Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arthur Blythe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arthur Blythe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Arthur Blythe - Focus (diapazon.pl)

Arthur Blythe obecnie jest jakby zapomniany, a przecież przez wiele lat uchodził za jednego z najciekawszych saksofonistów altowych. Do tej pory też niektórzy muzycy, jak choćby Tim Berne, bardzo go cenią. I nie wiadomo dlaczego obecnie nie należy do tych NAJ. Przecież na swoim koncie ma takie sukcesy jak choćby debiut dla Columbii "Lenox Avenue Breakdown" (notabene, co niezmiernie dziwne, nie wznowiony jak do tej pory w wersji CD).

Być może braku obecnych sukcesów należy upatrywać w odejściu od Wielkich Wytwórni. Być może jest to skutkiem komponowania muzyki, a przede wszystkim jej aranżowania w sposób będący niejako "na uboczu". Muzyka Blythe'a pozostaje przecież bardzo komunikatywna, a swobodne w swej formie improwizacje saksofonowe są łatwo przyswajalne i to dla niemal każdego, nawet nie wyrobionego słuchacza.

W czym zatem rzecz? Być może współczesny odbiorca pochopnie ocenia tę muzykę jako archaiczną. Blythe ma bowiem skłonność do zastępowania roli kontrabasu w swych zespołach tubą. Daje to posmak starych zespołów dixielandowych. Jednak jest to jedynie posmak. Muzyka Blythe'a pozostaje współczesną. Blythe ma talent do wspaniałych aranżacji, który szczególnie ujawnia się właśnie w tych jego zespołach, które grają w nietypowych składach.

Nie inaczej jest na tej płycie. Nagrana została w składzie stanowiącym kolejną wariację użycia przez Blythe'a tuby i marimby do kreacji jego muzyki. Składu dopełnia perkusista. Tym razem jednak rola wirtuoza tuby - Boba Stewarta - została jednak ograniczona jedynie do grania "podkładu". Nie udziela się on niemal solowo. Nieco więcej miejsca Blythe pozostawił Gust William Tsilisowi.

Muzyka tu zawarta przypomina nieco tę, której byliśmy świadkami na płycie "Hipnotism" czy "Night Song", w pewnym stopniu przypomina ona również poprzedni album Blythe'a dla Savantu - "Spirits In The Field" niemniej jednak nie jest już tak witalna.

Generalnie muzyka, która może się podobać. Amatorów gry Blythe'a nie trzeba do niej przekonywać, pozostałym, którzy jeszcze się z jego muzyką nie zapoznali można ją polecić jako dobry wstęp do podróży po świecie Arthura Blythe'a (wstęp, bowiem w dyskografii tego muzyka znaleźć można pozycje lepsze).

Arthur Blythe - Focus, Savant SCD 2044, 2002; recenzja po raz pierwszy ukazała się w diapazon.pl 19.08.2002 r.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Arthur Blythe - Night Song (diapazon.pl)

"Night Song" Blythe'a jest jakby kontynuacją słynnych jego zespołów w "dziwnych" składach, w których wykorzystywał często współbrzmienia takich instrumentów jak tuba z wiolonczelą.

Tutaj znów skład bardzo niejazzowy. W zasadzie całość muzyki spoczywa na jednym instrumencie melodycznym - saksofonie altowym lidera. Z rzadka jedynie odzywa się klarnet basowy "starego, dobrego znajomego" Chico Freemana, który przede wszystkim udziela się tu jako dodatkowy perkusjonista. W ten sposób obsada wszelkiej maści przeszkadzajek została zwiększona do czterech osób. Funkcje harmoniczno-melodyczne spoczywają jeszcze na dwu członkach zespołu - tubiście z pierwszego słynnego składu z tubą Bobie Stewarcie i wibrafoniście/marimbiście Gust Tsillisie (nota bene nie można zapominać, że zarówno wibrafon, jak i marimba to instrumenty perkusyjne).

