Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hamid Drake. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hamid Drake. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 czerwca 2013

Other Dimensions in Music - Live at the Sunset (diapazon.pl)

Klasyczny już dziś, skład bez fortepianu, jak by to powiedział ulubiony przeze mnie gawędziarz radiowy (bez żadnych uśmiechów). Tyle, że ów Pan myśli wówczas o zupełnie odmiennym zespole. Równie wspaniałym.

Sekcja marzeń Parker i Drake dopełniona przez Campbella i Daniela Cartera - jednego z moich ulubieńców - razem: Other Dimensions in Music. I ich najnowsza propozycja: "Live at the Sunset". Niestety nie tylko grają, ale i nagrywają rzadko. Szkoda, bo to jedna z najlepszych kapel, które umiejscowić można pod hasłem współczesny mainstream. Taki, którym byłby, gdyby nie...

Tak, to prawdopodobnie większość recenzentów, a i słuchaczy odbierze tę muzykę za free. Ok. Free, ale takie sprzed lat. Wielu, wielu... Other Dimensions in Music w najnowszej postaci przywodzi na myśl właśnie free sprzed lat. Kiedy muzyka ta tworzyła się właśnie. Sięga do takich nagrań jak jedno z moich ulubionych: "The Shape of Jazz to Come". Mógłbym zatem narzekać na tę muzykę? Nie! I niech tak zostanie, bo micha mi się cieszy od ucha do ucha. Swingująca sekcja masuje z lekka serducho, by na jej tle trębacz i saksofonista mogli wyczyniać swe harce. Ot, po prostu tak. Proste, jak konstrukcja cepa. Tyle, że... nie każdemu to się udaje.

Kilka słów zapowiedzi wprowadza w wyśmienity nastrój każdego, kto nie jest francuskojęzyczny. I nastrój ten się udziela. Frywolne dźwięki trąbki punktowane przez równie mile brzmiący saksofon. I sekcja jak młot! Genialne, genialne, genialne...

Te dwie koncertowe płyty, błagają o jeszcze... Przynajmniej przeze mnie. Bowiem muzyka grana przez tę czwórkę przywołuje tę energię, którą tak w jazzie kocham. Wzajem splatające się linie melodyczne, puls sekcji, długie solówki i... radość, radość grania, którą przełożyć mogę tylko na dwa słowa: radość słuchania.

Koniecznie.

Other Dimensions in Music - Live at the Sunset, Marge, 38, 2007; recenzja ukazała się po raz pierwszy w Diapazon.pl dnia 1.11.2007 r.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle (diapazon.pl)

Do Petera Brötzmanna przylgnęła etykietka najgłośniejszego saksofonisty świata. Faktem jest, że muzyka jaką proponował on od ok. 40 lat jest gwałtowna, bezkompromisowa, niesamowicie impulsywna i ekspresyjna.

Sam Brötzmann, może i bezwiednie stał się pewnie jednym z prekursorów free improvu, który tu i ówdzie uważany jest "dopiero za prawdziwą muzykę":-). Ja szczerze powiedziawszy, jak do tej pory nie znalazłem jego płyty, do której słuchania chciałbym powrócić.

"Z pewną taką nieśmiałością" zatem podchodziłem do świeżo wydanej płyty tria Brötzmanna z koncertów w "Pustej Butelce". Jedynie dwa utwory: w tym jeden trwający ponad 40 minut, a drugi jedynie o połowę krótszy - wszystko to wróżyło, że ponownie do czynienia będziemy mieli z "Machine Gun", który bezlitośnie obnaży wszystkie zalety solowego i grupowego grania free, graniczącego bardziej właśnie z free improv nawet, a nie z free jazzem. W zasadzie do posłuchania płyty zmusił mnie snobizm płytomana - cóż to bowiem może Okka wypuszczać w limitowanych seriach?

Zanim jeszcze o muzyce - płytka w istocie wygląda na taką, która wypuszczona jest w małej serii; wygląda tak jakby sami muzycy, jak najniższymi kosztami chcieli wydać ten materiał. Całe szczęście dźwiękowo jest bez zarzutów.

A skoro już przy dźwiękach. Miód na moje sterane uszy. Brötzmann zaprezentował muzykę w trio wraz z jedną z najciekawszych sekcji rytmicznych ostatnich lat: Hamid Drake i Kent Kessler - współpracujących na stałe m.in. z Kenem Vandermarkiem, nota bene zapatrzonym w muzykę Brötzmanna. Ciągłe poszukiwanie nowości winno teraz przejawić się zdaniem typu: w zasadzie zaproponowana muzyka niczego nowego nie wnosi do koncepcji tria jazzowego. No właśnie, tyle że to mistrzostwo świata.

Oba utwory nie należą do przejawów jazzowej liryki, niemniej jednak pojawiają się wysublimowane dźwięki, harmonie, choć przecież i tu zdarzają się chwile niczym nie skrępowanego grania. Na słowa uznania zasługuje gra Drake'a, któremu w sposób jak najbardziej naturalny udaje się podkładać ciekawe rytmy, pod linearne improwizacje Brötzmanna. Muzyka nie jest impulsywna. Brötzmann nie usiłuje nikogo zabić saksofonem, co zdarzało mu się na poprzednich płytach. Trio przedstawia ucztę na trzech równoprawnych muzyków, sięgających może wyżyn swoich umiejętności. Słuchając tej muzyki ma się wrażenie obcowania ze Sztuką. To doświadczenie pojawia się niezmiernie rzadko, od czasu, gdy pojawiła się rzesza doskonale wyuczonych odgrywaczy muzyki.

Posłuchajcie Brötzmanna - będziecie wiedzieć czym różni się muzyczny absolut od popłuczyn. Aha - spieszcie się, Okka wydała jedynie 800 sztuk tej płyty.

Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle, Okkadisk, ODL 10005, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 14.05.2002 r.

sobota, 10 listopada 2012

Other Dimensions In Music - Live at the Sunset (diapazon.pl)

Klasyczny już dziś, skład bez fortepianu, jak by to powiedział ulubiony przeze mnie gawędziarz radiowy (bez żadnych uśmiechów). Tyle, że ów Pan myśli wówczas o zupełnie odmiennym zespole. Równie wspaniałym.

Sekcja marzeń Parker i Drake dopełniona przez Campbella i Daniela Cartera - jednego z moich ulubieńców - razem: Other Dimensions in Music. I ich najnowsza propozycja: "Live at the Sunset". Niestety nie tylko grają, ale i nagrywają rzadko. Szkoda, bo to jedna z najlepszych kapel, które umiejscowić można pod hasłem współczesny mainstream. Taki, którym byłby, gdyby nie...

Tak, to prawdopodobnie większość recenzentów, a i słuchaczy odbierze tę muzykę za free. Ok. Free, ale takie sprzed lat. Wielu, wielu... Other Dimensions in Music w najnowszej postaci przywodzi na myśl właśnie free sprzed lat. Kiedy muzyka ta tworzyła się właśnie. Sięga do takich nagrań jak jedno z moich ulubionych: "The Shape of Jazz to Come". Mógłbym zatem narzekać na tę muzykę? Nie! I niech tak zostanie, bo micha mi się cieszy od ucha do ucha. Swingująca sekcja masuje z lekka serducho, by na jej tle trębacz i saksofonista mogli wyczyniać swe harce. Ot, po prostu tak. Proste, jak konstrukcja cepa. Tyle, że... nie każdemu to się udaje.

