Jest kilka zespołów w historii jazzu, które mnie niemalże elektryzują. Jest kwintet i sekstet Davisa z lat 50., jest kwartet i trio Ornette'a Colemana z lat 50. i połowy 60., i jeszcze kilka innych. Pośród nich jest kwartet jakiego już nie będzie: John Scofield Quartet z Joe Lovano na saksofonie. Naprawdę piękne granie.
Mieliśmy okazję przekonać się o tym na żywo, albowiem kwartet ten gościł w Polsce chyba 2 czy 3 razy. Wówczas pamiętam takie sobie, raczej chłodne recenzje, które czytałem chyba w "Jazz Forum". Wydaje mi się, że wówczas, na przełomie lat 80. i 90., karmieni w Polskim Radio bardzo konserwatywnym jazzem oraz muzyką jazzowo-folkową Methenego itp., nie byliśmy jeszcze w pełni przygotowani do słuchania takiego jazzu. Dla mnie wówczas gitarzysty, który doszedł do wniosku, iż jest tylu lepszych, których poziomu nie doścignie, Scofield był jednym z tych, którzy wskazywali jak grać nowocześnie jazz na gitarze. Dojrzewałem i ja do tej muzyki długo, ale jak pokochałem - to chyba raz na zawsze. Mówię o kwartecie Scofielda, ale w krótkiej 4-letniej historii tego zespołu, niezmienni byli jedynie Scofield i Lovano, zmieniała się sekcja.
Wiedziałem, iż istnieją koncertowe nagrania Scofielda z jego kwartetem wydane na CD, tu z Markiem Johnsonem na basie i Billem Stewartem na perkusji. Na płycie znajdują się jedynie trzy utwory: "Stranger To The Light", "Meant To Be" i Chariots, dobrze znane z pierwszych dwu płyt kwartetu, jednakże inwencja improwizatorska jaką przejawiają w poszczególnych utworach nie ma sobie równych. W odróżnieniu od wersji studyjnych, te wzbogacone zostały solami Billa Stewarta w utworach 1 i 3 oraz Marca Johnsona w utworze 1. Najważniejsze jednak sola należą do dwu frontmanów Scofielda i Lovano, sola które tu przyjmują imponujące ramy kilkuminutowych popisów.
Scofield, mocno osadzony w bluesie, gra takie sola, że ciarki spacerują po plecach. Pomimo, iż trudno powiedzieć by kompozycje Scofielda oparte były na typowym jazzowym swingu (szczególnie pochód basu jest realizowany w kompletnie inny sposób), to sola Scofielda niesamowicie swingują. Lovano to klasa dla siebie. Nie ma obecnie innego tak dobrego tenorzysty. Być może Carter jest bieglejszy, być może technicznie bardzo dobrze gra Murray, byc może można mieć jeszcze estymę dla Rollinsa, Sheppa czy Sandersa, być może bardzo ważnym tenorzystą jest Marsalis, ale tak jak gra Lovano gra tylko on i nikt inny.
Sposób w jaki poszerza harmonie, znane jeszcze chyba od czasów mistrzów saksofonu z lat trzydziestych, jest wyśmienity. Lovano potrafi grać dźwięki spoza skali, które ani przez chwilę nie powodują niepotrzebnych dysonansów. Pozostaje wrażenie, że tak właśnie winna brzmieć w tym momencie harmonia (w zasadzie chyba to jest tym ogniwem, które jest wspólne w improwizacjach Lovano i Scofielda, co powodowało, iż ich nagrania zawsze były tak elektryzujące), a przecież gdyby popatrzeć na jej zasady to na pewno tak nie jest.
Trudno tu wyróżnić któryś z utworów. Mnie najbardziej chyba podoba się "Meant To Be". Bo to chyba najlepsza kompozycja na płycie. Niemniej jednak grane z niemalże rockową zadziornością "Chariots", znacznie ostrzej niż na oryginale studyjnym, też nie pozostawia człowieka obojętnym. W tym utworze są zresztą chyba najlepsze sola Lovano i Scofielda. Na płycie imponuje też zgranie zespołu. Jest cudowne. Pozostali muzycy kwartetu to fachmani najlepszej wody, a swingu od Stewarta winni uczyć się młodzi polscy perkusiści w szkole.
Płyta dla wielbicieli Scofielda i Lovano, ale nawet ci, jak mój dobry znajomy, dzięki któremu mam tę płytę, którzy Scofielda nie lubią dostrzegają, iż jest to naprawdę dobra muzyka.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jedno, pomimo, iż płyta jest "niewiadomego pochodzenia" - wszakże koncert z roku 1991 winien być wydany przez Blue Note, to brzmi na sprzęcie, którego wyłącznym przeznaczeniem nie jest odtwarzanie wyłącznie nagrań testowych zaskakująco dobrze.
John Scofield - The John Scofield Quartet Plays Live, JazzDoor, JD 1249, 1993; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Lovano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Lovano. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 czerwca 2013
poniedziałek, 27 maja 2013
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two
Joe Lovano do bardziej awangardowych rejonów jazzu sięgnął po raz pierwszy chyba wraz ze swoim septetem z końcem lat 80. Potem były trzecionurtowe płyty z Schullerem oraz hołd Sinatrze. Z drugiej strony z triowymi składami Lovano spotykamy się przecież nie po raz pierwszy.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
czwartek, 8 listopada 2012
John Abercrombie - Open Land (diapazon.pl)
Skład obecny na "Open Land" jest jakby połączeniem różnych projektów Abercrombiego oraz zespołów, w których uczestniczył. Przede wszystkim w składzie sekstetu jest całe "organowe" trio: Abercrombie-Wall-Nussbaum. Poniekąd zresztą, sekstet można traktować jako właśnie rozszerzenie tego tria.
Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.
Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.
Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.
Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.
Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.
John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.
Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.
Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.
Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.
Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.
Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.
John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.
Etykiety:
Adam Nussbaum,
Dan Wall,
Joe Lovano,
John Abercrombie,
Kenny Wheeler,
Mark Feldman
Subskrybuj:
Posty (Atom)