Czyżby zatem Arthur Blythe's Percussion Band?. Niestety chyba tak. W muzyce dominują lekkie tematy grane przez Blythe'a rodem jakby z muzyki Kenny G. lub co weselszych produkcji Davida Sanborna. Wprawdzie brzmienie (samo brzmienie w czysto sonorystycznym znaczeniu) jest nawet i ciekawe, szczególnie, gdy dołącza na klarnecie basowym Freeman, ale to chyba zbyt mało, by muzyka ta ciekawiła za każdym razem, gdy się jej słucha. Lekkość, powabność stylu przekroczyła chyba pewne granice pomiędzy sztuką a produktem przemysłu muzycznego. Płyta jest w pewien sposób kontynuacją muzycznych poszukiwań, które ostatni swój etap znalazły w wydanej kilka ładnych już lat temu płycie "Hipmotism" (ENJA Winckelmann). Niestety obecny eksperyment (zwiększenie obsady instrumentów perkusyjnych oraz zredukowanie melodycznych) wszędzie tam, gdzie włączają się perkusjonalia nie należy chyba do nazbyt udanych.

Wystarczy porównać drugą część ścieżki czwartej - czyli utwór "Fulfillment" lub duet z Stewartem "Couse Of It All" - by zauważyć, że nachalność perkusistów muzyce nie służy, a wibrafon czy marimba dodatkowo rozmiękczają jeszcze brzmienie, czego wyśmienitym przykładem jest oprócz tytułowego utworu taneczna wersja "We See" Monka. Myślę, że największe "zasługi" poczynił tu Arto Tuncboyacian, szczelnie wypełniając wszelkie miejsca swym bogatym zestawem przeszkadzajek. Nie pierwsza to i nie ostatnia pewnie płyta, na której dominującą postacią staje się ten muzyk, nie pozostawiając w zasadzie nikomu innemu miejsca. I żeby nie było niedopowiedzeń - sam pomysł z polirytmicznymi strukturami, z rytmem nawiązującym do rozwiązań plemion afrykańskich ("Ransom" - nawiasem mówiąc chyba najlepszy spośród "perkusyjnych" numerów na płycie, "Contemplation") byłby pomysłem dobrym, wartym uwagi, gdyby nie jego wykonanie.

Myślę, że tym razem zamiłowanie Blythe do "dziwnych" składów instrumentalnych nie wyszło muzyce na dobre dając w efekcie zamiast wspaniałej uczty muzycznej ot taką relaksującą muzyczkę, której można w ogóle nie zauważyć przy jakimś innym zajęciu. Niestety chyba nie o to Blythe'owi chodziło.
Pozostaje natomiast jakość nagrania - jakość sama w sobie. Firma Clarity reklamująca się jako firma audiofilska w istocie potrafi w sposób doskonały nagrać materiał dźwiękowy.

Arthur Blythe - Night Song, Clarity Records, 1016, 1997; recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl, 14.05.2002 r.

niedziela, 11 listopada 2012

Arthur Blythe & David Eyges - Today's Blues (diapazon.pl)

"Our music draws from several sources - the blues, folk music, jazz standards" napisali w notce Arhtur Blythe i David Eyges. W zasadzie o samej muzyce nic dodać nic ująć. Wiedzą najlepiej co i jak grają. Jeśli dodać jeszcze jedno zdanie: "We'd like the listener to enjoy this disc as much as we enjoyed playing together" niemal wszystko staje się jasne.

To jedna z najbardziej przystępnych płyt wydanych przez CIMP. Przystępna, ale w żadnym wypadku niebanalna. Muzyka grana jedynie przez dwóch muzyków, w dodatku w dość mało spotykanym zestawieniu: saksofon altowy i elektryczna, pięciostrunna wiolonczela. Z samego brzmienia, rejestrów, w których operują oba instrumenty, wynika że muzyka rozbrzmiewa lekko rozjaśnionym brzmieniem, przez co... staje się dość optymistyczna. Tym więcej w niej optymizmu, że przecież sama gra Blythe'a jest właśnie tego typu.

Zatem... radujmy się muzyką w sposób jaki dostępny był muzykom podczas jej tworzenia. Niczego więcej chyba nie trzeba i nie wolno wymagać. Poniekąd niczego więcej nie dostaniemy. Zgodnie z zapowiedzią autorów, mamy bluesa, folk i jazz. Nie szukajmy w muzyce tej żadnych nowości, a jedynie przyjemności.

Oczywiście obaj muzycy są wirtuozami swych instrumentów, zatem muzyka, choć łatwa nie staje się w żadnym momencie nużąca, czy nieciekawa. Innymi słowy - kilkadziesiąt minut muzyki dla przyjemności. Czego każdemu życzę.

Arthur Blythe & David Eyges - Today's Blues, CIMP, #158, 1998, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 4.03.2006 r.