Kilka słów zapowiedzi wprowadza w wyśmienity nastrój każdego, kto nie jest francuskojęzyczny. I nastrój ten się udziela. Frywolne dźwięki trąbki punktowane przez równie mile brzmiący saksofon. I sekcja jak młot! Genialne, genialne, genialne...

Te dwie koncertowe płyty, błagają o jeszcze... Przynajmniej przeze mnie. Bowiem muzyka grana przez tę czwórkę przywołuje tę energię, którą tak w jazzie kocham. Wzajem splatające się linie melodyczne, puls sekcji, długie solówki i... radość, radość grania, którą przełożyć mogę tylko na dwa słowa: radość słuchania.

Koniecznie.

Other Dimensions In Music - Live at the Sunset, Marge Records, Marge 38, 2007, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.11.2007 r.

Henry Grimes Trio - Live at Kerava Jazz Festival (diapazon.pl)

Losy Henry'ego Grimesa są przedziwne, myślę jednak, że nie miejsce tu na ich przedstawianie. Przede wszystkim by uchronić wszelkich potencjalnych słuchaczy od próby poszukiwań odpowiedzi na głupie skądinąd pytanie: jak taki "dziadek", po takich przejściach gra?

Jak gra to słychać, a pytanie pozostaje głupie. Tyle, że nie znając całej otoczki pozostaje głupie w dwójnasób, albowiem nie wiedząc o co w nim chodzi pozbawione jest już najmniejszego sensu. I tak winno być. Muzyka powinna przemawiać sama niezależnie od nazwisk, od historii, od tego, czy ktoś grał będąc naćpanym, pijanym, trzeźwym, po psychiatryku, po rozwodzie itd., itp... Winna przemówić lub nie. Zresztą przecież nie do wszystkich przemówi jednakowo. I to również jest normalne. Kiedyś pomysłem Manfreda Eichera miało być pozbawienie wydawanych przez niego płyt wszelkich opisów. Ostatecznie ostało się na pozbawieniu tak modnych w dekadzie poprzedzającej inaugurację ECM linear notes. Myślę zresztą, że jeśli dobrze pojmuje się tak owe notki pisane na okładkach, jak i rolę recenzji płytowych, niestraszne nikomu powinny być jakiekolwiek słowa o płycie czy o muzyce.

Jak sam tytuł wskazuje, nagranie wydane przez Ayler Records zostało zarejestrowane na żywo. I co do tego nie może być dwu zdań - to dobrze. Wolę chropawe, często w niektórych miejscach niedoskonałe, ale autentyczne rejestracje niż wycyzelowane w studiach realizacje. Jazz jest, jazz musi być autentyczny. Jak żadna inna muzyka. Jazz nieautentyczny nie istnieje. Jest namiastką. Jest jak wyrób czekoladopodobny. Niby ma zewnętrzne oznaki jazzu, ale jazzem nie jest. Być nie może. Temu zwykle - choć nie zawsze - udaje się zaradzić na koncertach. Jeśli tylko artyści nie prezentują na nim produktu jazz-like, ale rzeczywistą grę. Jeśli grają to co chcą, to wówczas najczęściej otrzymujemy muzykę, niekiedy przejmującej autentyczności.

Trio Grimesa zarejestrowane podczas koncertów w zimnej, nawet latem, Finlandii, odbieram właśnie w ten sposób. Muzyka Davida Murraya, Grimesa i Hamida Drake'a jest autentyczna aż do bólu. Jest ostra, podana niemal na tacy, jednakże bez żadnych bibelotowych ozdób. Brzmi jak ledwie ociosane kawałki desek, z dala od hebli, ale brzmi rzeczywiście. Próżno w niej szukać miłych uchu dźwieków (no, chyba, że owo czyjeś ucho jest podobnie jak moje zdeformowane i miast szukać ładnych, prostych i chwytliwych melodii, woli oddawać się przyjemności zgłębiania free jazzu i pokrewnych mu gatunków). Zamiast, choć to może złe słowo - bowiem nie w zamian, za te miłe dźwięki - ale po prostu otrzymujemy kawał niesamowitej szczerości. Używając słów wielkich - "prawdy". Zawsze, kiedy słucham zespołów takich jak trio Henry'ego Grimesa mam takie wrażenie: na scenę wyszli muzycy i przekazali nam cząstkę siebie. Czy to nie jest prawdziwe? Czy takie podejście do muzyki nie przekazuje jakiejś prawdy? Jak ziemniaki z kefirem. Proste i surowe. Oczywiście, że doszukiwać się można różnych "momentów", a jako że człowiek do tego często skory, to będą mu się podobać np. duet Grimesa z Murrayem, czy solo Drake'a... Pust' bud'jet. Dla mnie o wiele bardziej liczy się to, że te kilkadziesiąt minut muzyki, w starym dobrym loftowym stylu, jest muzyką, której wykwintna prostota może powalić byka. Mnie bez problemu, bo bykiem nie jestem, już powaliła.

Doskonała płyta!

Henry Grimes Trio - Live at Kerava Jazz Festival, Ayler Records aylCD-028, 2005, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 13.08.2005 r.

piątek, 9 listopada 2012

The David S.Ware Quartets - Live In The World (diapazon.pl)

Trzy kwartety, sześciu muzyków, trzy płyty... Gdyby album ten ograniczył się wyłącznie do jednej, pierwszej płyty i tak uznałbym go za wspaniałe nagranie. Ilekroć słucham późnego Coltrane'a – a czynię to rzadko, bo przeżycie to niemal duchowe (może nawet bez "niemal") – tylekroć muzykę tę odbieram w wymiarze transcendentalnym. To absolut. Sięganie po Boga. Tak się już nie gra. Niemal nikt tak nie gra.

No właśnie. Nikt?

Szwajcaria, Chiasso, zima, 11 grudnia 1998 roku przynajmniej jeden, a w zasadzie czworo, muzyków tak zagrało. Czy zatem się nie gra? Przynajmniej tamtego dnia, podczas tamtego koncertu, kwartet Davida S.Ware'a osiągnął absolut. Free czystej krwi. Arabskiej. Angielskiej. Jakiej chcecie. Natchnione, niesamowite. Każdy dźwięk wydaje się być zawieszony gdzieś między niebem a ziemią. Nie wiadomo czy wzlatuje, czy zstępuje. Żadne słowa nie wystarczą by przekazać cokolwiek o tej muzyce. Takie słowa nie istnieją. Może modlitwa. Ale modlitwa do muzyki? O muzyce?

Proste dźwięki, proste słowa, nieskrępowanego free. Kłębią się. Prostują. Ukazują piękno i brzydotę. Świat.
Nic nowego? Tak. Nic nowego! Każdy, kto słucha jazzu, szczególnie free, mógłby przypomnieć choćby wspomniany kwartet Trane'a, ten z późnego okresu z McCoy Tynerem, jak i późniejsze, bardziej swobodne wypowiedzi Wielkiego Saksofonisty. Każdy, kto jest w miarę obeznany z muzyką, jest w stanie pokazać, że niejeden już dźwięk został zagrany, a niejedna koncepcja przyjęta. Ba, idąc dalej, można mówić - skoro tak się dzieje, to muzyka ta jest już wymarła. Otóż nie! Tak się nie dzieje. Przyjęcie jakiejś koncepcji, nawet jeśli zaistniała już w przeszłości, nie musi wcale oznaczać, że w ramach proponowanej formuły nie ma się już nic do zaprezentowania. Jest coś takiego jak autentyczność wypowiedzi. Są też tak ulotne rzeczy, jak "dusza" w muzyce. Nie wiesz o co chodzi? Nie ważne. I tak Ci nie wytłumaczę. Po prostu słuchaj. Kiedyś sam dojdziesz do tego stwierdzenia: w tej muzyce jest dusza. I od tej pory będziesz już wiedział o co chodzi. Nie tylko mnie. Nie jestem autorem tych słów. Powstały długo przed moimi narodzinami. A w pewnym momencie i ja powiedziałem: w tej muzyce jest dusza. I już wszystko było jasne.

