.

Pierwsze milczenie to Konstrukt. Nie mam nic do powiedzenia aż do chwili, kiedy na scenie pojawił się Peter Brötzmann. I bynajmniej nie chodzi tu o moją atencję dla tego muzyka i a contrario jej brak dla muzyków tureckich. Broń boże nich nic takiego, nikomu do głowy nie przyjdzie. Poziom jazzowych, jesiennych festiwali przyzwyczaił na po prostu do tego, że znajdujemy się wówczas na jakimś absolutnym szczycie. Lub szczycie absolutu. Pierwsza część pierwszego koncertu w Helloween absolutem ani szczytem nie była. Koniec słów. Choć może jeszcze jedno zdanie, które jest mi konieczne do wytłumaczenia, dlaczego się chcę zająć tym samym zespołem z udziałem Brötzmanna. Słuchając Konstruktu, miałem wrażenie, obcowania z dość amatorskim zespołem. Nie przekonywał ani koncepcją, ani samymi utworami, ani też, a może przede wszystkim, umiejętnościami muzyków. Niekiedy mówię, że „muzyka jest!”. I jest to dla mnie wyraz pewnego uznania. Tu muzyka była, ale tylko i wyłącznie dlatego, że czterech muzyków w tym samym czasie wydawało dźwięki ze swoich instrumentów. Nie odczułbym żadnego zubożenia swej świadomości, gdyby jej nie było.
Do pewnego czasu. Na scenę wchodzi Peter Brötzmann dołączając do tureckiego kolektywu. Dwa dźwięki i... otwarta zostaje świadomość. Okazuje się, że czterej panowie, których posądzałem o granie w garażu dla swoich znajomych, którzy przez przypadek znaleźli się na scenie Mangghi, potrafią grać. Potrafią – co ważniejsze – współpracować, zarówno między sobą, jak i z gościem, który nadał ich muzyce inny kontekst. Nie oznacza to, że muzyka Brötzmanna zabrzmiała inaczej niż zwykle. Kaiser to Kaiser. Niczego nie musi udowadniać. Ma swoją drogę, którą kroczy, dodając do niej kolejne kamyczki. Ostro, chropawo, dźwiękiem na granicy przesterowania, ilością nut, które pojawiają się pomiędzy uszami słuchacza zbyt szybko, by zostać dokładnie przeanalizowane. To nie jest muzyka do analizy. Przynajmniej nie do analizy są poszczególne wypowiedzi Brötzmanna. To muzyka, która dochodzi – przynajmniej do mnie – jako pewna całość. Konstrukcja, którą muzyk ten podaje. Dźwięk ma ogarnąć i zagarnąć. I w tym momencie okazuje się, że Konstrukt, który jeśli nie siebie, to przynajmniej mnie zmęczył, potrafi nawiązać współpracę. I poznajemy emocje Brotzmanna w otoczeniu sekcji rytmicznej z gitarą basową, ze starymi syntezatorami i drugim saksofonistą, który nagle okazuje się mieć partnera do grania.
Konstrukt z Peterem Brötzmannem, to nie jest opowieść o muzyce. To opowieść o wpływie jednego, w pełni ukształtowanego, w pełni świadomego – z krwi i kości – muzyka, który wpływa na innych. Peter ma ten dar. Obawiam się, że gdyby wystąpił na krakowskim Rynku solo, to jego muzyka nakazałaby otoczeniu z nim współpracować. Gdyby powiedział, że kamienie mają grać, to by zagrały. Tym razem zagrali tureccy muzycy.

Koncert miał miejsce 31 października 2012 r., Manggha, Kraków, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

Krakowskie Zaduszki Jazzowe 2012

Już za chwilę rozpoczyna się najstarszy polski festiwal jazzowy. Oto program.


2 listopada
godz. 20.00
KRAKÓW, ul. Nadwiślańska 6
hotel Qubus Mile Stone Jazz Club
TORTILLA
Asia Fostiak – voc, Maurycy Męczekalski – g, Tomek Przymorski – gb,
Bartek Norkowski – dr, Dawid Wydr – harmonijka ustna, tp

LESZEK KUŁAKOWSKI Love & Songs
Leszek Kułakowski – p, Piotr Kułakowski – bass, Jacek Pelc – dr, Joanna Knitter – voc

godz. 21.30
KRAKÓW, Rynek Główny 28
Harris Piano Jaz Bar
LA NIEVE NEGRA
Dominik Wania – p, Radek Nowicki – sax, Andrzej Święs – db, Jose Manuel Alban Juarez – perc

