Nowa płyta Michaela Blake'a ma ładną okładkę. Wiem, to rzecz gustu. Mnie się podoba. Nowa płyta Blake'a wydana została dla Knitting Factory - to też nowa rzecz, bowiem poprzednie wydawała niemiecka Intuition. Nowa płyta Blake'a nagrana jest jedynie w kwartecie - to również nowość, bowiem poprzednie realizacje zaaranżowane były na znacznie większe składy.
Być może było to uwielbienie większych zespołów wyniesione jeszcze z czasów Lounge Lizards. Nowa płyta Blake'a niesie nie tylko mniejszy skład, ale również nowych, choć nie znaczy, że nieznanych (z jednym małym wyjątkiem) muzyków: za fortepianem zasiada Frank Kimbrough, zaś bas to domena Bena Allisona - duet to znany i wielokrotnie współpracujący ze sobą w licznych projektach. Tym nieznanym (przynamniej dla mnie) muzykiem jest perkusista Mike Mazor. Tym razem zatem gra kwartet, choć Blake nie dał za wygraną i niektóre utwory zostały nagrane w kwintecie z Blake'iem grającym na dwu saksofonach. Płyta odczekała w pieleszach "Wytwórni Robótek Ręcznych" dwa lata zanim się ukazała, bo nagranie pochodzi jeszcze z roku 2000.
Jaka jest muzyka? Można powiedzieć przejrzysta. Spokojna. Miejscami nawet... taneczna, wszak "Addis Ababa" to tango, a groove'u nie można odmówić kilku innym utworom. Kimborough, choć w Polsce jak sądzę niedoceniany, jest wyśmienitym pianistą, potrafiącym zapewnić muzyce gęsty, choć na pewno bez żadnych ekstrawagancji i przestrzenny akompaniament. Allison - jak Allison. Jego gra nie zmienia się jak kameleon, rytmiczna, a zarazem melodyczna. Niezłe wrażenie robi też Mazor, potrafiący zmieniać swą stylistykę w zależności od potrzeb kompozycji.
Po którymś przesłuchaniu "Elevated" mam wrażenie, że - choć o wiele bardziej osadzona w jazzie środka - płyta jest jakby kontynuacją fake jazzu Lounge Lizards. Miejscami pojawia się podobny dystans, ironia, jakby Blake, grając nomen omen mainstram, mrużył do nas oko, mówiąc, a co... nie wolno?!
Michael Blake - Elevated, Knitting Factory KFW 304, 2002; recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl 20.07.2002 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Kimbrough. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Kimbrough. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 kwietnia 2015
czwartek, 8 listopada 2012
Ben Allison - Peace Pipe (diapazon.pl)
Nazwisko basisty Bena Allisona zapewne niewiele mówi polskim jazzfanom. Jeśli jest tak w istocie, pora chyba najwyższa przybliżyć jego muzykę. Na pewno warto. "Peace Pipe" to trzeci album, jaki wydał dla Palmetto (jest też już nowszy - "Buzz", który może będzie tematem innej "opowieści").
Zespół (czy też zespoły, albowiem pomimo wspólnej nazwy Medicine Wheel, składy bywają różne) odróżnia od pozostałych nagrań udział Mamadou Diabate, grającego na afrykańskim instrumencie strunowym nazywającym się kora. To również chyba przykład, w jak dużym stopniu, nagranie może ulec zmianie skutkiem użycia choćby jednego "niezwykłego" instrumentu.
W porównaniu z innymi płytami, dużo więcej tu folkujących (w znaczeniu World Music) odniesień, które wprowadza nie tylko Diabate, ale w zasadzie wszyscy muzycy. Doskonale brzmi Frank Kimbrough, grający nie tylko na fortepianie, ale preparujący ten instrument, oraz używający Wurlitzera, niemal zapomnianych organów stworzonych dla tapperów. W muzyce pojawiają się tematy sugerujące pewne pokrewieństwo z muzyką arabską, afrykańską, grecką, reggae... W porównaniu do innych nagrań Allisona, muzyka zyskała na pewnego rodzaju śpiewności. Nie są to piosenki w popowym rozumieniu tego słowa, jednak chyba dość łatwo sobie byłoby wyobrazić, że przynajmniej niektóre z zawartych na płycie utworów stanowić mogą kanwę jakichś rytualnych zaśpiewów. I pomimo, że "Peace Pipe" jest bodaj najmniej jazzową spośród płyt Allisona, to trudno nie zwrócić uwagi, na oparte niekiedy w tradycji tej muzyki czy to kompozycje, czy nawiązujący do niej sposób prowadzenia improwizacji przez Blake'a, czy Kimbrougha. Z drugiej strony dość łatwo chyba wyobrazić sobie, że w istocie zespół Allisona wciela w życie myśl przyświęcającą Jazz Composers Collective - kreacji nowej muzyki (jazzowej), a także tworzenia czy też wychowywania publiczości jazzowej.