Otóż właśnie w muzyce Ware'a ową duszę można usłyszeć. Ja słyszę. Dla chcącego nic trudnego i można nawet zaryzykować twierdzenie, że koncertowe nagrania Ware'a należą właśnie do tych, dzięki którym ową duszę można poznać. Ja poznaję.

Muzyka zawarta na trzech krążkach jest prawdziwa swoją szorstkością. Jest autentyczna przez swe nieokiełznanie. Ta muzyka jest duchowa. Krótkie, ostre frazy Shippa są niemal jak ciernie. Prosty, powtarzający się riff "Aquarian Sound" grany przez Parkera potrafi powiedzieć o muzyce więcej niż usłyszeliście dotąd w swoim życiu. I do tego jeszcze swobodne, mistyczne niemal dźwięki saksofonu. Porażająca prostotą przygoda.

Przygoda ma jeszcze jeden aspekt. Trzypłytowy album ukazuje kwartet Ware'a w trzech składach. Zmianie ulega wyłącznie perkusista. W jednym z wywiadów, saksofonista stwierdził, że zmiana ta miała olbrzymi wpływ na muzykę, na jej zrytmizowanie. Nie będę tu przedstawiał analizy tych składów. Byłoby to jak opowiedzenie do końca, zachwalanego komuś filmu. Namawiam do słuchania "Live In The World" - każdy sympatyk free znajdzie tu wiele. Czy odda się chłodnej analizie poszczególnych utworów, poszczególnych kwartetów, czy pozwoli po prostu, by muzyka ta trafiła wprost do jego duszy, to już indywidualna sprawa słuchacza.

The David S.Ware Quartets - Live In The World, Thirsty Ear THI 57153.2 (3CD) 2005, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 31.07.2005 r.

środa, 7 listopada 2012

Fred Anderson Quartet - Dark Day (diapazon.pl)

Edycja Unheard Music Series wydawana przez Atavistic jest bardzo cenna. Ukazują się w niej płyty lub szerzej nawet materiał, o którym świat zapomniał. Może nawet nie zapomnieli fani tej muzyki, ale przez całe lata żadna z wytwórni nie kwapiła się do wznowienia tych płyt. Atavistic postanowił tę muzykę przybliżyć. I chwała mu za to. Już to jest pomysłem wyjątkowym. Dzięki niemu w nasze ręce trafić mogą mało znane nagrania sprzed wielu lat, trudno powiedzieć luminarzy obecnej sceny jazzowej, niemniej jednak nagrania muzyków, którzy znajdują się w kręgu zainteresowań tej chicagowskiej wytwórni.

Z góry powinniśmy też wybaczyć jakość tych nagrań. Nie jest ona najlepsza. Oczywiście "da się słuchać", ale jedynie "da", bowiem jakość nagrań nie sprawi nikomu "audiofilskiej" przyjemności.

Niedawno seria UMS poszerzyła się o podwójny kompakt zawierający dwa koncerty kwartetu Freda Andersona z roku 1979. Pierwszy odbył się 15 maja 1979 r. w the Museum of Contemporary Art w Chicago. Szczęśliwcy mogą te nagrania już znać, albowiem lata temu wydany został na LP przez Message Records (Message 0004). Drugi z koncertów zawartych w tym wydawnictwie jest premierą płytową, a jego nagranie pochodzi z Werony i zostało zrealizowane 19 maja 1979 r. podczas Verona Jazz 1979. Oba koncerty nagrał ten sam skład, kwartet Andersona z Billym Brimfieldem (tp), Stevenem Palmorem (b) i Hamidem Drakem (dr). Biorąc pod uwagę, że oba koncerty zawierają zupełnie inny materiał jesteśmy w stanie dostrzec czy i jak zmienia się muzyka kwartetu w przeciągu zaledwie 4 dni.

Rok 1979 to końcówka ruchu loftowego, z którego wyrósł Anderson. Jego ówczesna muzyka jest ściśle związana z koncepcją AACM. Jest też podobna do tego co wówczas się działo właśnie na scenie loftowej. Ktokolwiek kiedykolwiek słyszał współczesne nagrania Andersona z łatwością zauważy, że koncepcje już wówczas przez niego wypracowane do chwili obecnej nie uległy jakimś drastycznym zmianom. Anderson to Anderson. Można go lubić lub nie. Mnie się podoba.

Bezfortepianowy kwartet w roku 1979 to nie była już nowość. Zespoły takie funkcjonowały od pamiętnego kwartetu Mulligana z Bakerem, do free jazzu zaproszone zaś zostały przez Ornette'a Colemana. I przez długi czas kapele bez instrumentu harmonicznego funkcjonowały jako główne medium muzyki free czy loft jazzowej. Wydaje się, że taki zespół jest dla muzyków grających "wolną" muzykę środkiem doskonałym. Nie inaczej jest tym razem. Można rzec, że ten skład instrumentalny w wersji Andersona uzyskał nieco inny wymiar niż choćby jego colemanowska edycja. Warstwa rytmiczna realizowana jest niemal wyłącznie przez Hamida Drake'a, której przeciwstawiane są trzy instrumenty realizujące muzykę. Bardzo wiele dzieje się w duetach. Mnie w pamięci szczególnie utkwiły dwa, znajdujące się niemal na początku pierwszej płyty duety Brimfielda z Drakem i Andersona z Drakem.

Na pytanie postawione na wstępie, czy istnieje różnica pomiędzy obiema płytami odpowiedź jest pozytywna. Jednak nie będę odbierał przyjemności słuchaczom w jej uchwyceniu.
Po wysłuchaniu tych nagrań przyszła mi do głowy refleksja: muzyka transowa nie narodziła się teraz. Nie jest związana z elektroniką, z klubowymi techno-brzmieniami. To jedynie jedna jej postać. Transową muzykę realizowali już dawniej jazzmani, często jak Anderson związani ze sceną loftową. A przecież pierwszym, który ów trans zaproponował był chyba jednak Coltrane.

Fred Anderson - Dark Day, Atavistic (Unheard Music Series), UMS 2182, 2001, tekst pierwotnie ukazał się w diapazon.pl dnia 19.08.2002 r.

Anderson / Drake / Jordan / Parker - 2 Days in April (diapazon.pl)

Koncertu zapis doskonały. Kwartet, rzec można nestorów amerykańskiego jazzu, choć w zasadzie określenia tego użyć można przede wszystkim do Andersona, gra to co w amerykańskim free najlepsze.

Oczywiście, że spodziewać się po nich nie sposób "czegoś nowego", odkrywczego. Szczególnie po Andersonie i Jordanie. Ci panowie po prostu grają amerykańskie free, które w roku 1999 miało już swoją bogatą, około czterdziestoletnią historię.