3 listopada
godz. 18.00
TRZEBINIA, ul. Piłsudskiego 47a
Dwór Zieleniewskich
LESZEK KUŁAKOWSKI Love & Songs
Leszek Kułakowski – p, Piotr Kułakowski – db, Jacek Pelc – dr, Joanna Knitter – voc

godz. 20.00
KRAKÓW, ul. Nadwiślańska 6
hotel Qubus Mile Stone Jazz Club
MACIEJ FORTUNA Trio
Maciej Fortuna – tp, Piotr Lemańczyk – bass, Krzysztof Gradziuk – dr

ANTHIMOS APOSTOLIS & FRANK PARKER Trio EL/USA/PL

godz. 21.30
KRAKÓW, Rynek Główny 28
Harris Piano Jaz Bar
GRZECH PIOTROWSKI & PAWEŁ KACZMARCZYK AUDIOFEELING BAND

4 listopada
godz. 18.00 (zjazd do kopalni godz.17.00)
WIELICZKA, ul. Daniłowicza 10
Kopalnia Soli „Wieliczka”
ELJAZZ Quintet
Józef Eliasz – leader, dr, Bogdan Hołownia – p, Andrzej "Bruner" Gulczyński – db,
Marcin Gawdzis – tp, Adam Wendt – sax

GRAŻYNA AUGUŚCIK – “Man behind the sun” – songs of Nick Drake PL/USA
Grażyna Auguścik – voc, Rob Clearfield – p, Matt Ulery – bass,
Jon Deitemyer – dr, Christopher Siebold – g

godz. 18.30
ZABIERZÓW, ul. Śląska 57a
Grube Ryby
L'ORANGE ELECTRIQUE
Michele Cuscipo – voc, harmonijka, Paweł Czajkowski – g,
Rafał Kukiełko – bg, Kacper Matuszewski – perc

RASM AL-MASHAN & LITTLE EGOISTS Duo
Rasm Al-Mashan – voc, Marek Stryszowski – saxs, EWI, voc, Seb Bernatowicz – keybs

5 listopada
godz. 19.30
KRAKÓW, ul. Stolarska 12
Bazylika oo. Dominikanów
XXVI MSZA ŚW. JAZZOWA

7 listopada
godz. 20.00
KRAKÓW, Bulwar Kurlandzki
Barka (na wysokości ul. Gazowej)
LITTLE EGOISTS & RASM AL-MASHAN
Marek Stryszowski – saxs, EWI, voc, Seb Bernatowicz – keybs, Paweł Ścierański – g,
Tomek Grochot – dr & Rasm Al-Mashan – voc

8 listopada
godz. 20.00
KRAKÓW, Rynek Główny 27
Piwnica pod Baranami
DanishDelight Jazz From Scandinavia
MARK SOLBORG feat. HERB ROBERTSON
Herb Robertson – tp, Mark Solborg – g, Jonas Westergaard – bass, Björn Heeböll – dr
SØREN BEBE Trio
Sören Bebe – p, Kasper Tagel – bass, Anders Mogensen – dr

9 listopada
godz. 20.00
WADOWICE, Jaroszowice 234
Młyn Jacka Hotel & Spa
DUO DRAM – Sławek Jaskułke & Piotr Wyleżoł
wystawa rysunków KAROLINY NOWICKIEJ ”Czary wiary”

godz. 20.00
KRAKÓW, ul. Rajska 12
Małopolski Ogród Sztuki
DanishDelight Jazz From Scandinavia
KIRA
Kira Skov – voc, Mads Hyhne – tp, Jakob Dinesen – sax, Heine Hansen – p,
Nicolai Munch-Hansen – bass, RJ Miller – dr

ELIEL LAZO feat. JAKOB DINESEN, MIKKEL NORDSØ & special guest: YAZZ
Carlos Perez – tp, voc, Jakob Dinesen – sax, Mikkel Nordsö – g, Michael Heise – keybs,
Yasser Pino – bass, voc, Yohan Ramon – dr, voc, Eliel Iazo – perc, voc & Yazz – voc

godz. 21.30
KRAKÓW, Rynek Główny 28
Harris Piano Jaz Bar
ROMEK PUCHOWSKI

10 listopada
godz. 20.00
KRAKÓW, ul. Rajska 12
Małopolski Ogród Sztuki
DanishDelight Jazz From Scandinavia
MALENE MORTENSEN
Malene Mortensen – voc, Carl Mörner Ringström – g, Oscar Johansson – p, Paul Hinz – bass,
Daniel Johansson – dr

BOBO MORENO / OLE KOCK HANSEN / BO STIEF
Bobo Moreno – voc, Bo Stief – bass, Ole Kock Hansen – dr

godz.21.30
KRAKÓW, Rynek Główny 28
Harris Piano Jaz Bar
RADEK NOWICKI TRIO