I co z tego, że nie usłyszymy jakichś formalnych nowinek, nowych koncepcji. Ta płyta udowadnia raz jeszcze, że nie ważne jest co, ale kto i - przede wszystkim - jak gra. A czterech panów gra tak, że "buty lecą z nóg", choć to nie perfektowski rock, a amerykański free. Amerykański na wskroś. Mnóstwo tu odniesień do jazzowej tradycji. Muzyka, choć swobodnie improwizowana wciąż swninguje, wciąż bluesem podszyta. Do tego stopnia, że chciałoby się ściągnąć marynarę i pomachać nią w powietrzu. Free swingowa maszyna zapewnia bowiem taki tap-factor, jakie rzadko spotkać można w obecnych, często bardzo przeintelektualizowanych propozycjach. Szczególnie tych, które płyną z Europy.

Jeśli zatem ktoś jest spragniony, bądź co bądź tradycyjnego już free jazzu granego w iście mistrzowski sposób, z niesamowitymi solówkami obu saksofonistów wspieranych przez, co tu dużo mówić, jedną z najlepszych sekcji współczesnego jazzu to winien zaopatrzyć się w ten podwójny album. Wart jest wydanej każdej złotówki. Ręczę.

Anderson / Drake / Jordan / Parker - 2 Days in April, Eremite, MTE-023/24, 2000, tekst ukazał się pierwotnie w diapazon.pl dnia 29.06.2006

niedziela, 4 listopada 2012

KJJ'2012: DKV Trio

Spełnienie marzeń. Na ten koncert czekałem 10 lat. Tyle samo, ile Marek Winiarski zabiegał, by do Polski ponownie zawitało DKV Trio. Pamiętam tę noc sprzed dziesięciu lat w Katowicach. Wówczas i na Marku i na mnie, praktycznie wchodzący dopiero na jazzowy piedestał Ken Vandermark, jego towarzysz z różnych poczynań – równie jednak dopiero wspinający się na jazzowy firmament – Kent Kessler i już doświadczony Hamid Drake zabrali nam nasze dusze i ciała. Gdzieś po pierwszym już utworze chciało się skakać niczym na swingowych potańcówkach. Marynara w górę i...
Minęło lat 10. Tym razem DKV Trio to już nie jeden doświadczony muzyk, ale doświadczeniem emanująca cała trójka. Teraz już wszyscy troje mają swoje miejsce w jazzie. W mniejszym lub większym stopniu odciśnięte. W mniejszym lub większym bardziej wyraziste.

Ciężko mi się tę relację pisze. Od lat uważam, że niegdyś przyjęty przez Marka pomysł na prezentację jednego zespołu, bądź – przynajmniej jednego, wyrazistego artysty – jednego wieczoru był najlepszym z możliwych dla każdego, kto w sposób świadomy chce uczestniczyć w koncercie. Taka formuła daje pełnię szczęścia słuchaczowi. Może wysłuchać i ze swym wysłuchaniem pozostać. Może potem o tym pamiętać. Może wspominać. Taka formuła do niczego słuchacza nie zmusza. Nie musi się przenosić z jednego, w drugi świat. Nie musi w zasadzie niczego.

Nieistotne co spowodowało, jednak na koncercie 1 listopada 2012 r. (podobnie jak i dzień wcześniej) na scenie krakowskiej Mangghi stanęły dwa zespoły. Jak się potem okazało – dwa, które dały dawkę doznań niemalże przyprawiającą o ból. Można go nazwać bólem rozkoszy. Ból, bowiem w pierwszej części koncertu, Hera przez ponad półtorej godziny zaprezentowała absolutnie doskonałą muzykę. Co można jeszcze zrobić, by doskonałość stała się lepszą?

Cóż, niestety w natłoku wrażeń nie pomaga nawet DKV Trio. Może gdyby z jednego koncertu na drugi dało się choćby przejść...

Nie chcę tu twierdzić, że koncert DKV Trio był zły. Broń boże! Był doskonały. Mocny, kipiący rytmem, dudniący basem, z mocno stawianymi frazami (głównie) saksofonu tenorowego. Obecna formuła, to DKV Trio już mocno dojrzałe. W sumie gdzieś się ulotnił jeszcze młodzieńczy zapał Vandermarka i Kesslera sprzed 10 lat. Jego miejsce zajęła świadomość obranej drogi. W międzyczasie Kessler stał się muzykiem uwolnionym. Jego gra na kontrabasie to wielka szkoła obecnego free jazzu. Pewnie nie tylko free i nie tylko jazzu. Zasób środków wyrazu, po które Kessler sięga od tych, którymi nas na pierwszym koncercie DKV Trio uraczył, dzielą lata świetlne wszelkich możliwych dźwięków, które w jego muzyce się pojawiły. Kent gra smyczkiem free w taki sposób, że wydaje się, iż jest to najbardziej naturalny środek wyrazu basistów jazzu free. Kiedy jednak trzeba, szarpane struny stanowią pulsujący magmą dźwięków fundament dla poczynań Vandermarka. Nie to jest jednak istotne. O ile dziesięć lat temu, sekcja Kessler-Drake, stanowiła po prostu świetne, cudowne oparcie dla poczynań saksofonisty, to dzisiaj nie jest to sekcja. Dziś to Kessler oraz Drake, którzy wzajemnie się obserwując, słuchając, dobierają takie środki wyrazu, które w danym momencie, w określonej chwili mają się pojawić. W naszej świadomości mają się pojawić, albowiem w zaiste alchemiczny sposób, u nich pojawiają się chwilę wcześniej. Ta sekcja nie brzmi już jak wszechogarniający organizm freejazzowego swingu. Ta sekcja brzmi jak absolutnie świadomy swoich poczynań zespół dwu świetnych instrumentalistów. Mogłaby stanowić kompletny, niewymagający żadnego partnera duet. I posłuchawszy zaledwie Kesslera i Drake'a otrzymalibyśmy już pełną i w pełni zasługującą na nasze komplementy muzykę.
Tyle słów było o Drake'u przy okazji Kesslera, bowiem to chyba Kessler robi na mnie największe wrażenie. Swą przemianą. Co ciekawe, przemianę, a w zasadzie innego muzyka mogliśmy oglądać we środę i we czwartek. Inne środki ekspresji podczas koncertu The Damage Is Done i inne podczas DKV Trio. Grał inaczej, ale za każdym razem to Kessler.
A przecież Drake nie jest zwykłym perkusistą. On jest szamanem perkusji. Może nie takim jak El'Zabar, niemniej jednak szamanem. Magiem... Drake po prostu czaruje. Ciekawym doświadczeniem było wysłuchanie na jednej scenie, w zaledwie jednodniowej odległości dwu czarodziejów perkusji. Zeranga oraz Drake'a. Obaj czarują, ale jakże odmiennie. Jakże inaczej. Zerang ze swoim, jakby niejazzowym, poczuciem czasu i perkusyjnej przestrzeni i stojący niemal na drugim końcu Drake, ze swoim absolutnie jazzowym pulsem. Kwintesencją czarnego groove'u w wydaniu free. Dwie doskonałości...
Na tym tle Vandermark. Dzisiaj, nie jak przed wielu laty, to bodaj właśnie on jest najbardziej rozpoznawalnym muzykiem tria. Myślę, że Ken przez te wszystkie lata swojej tytanicznej pracy doszedł do świadomości wielu słuchaczy, niekoniecznie śledzących poczynania muzyki jazzowej. Te dziesięć lat to także zmiana, jaka i w nim zaszła. Pierwszy koncert DKV Trio, na jakim byłem, to kipiąca energia wówczas czterdziestolatka. Dzisiaj to doświadczenie i świadomość obranej drogi człowieka pięćdziesięcioletniego. Dalej bywa energicznie, ale energia nie jest już tak niepohamowana. To nie jest już projekcja jego emocji, teraz to wyraz projekcji tego muzyka. Świadomie dobierane środki wyrazu.
I jakkolwiek kocham nieposkromioną muzykę DKV Trio sprzed lat, tak trafia do mnie o wiele bardziej dojrzała, o wiele bardziej świadoma muzyka DKV Trio z roku 2012. To zespół doskonały. Inny niż przed laty. Myślę jednak, że gdyby był właśnie takim samym, sprawiłby mi tylko wiele radości. Teraz wymaga jeszcze po prostu uwagi.

Koncert miał miejsce 1 listopada 2012 r., Manggha, Kraków, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

KKJ'2012: Hera XL + Hamid Drake

Drugi (dopiero, niestety) dzień, na którym się pojawiłem podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012 i po raz drugi powinienem powiedzieć: nie mam o czym mówić. Chociaż stwierdzeniem bardziej prawdziwym jest: nie mam jak mówić. Głos mi odebrało. Zaniemówiłem z wrażenia. Zdaje się, że nie tylko ja. Kiedy po godzinie i czterdziestu dwu minutach pierwszego występu wyszliśmy na przerwę, popatrzyliśmy z Maciejem Karłowskim na siebie i niemal w tej samej chwili powiedzieliśmy: no i co by tu powiedzieć... nic! Dopiero po chwili udało mi się wycedzić: zostałem zauroczony tą muzyką.

I jestem do dziś.

Dzisiaj jednak, kiedy emocje już minęły, kiedy nabrałem dystansu – o ile go można nabrać – chciałbym jednak słów kilka powiedzieć w pysznym dla siebie stwierdzeniu: by nie zapomnieć. Ta muzyka musi przetrwać. I mam nadzieję, że tak się stanie. Już wiem, że przynajmniej ja nie dam Wam o niej zapomnieć. Zresztą... ktokolwiek jej choćby raz posłucha, czy będzie mógł? Mam nadzieję, że zdarzy się okazja, według bowiem wszelkich informacji koncert, a przynajmniej jego część będzie wydany na płycie.

Pierwszy listopada 2012 roku to dzień dla mnie dzień wyjątkowy. Tym razem nie za sprawą dorocznego Święta Zmarłych. Jeśli jakaś paralela się nasuwa, to tylko i wyłącznie starutkie już i na dziesiątą stronę wyświechtane: umarł król, niech żyje król. Nie wiem, jaki król umarł. Nie jest to istotne. Istotne, że Wacław Zimpel przedstawił wraz z sześcioma innymi muzykami, muzykę będącą spełnieniem najskrytszych pragnień fana muzyki improwizowanej. Muzykę cudowną, spełnioną. W zasadzie taki koncert winien kończyć dzieło. Po zaprezentowaniu takiej muzyki można już poskładać wszystkie zabawki i powiedzieć: wszystko już zostało powiedziane. Wacław ma jednak dopiero 28 lat i jest na początku swej muzycznej drogi. Aż strach pomyśleć w którą stronę i jak może swoją muzykę rozwinąć. Już teraz jest genialnym muzykiem, który potrafi stworzyć zapierające dech, muzyczne przedstawienie.

Zatem siedmiu muzyków. Sześciu, którzy tworzą zespół Hera XL oraz specjalny gość – Hamid Drake. Legenda. Jednakże, jak mi po koncercie mówił Bartek Adamczak, po koncercie Hery dwa lata temu, to Hamid dołączył do nich i grał z nimi jam. Wyjątkowy utwór trwający półtorej godziny.

Tym razem na pewno nie był to jam. Żadnej przypadkowości. Muzyka, którą Zimpel w Herze XL prezentuje, jest zaprojektowana. Składa się z fascynacji Wacława Zimpla przetworzonych w jeden, spójny projekt. Słychać w tej muzyce praktycznie całą muzykę Świata. Jest miejsce do jakichś aluzji do dawnej, słowiańskiej muzyki ludowej. Jest miejsce na muzykę hinduską, czy afrykańską. To wszystko z perspektywy doświadczeń muzyki współczesnej, jazzu, muzyki improwizowanej. Długie opowieści, z których każda ma wstęp, który praktycznie natychmiast nabiera innego kontekstu, by potem przenieść się w rejony nieskrępowanej improwizacji i by w końcu, jakimś cudem odnaleźć znów swoje źródło. Niekoniecznie to, które zostało podane na początku.

Wstyd się przyznać, ale jedyne znane mi dotychczasowe dźwięki Hery, to ich pierwszy album. Między nim, a czwartkowym koncertem są lata świetlne jednak. Już dodanie dwu instrumentów poszerzyło absolutnie uniwersum Hery. Muzyka rozpisana na nietypowy sekstet, na który składają się saksofony, klarnety, bas, perkusja, gitara i... lira korbowa powoduje, że brak jest jakichkolwiek odniesień. Przynajmniej brzmieniowych. Tak nie brzmi żaden znany mi zespół na świecie. Tak nie brzmi żadna muzyka, jakiej doświadczam od wielu, bardzo wielu już lat.

Nie chcę, by relacja ta była zbyt długa. Każde jej słowo winno zostać zastąpione dźwiękiem z pierwszolistopadowego koncertu. Niemniej jednak nie mogę nie powiedzieć choćby dwu słów o Macieju Cierlińskim. Wiem, bo to słychać od początku do końca: Hera to Wacław Zimpel. To jego projekt, jego muzyka. Poszczególni członkowie sekstetu są realizatorami projekcji Zimpla. Nie mam odniesienia do innych koncertów, do płyt, zatem nie jestem w stanie powiedzieć, co do tego pomysłu wnosi pozostała piątka. Grający na lirze korbowej Maciej Cierliński to jednak po prostu zjawisko. Nie tylko, że nie słyszałem liry korbowej w jazzie, to nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażałem sobie, by taki instrument mógł się pojawić jako pełnoprawny uczestnik improwizowanego zespołu. Nie jedynie element kolorystyczny, ale instrument z krwi i kości, na którym muzyk – w tym przypadku Maciej Cierliński – jest w stanie zagrać nie tylko spójne z całym kontekstem brzmieniowym zespołu dźwięki, ale także stać się równoprawnym improwizatorem. Ba, jego solo w jednym z utworów było bodaj najjaśniejszym fragmentem i tak już świetnego koncertu.

Nic więcej o muzyce nie będę mówił i pisał. Wszyscy jej uczestnicy byli doskonali. I choć o każdym można byłoby pisać jeszcze sporo słów, o tym jak doskonale brzmiały dwie perkusje, jaki potrafiły nadać motor tej muzyce. O tym, że Raphael Rogiński, ze swoją nietuzinkową grą, potrafił dodać z jednej strony obcy tej muzyce ton, z drugiej jednak tak koherentny z całością. Że zarówno saksofony, jak i klarnety nadają tej muzyce odpowiedni atak. Że z takim basistą jak Ksawery Wójciński, to każdy zespół ma prawo być doskonały.... Tylko po co? Napiszę tylko o jednym – cały septet dokonał absolutnie magicznego zatrzymania czasu. Jeszcze wychodząc po nim, nie wiedziałem, czy to wieczór, noc, czy ranek następnego dnia. Wiosna, lato, jesień, zima... Wszelkie elementy, które na nasze poczucie czasu się składają, zaprzestały dla mnie istnieć. Dawno nie byłem czegoś takiego świadkiem.

Koncert miał miejsce 1 listopada 2012 r., Manggha, Kraków, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

piątek, 16 marca 2012

Paolo Angeli & Hamid Drake - Uotha

O tym, że Hamid Drake jest szamanem bębnów wiem od dawna. O tym, że prawdziwym magiem gitary jest Paolo Angeli dowiedziałem się po wysłuchaniu tej płyty. Wielokrotnie też przeglądnąłem opis płyty oraz dostępne o niej informacje, by znaleźć potwierdzenie, że wszystkie nieperkusyjne brzmienia, jakie na niej są zawarte są udziałem gitary. Oprócz gitarowych dźwięków słychać tu bowiem i cymbały i wiolonczelę czy altówkę i...

Preparowana gitara sardyńska. Tak "oficjalnie" nazywa się instrument, który stworzył Angeli. Polcam zresztą odwiedzić jego stronę i przekonać się o możliwościach tego, nietuzinkowego instrumentu w rękach Mistrza.

Doprawdy, po kilkukrotnym już przesłuchaniu tej płyty, w dalszym ciągu mam niekłamany podziw dla możliwości Angeli. Genialny gitarzysta. Aż trudno zaakceptować, że muzykę na tej płycie stworzyło jedynie dwu instrumentalistów, a nadto jest to zapis koncertu. Bez żadnych studyjnych dodatków.

Szczęka w zaskoczeniu gdzieś się tam ledwie lewitując nad podłogą kołysze.

Muzycznie płyta zbliża się do improwizowanego świata, który czerpie swe inspiracje praktycznie z każdej możliwej stylistyki. Bodaj najwięcej tu aluzji do jakiejś bliżej niesprecyzowanej muzyki etnicznej okolic basenu Morza Śródziemnego. Z wpływami arabskimi, afrykańskimi,... Skrzy się i błyska w tylu kolorach, że nie ma to większego znaczenia. Z drugiej strony całość muzycznego kolażu jest tak spójna, że na pewno jest to muzyka Angali i Drake'a. Dwu szamanów, którzy rozszerzają muzyczne horyzonty.

Paolo Angeli & Hamid Drake - Uotha - Nu Bop Records 1 (2005)

czwartek, 15 marca 2012

Peter Brötzmann, William Parker, Hamid Drake - Never Too Late But Always Too Early (Archiwum +)

Trio Brötzmann/Parker/Drake jest jak rzeźnia dla niewiniątek. Jeńców nie bierze. Zabija. Bez przebaczenia. Bez rozgrzeszenia. Chyba, że stan nirwany słuchacz osiągnie wcześniej.

Pomimo niezaprzeczalnego faktu, że współczesny Brötzmann jest o wiele bardziej spokojny, a dla jego sympatyków pewnie nawet liryczny, muzyka prezentowana przez trio, a przede wszystkim dźwięki grane przez saksofonistę należą do jednych z najbardziej energicznych we współczesnym jazzie. Agresywne, pełne growli i nieczystości, wrzasku i to nawet pomimo niewątpliwego faktu, że niektóre pomieszczone tu utwory są zdecydowanie spokojniejsze. Mimo wszystko, w dalszym ciągu Brötzmann jest jednym z najmocniej, najagresywniej grających saksofonistów.

Sympatycy jego twórczości, nie tylko, że będą zachwyceni formą tego niemłodego już przecież muzyka, to jeszcze będą w stanie znajdować linie melodyczne i rozpatrywać ich bogactwo. Zastrzegam to zadanie dla sympatyków, albowiem dźwięki grane przez Brötzmanna odległe są od tego, co zwykliśmy łączyć z melodyką. Niemal pewne jest, że dwa sąsiadujące ze sobą dźwięki nie wpadną łatwo w ucho. Pisk, krzyk, skowyt chyba bardziej pasują do jego technik niż jakikolwiek arsenał słów zwykle opisujących dźwięk instrumentu.

Zresztą ów zgiełkliwy, gwałtowny saksofon jest tym, co pozostaje najmocniej w pamięci. Pomimo tego, że pierwszą płytę kończy niemal folkowy, grany na klarnecie "The Heart & The Bones", pomimo początkowych fragmentów drugiej płyty to, co najbardziej pozostaje w pamięci, to po prostu ostre granie. Nie ma zmiłuj się. Ostre, ale doskonałe granie.

Niemniej jednak, Brötzmann lat obecnych, to już nie ten sam muzyk, który wbił się w pamięć "Machine Gun", czy nagraną w takim samym składzie instrumentalnym "For Adolphe (Sax)". Pomimo tego, że o Brötzmannie zawsze mówiło się, że w jego twórczości, w przeciwieństwie do innych, wielkich twórców początków sceny free w Europie, jako choćby Evana Parkera, znajduje się miejsce na klasyczne rozłożenia akcentów na temat i jego rozwinięcie, to - według mnie - owe elementy strukturyzujące jego muzykę usłyszeć można dopiero właśnie w twórczości od lat 90 ubiegłego wieku począwszy. Tu jest dopiero miejsce na to, by pojawiały się wyraźne, choć wolne, struktury utworów. Nie ukrywam - dla mnie tego typu free jazz jest najciekawszą formą muzyczną, jaka do tej pory została wymyślona. Jest muzycznym absolutem.

Niesamowita jest też sekcja rytmiczna, która przez lata współpracy wyrobiła sobie nie tylko własne, w sumie dość łatwo rozpoznawalne oblicze, to jeszcze mimo przyjętej konwencji nie ograniczająca się tylko do stanowienia tła dla popisów saksofonu, tarogato i klarnetu. Czujna, potrafiąca być równie agresywna jak Brötzmann, potrafiąca zagrać niemal folkowo jest jedną z najjaśniej świecących gwiazd pośród współczesnych sekcji free.

Dla sympatyków bezkompromisowego free będzie to doskonały nabytek. Pozostali i tak obchodzą te nazwiska z daleka. A ja nie namawiam. Trzeba doprawdy dużo uwagi poświęcić, by oddawać się przyjemności słuchania takich płyt. Jeśli jednak się to uczyni, do uszu dociera nie muzyka, ale słowa prawdy, absolut.

Peter Brötzmann, William Parker, Hamid Drake - Never Too Late But Always Too Early - Eremite MTE 37/38 (2003)

poniedziałek, 12 marca 2012

Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle (Archiwum +)

Kiedyś już napisałem, że zastanawiam się nad przeniesieniem swoich tekstów z diapazon.pl na te łamy. Koniec z zastanawianiem się. Rozpoczynam przenosiny. Od czasu do czasu będą się tu pojawiać teksty, często, jak poniższy znacznie zmienione, niemniej jednak teksty, które swą premierę miały w tamtym portalu. Pewnie też nie wszystkie. Zaczynamy od bardzo ważnego dla mnie muzyka.
Teksty, które w sposób mniej lub bardziej dosłowny zostaną przeniesione, oznaczane będą jako (Archiwum). Te, które zostaną w mniejszym, lub większym (nie ukrywam, niekiedy w znaczącym) stopniu zmienione jako (Archiwum +).


Do Petera Brötzmanna przylgnęła etykietka najgłośniejszego saksofonisty świata. Faktem jest, że muzyka jaką proponował on od ok. 40 lat jest gwałtowna, bezkompromisowa, niesamowicie impulsywna i ekspresyjna.

Sam Brötzmann, może i bezwiednie stał się pewnie jednym z prekursorów free improvu, który tu i ówdzie uważany jest "dopiero za prawdziwą muzykę":-). Niemniej jednak, oprócz pewnej ekspresyjności wypowiedzi, pomiędzy free Brötzmanna a wolną improwizacją jest przepaść, głębsza niż Rów Mariański. Oczywiście Brötzmann był, jest i po wsze czasy zostanie już ojcem europejskiego free jazzu. Wpisał się w historię.

Kiedy dziesięć lat temu zapoznawałem się z tą płytą po raz pierwszy, przyznam, że "z pewną taką nieśmiałością" podchodziłem do koncertów Tria z Empty Bottle. Lubiąc bowiem zakorzeniony mocno w bluesie amerykański idiom free jazzu Ornette Colemana, wciąż nie bardzo przekonany byłem do twórczości europejskich muzyków free. Free, a nie free jazzu. I o ile kilku spośód nich wielbiłem, to nie mógłbym powiedzieć, że europejskie free było tym, co taki królik jak ja lubił najbardziej. To mnie nie była moja marchewka. Bądź co bądź pewnie i do dzisiaj nie jest, choć akurat Brötzmann z perspektywy czasu jawi się na tym talerzu, jako nie tyle deser, co najwykwintniejsze danie główne.

Jedynie dwa utwory: w tym jeden trwający ponad 40 minut, a drugi jedynie o połowę krótszy - wszystko to wróżyło, że ponownie do czynienia będziemy mieli z "Machine Gun", który bezlitośnie obnaży wszystkie zalety solowego i grupowego grania free, graniczącego bardziej właśnie z free improv nawet, a nie z free jazzem. W zasadzie do posłuchania płyty zmusił mnie snobizm płytomana - cóż to bowiem może Okka wypuszczać w limitowanych seriach?

Zanim jeszcze o muzyce - płytka w istocie wygląda na taką, która wypuszczona jest w małej serii; wygląda tak jakby sami muzycy, jak najniższymi kosztami chcieli wydać ten materiał. Z dzisiejszej perspektywy, narzekanie na szatę edytorska, czy cokolwiek innego nie ma znaczenia. 800 sztuk, jakie zostały wytłoczone, dawno już temu są wyprzedane. Pozostał jedynie drugi obieg.
Szata - szatą, może się podobać lub nie, natomiast brzmieniowo płyta nawet po latach jest bez zarzutów,

Skoro już przy dźwiękach. Miód na moje sterane uszy. Brötzmann zaprezentował muzykę w trio wraz z jedną z najciekawszych sekcji rytmicznych ostatnich lat: Hamid Drake i Kent Kessler - współpracujących na stałe m.in. z Kenem Vandermarkiem, nota bene zapatrzonym w muzykę Brötzmanna. Ciągłe poszukiwanie nowości winno teraz przejawić się zdaniem typu: w zasadzie zaproponowana muzyka niczego nowego nie wnosi do koncepcji tria jazzowego. No właśnie, tyle że to mistrzostwo świata.

Oba utwory nie należą do przejawów jazzowej liryki, niemniej jednak pojawiają się wysublimowane dźwięki, harmonie, choć przecież i tu zdarzają się chwile niczym nie skrępowanej ekspresji. To też bodaj pierwsza płyta saksofonisty, na której zauważyłem elementy strukturyzujące, porządkujące tę muzykę. Nie jest to już free dla free, bo free i tak bez końca przez wszystkie odmiany. Tu free jest wyrazem, środkiem, a nie celem. Środkiem podporządkowanym całej trójce muzyków.

Na słowa uznania zasługuje gra Drake'a, któremu w sposób jak najbardziej naturalny udaje się podkładać ciekawe rytmy, pod linearne improwizacje Brötzmanna. Muzyka nie jest impulsywna. Brötzmann nie usiłuje nikogo zabić saksofonem, co zdarzało mu się na płytach z przełomu lat 60 i 70 ubiegłego wieku. Trio przedstawia ucztę na trzech równoprawnych muzyków, sięgających może wyżyn swoich umiejętności. Słuchając tej muzyki ma się wrażenie obcowania ze Sztuką. To doświadczenie pojawia się niezmiernie rzadko, od czasu, gdy pojawiła się rzesza doskonale wyuczonych odgrywaczy muzyki.

Posłuchajcie Brötzmanna - będziecie wiedzieć czym różni się muzyczny absolut od popłuczyn. Posłuchajcie, a usłyszycie czym różni się Sztuka od poprawnego grania.

Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle - Okka Disk ODL10005 (1999)

wtorek, 31 stycznia 2012

The Cool Runnings Orchestra - Tribute to Marley

Połączenie jazzu i reggae - jeśli pamięć mnie nie myli - udało się raz. Niejakiemu Hamidowi Drake'owi w projekcie Reggaeology. W międzynarodowym przedsięwzięciu The Cool Runnings Orchestra, Drake spróbował ponownie sięgnąć po reggae. W sumie nic dziwnego, bowiem zanim został ogólnie znanym i uznanym jazzowym perkusistą, bębnił dla wielu znanych postaci muzyki reggae. Obok niego w Orkiestrze grają jeszcze Francuzi, Niemcy i Węgrzy. Tym razem jednak, zamiast kompozycji oryginalnych, pojawiają się znane utwory z repertuaru Boba Marleya; wszak tytuł wydawnictwa odwołuje się do niego wprost. Bardzo znane nawet. "Is this love", "No woman no cry", "Redemption song" by przywołać tylko przykłady. Wszystko podane w fusionowym sosie. Z partiami improwizowanych solówek, bo tak to chyba nazwać trzeba. Gęsto od dźwięków. Pewnie nawet i pomysłów na tę muzykę było wiele. Pewnie nawet wszystkie, albo przynajmniej większość założeń zostało zrealizowanych.

I tym razem powiem: niestety. Koncept album, jednorodny w swej stylistyce, w brzmieniu niestety nie przekonuje. Przynajmniej mnie. Świetne i nośne w swych pierwowzorach standardy Marleya zostały odarte z owej lekkości, którą miały. Co gorsze jednak, z owego olbrzymiego emocjonalnego ładunku, który w nich tkwił. Kompozycje są jedynie pretekstem do przedstawienia gęstego, jazzrockowego brzmienia. I tyle. Gdzieś zginął cały przekaz muzyki Marleya, jego siła i moc. Zamiast tego pojawiło się dziewięć utworów, które mogą być, może ktoś się z nimi zapozna, ale mogłoby ich spokojnie nie być. I to nie jest kwestia "wnoszenia" czegokolwiek gdziekolwiek. Po prostu pomimo spójności stylistycznej, brak tym utworom czegoś, co by do nich przekonywało, przyciągało uwagę na dłużej. Zwyczajnie nużą. Jest co najmniej kilka zespołów grających reggae, czerpiących z jazzowych dokonań i wychodzi im to zdecydowanie lepiej. Bardziej przekonująco. Na tej płycie The Cool Runnings Orchestra gra swoją muzykę. Utwory Marleya, to tylko pretekst do zaprezentowania ich muzyki. Mam wrażenie, że w tej konfrontacji męczą się zarówno muzycy, jak i same piosenki wielkiego barda reggae.

The Cool Runnings Orchestra - Tribute to Marley (2011), BMC CD 192

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Fred Anderson - Timeless (2006)

Dane mi było - i do tej pory pozostaje w pamięci niespotykanym doznaniem - posłuchać Freda Andersona na żywo. W Warszawie, na Pradze, w Fabryce... Wspaniały koncert. Wyobrażam sobie zatem, że gdy Andersonowi chciało się zagrać przed chicagowską publicznością było to dla niej równie doskonałe doznanie. Za każdym razem.

Fred Anderson, to taka postać, która łączyła czas. Gdzieś zawieszony między swingowym, a jakże Benem Websterem, a współczesnymi saksofonistami free. Grał jazz. I zawsze to był JAZZ wielkimi literami. Jest w tej muzyce coś absolutnie niesamowitego. Niezależnie od tego jak freewolna będzie sekcja rytmiczna, jego gra na saksofonie tenorowym stanowi jakiś naturalny pomost pomiędzy tym co było, a tym co jest. I będzie. Można kombinować przeróżne dźwięki. Można myśleć, że im bardziej jest się wolnym, tym bardziej prawdziwym. Fred Anderson, ze swoim bardzo w tradycji osadzonym soundem tenoru, z melodyką, w której i blue note wysłuchać bez trudu można wkraczal w sferę, czy stratosferę muzyki tak swobodnej, że wielu owym freezmysłom długo jeszcze będzie niedostępne.

"Timeless" to ot taki sobie koncert. Rejestracja z klubu, w którym sędziwy Pan ze swoimi o połowę młodszymi kompanami wychodzi na scenę i po prostu gra. I w każdym dźwięku jest zawarta jakaś prawda. Piekielnie swingująca prawda, z daleka od swingowych konwenansów jakiejś przedwojennej tancbudy. Potężne brzmienie tenoru, niesamowita sekcja, która dzięki Drake'owi ma jakiś afrykańsko-ludyczny charakter. Mocno do przodu. Ręczę, że nawet za sto lat - jeśli ten Globus tego dotrwa - muzyki tej będzie się słuchało z równym, może jeszcze większym zainteresowaniem, co obecnie. Chyba, że zjedzą nas plastiki produkowane przez celebrytów. Mam nadzieję, że to nie nastąpi i w końcu dojdzie ktoś do wniosku, że potrzebne jest nieco więcej niż kultura chamstwa. Wówczas - jak znalazł - są dźwięki zagrane przez Freda Andersona, Harrisona Bankdeada i Hamida Drake'a. Niosą najprawdziwszą prawdę o artyźmie jazzu. Dają i dbają o emocje. O duszę. Przecież cokolwiek by nie powiedzieć, ta muzyka - jazz - jest muzyką, która z duszy się rodzi. Może nie być - i częstokroć nie jest - skomplikowana niczym pajęczyna. Może nie być tak precyzyjna i oby nie była jak haiku. Miast tego niech się toczy i niech trafia. Trafiony - zatopiony. Jeśli do kogoś dotrą takie dźwięki już nigdzie indziej, żadnych innych nie będzie szukał. A jeśłi nawet to powróci.

Cóż, pamiętajmy, takiego muzyka jakim był Fred Anderson. Pamiętajmy, że taką - jak na Timeless - muzyką dawał nam wszystko czym jazz jest. Dawał jego esencję. Setki barw tworzone w minimalistycznym składzie. Setki wrażeń oparte jedynie na trzech instrumentach. Cudne, głębokie granie. Jeśłi, słuchając tej muzyki, nie poczujecie jej gdzieś głęboko w sobie, to pora zmienić swe przyzwyczajenia. Jazz wówczas nie jest dla Was. Dla mnie, jakiś jeszcze czas, będzie. Oby jak najdłużej.

Fred Anderson - Timeless (Delmark 568 (2006)

sobota, 24 kwietnia 2010

Brötzmann über alles! Peter Brötzmann/William Parker/Hamid Drake - Never Too Late But Always Too Early i kilka słów.

Od lat słucham pana, do którego niegdyś podchodziłem jak pies do jeża. Ostrożnie? Cóż, chyba nawet to zbyt mało powiedziane. Wręcz nie słuchałem jego muzyki. Ot, może gdyby zagrał jakieś balladowe rzeczy...? Od tego czasu zmieniły się moje preferencje. Nie to, żebym do ballad miał jakiś zły stosunek. Wszak, jak kiedyś powiedział pewnien muzyk, sztuką, prawdziwą sztuką jazzu jest zagrać balladę jazzową. Oczywiście w sposób, który nie spowoduje ziewania na twarzach słuchaczy. I kilku się to udaje.

Ok, nie o tym jednak.

Kilka lat temu wpadła w moje ręce płyta, która jest po prostu mekką dla wszystkich piewców free jazzu. Never Too Late, But Always Too Early. Dwupłytowy album Eremite MTE 037.38), któremu niegdyś już poświęciłem kilka słów. Było to jednak w roku 2005. Od tej płyty oderwać się nie można. Nie pora i nie miejsce, by tworzyć nową recenzję już raz zrecenzowanej płyty. Ot, po prostu przypomniało mi się przy okazji jej słuchania, że kiedyś miałem zamiar napisać o Kaiserze kilka słów. Kilka słów więcej.

Sam zainteresowany pewnie o tym nie wie zupełnie, jednakże postrzegam go jako muzyka, który nie tylko przeżywa swoją drugą młodość (by użyć twywializmu). Przede wszystkim uważam tego, w podeszłym - cokolwiek by nie powiedzieć - wieku już Pana za obecnie najważniejszą postać muzyki improwizowanej. Peter Brotzmann jest wielki. Jeśli tego jeszcze nie wiesz, to znaczy, że jeszcze go nie znasz. Nie słyszałeś na żywo. Nie przeszły Cię i nie przeszyły dźwięki jego, głównie, saksofonów, choć i klarnet i egzotyczne tarogato również przeszywają na wskroś.

Kiedyś, ktoś z kim miałem niebywałą przyjemność rozmawiania, ktoś kto absolutnie zmienił mi słuchanie muzyki, postrzeganie jej, ktoś komu jestem winny moją obecną świadomość muzyczną, niejaki Daniel Carter (czapki z głów!), powiedział, że nie jest ważne co grasz, ale by muzyka ta wychodziła wprost z Ciebie. By stawała się częścią Twego życia, Twego istnienia. Nie jest istotne nawet, czy zagrasz czysto, czy nie. Ważne, by z każdego dźwięku płynęła prawda o Tobie. Otóż, ilekroć mam przyjemność obcowania (bo słuchania, to zbyt mało powiedziane) muzyki Petera B., tylekroć wiem, że gra on tak, jakby za każdą zagraną frazą świat miał się skończyć i jedyne co po nim pozostanie, to te rozwichrzone ostatnie dźwięki. Kompletnie niesamowity gość. W jego muzyce jest wszystko co przez te ostatnie z górą sto lat stworzyło jazz. Jest też kilka dźwięków ponad to. Jest w tej muzyce cały nasz świat. Tak, jak to kiedyś powiedziano o wspomnianym już Danielu Carterze - ten muzyk w sposób najdoskonalszy przekazuje nam swoją muzyką współczesny świat. Nie umniejszając niczego Danielowi, bo facet po prostu genialny jest, ów krzyk współczesności jest też domeną Brotzmanna.

Nie sądzę, by moją rolą było namawianie kogokolwiek do wsłuchania się w dźwięki jego muzyki. Niemniej jednak - niosąc kaganek (a co ;) ) - gorąco polecam. Cóż jednak mógłbym polecać na początek, jeśli nie tę właśnie płytę? Ostre jak brzytwa dźwięki, niesamowity background sekcji, niemal ostinatowej w niektórych momentach. Z lekka zmrużona balladowa nuta ostrego saksofonu. I ten... przytłaczający ze wszechmiar dźwięk, który Cię otacza. To jak przeżywanie katharsis, wciąż i wciąż. Ta muzyka Cię wyzwoli.

W istocie.

A następnym razem, już odkryję przed Wami coś innego.

Peter Brötzmann/William Parker/Hamid Drake - Never Too Late But Always Too Early, Eremite 37/38, 2003