Nie wątpię, że takie płyty jak "Peace Pipe" mogą temu służyć. Z jednej strony jest to bodaj najłatwiejsza w odbiorze płyta Allisona, z drugiej mająca wszystkie cechy dobrego jazzu. Jeśli zatem raz jeszcze ktoś spyta mnie o "jazz na początek", to bez wahania będę odpowiadał "Peace Pipe", choć i dla wytrawnego słuchacza znajdzie się tu wiele ciekawych zdarzeń. Jeśli zaś tylko ja nie jestem odporny na urok tej muzyki, to ów "wytrawny wyjadacz" przynajmniej odpocząć będzie mógł przez chwilę, przy kilku doprawdy dobrze zagranych kompozycjach.
Ben Allison - Peace Pipe, Palmetto 2086, 2002, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 18.09.2004 r.
Zespół (czy też zespoły, albowiem pomimo wspólnej nazwy Medicine Wheel, składy bywają różne) odróżnia od pozostałych nagrań udział Mamadou Diabate, grającego na afrykańskim instrumencie strunowym nazywającym się kora. To również chyba przykład, w jak dużym stopniu, nagranie może ulec zmianie skutkiem użycia choćby jednego "niezwykłego" instrumentu.
W porównaniu z innymi płytami, dużo więcej tu folkujących (w znaczeniu World Music) odniesień, które wprowadza nie tylko Diabate, ale w zasadzie wszyscy muzycy. Doskonale brzmi Frank Kimbrough, grający nie tylko na fortepianie, ale preparujący ten instrument, oraz używający Wurlitzera, niemal zapomnianych organów stworzonych dla tapperów. W muzyce pojawiają się tematy sugerujące pewne pokrewieństwo z muzyką arabską, afrykańską, grecką, reggae... W porównaniu do innych nagrań Allisona, muzyka zyskała na pewnego rodzaju śpiewności. Nie są to piosenki w popowym rozumieniu tego słowa, jednak chyba dość łatwo sobie byłoby wyobrazić, że przynajmniej niektóre z zawartych na płycie utworów stanowić mogą kanwę jakichś rytualnych zaśpiewów. I pomimo, że "Peace Pipe" jest bodaj najmniej jazzową spośród płyt Allisona, to trudno nie zwrócić uwagi, na oparte niekiedy w tradycji tej muzyki czy to kompozycje, czy nawiązujący do niej sposób prowadzenia improwizacji przez Blake'a, czy Kimbrougha. Z drugiej strony dość łatwo chyba wyobrazić sobie, że w istocie zespół Allisona wciela w życie myśl przyświęcającą Jazz Composers Collective - kreacji nowej muzyki (jazzowej), a także tworzenia czy też wychowywania publiczości jazzowej.
Nie wątpię, że takie płyty jak "Peace Pipe" mogą temu służyć. Z jednej strony jest to bodaj najłatwiejsza w odbiorze płyta Allisona, z drugiej mająca wszystkie cechy dobrego jazzu. Jeśli zatem raz jeszcze ktoś spyta mnie o "jazz na początek", to bez wahania będę odpowiadał "Peace Pipe", choć i dla wytrawnego słuchacza znajdzie się tu wiele ciekawych zdarzeń. Jeśli zaś tylko ja nie jestem odporny na urok tej muzyki, to ów "wytrawny wyjadacz" przynajmniej odpocząć będzie mógł przez chwilę, przy kilku doprawdy dobrze zagranych kompozycjach.
Ben Allison - Peace Pipe, Palmetto 2086, 2002, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 18.09.2004 r.
niedziela, 11 marca 2012
Ron Horton - Subtextures
Ron Horton pojawił mi się gdzieś w nagraniach OmniTone. Wydawał się ciekawy. Subtextures to bodaj druga płyta firmowana jego nazwiskiem. Poprawny jazz środka. Aż do bólu poprawny. Melancholijne brzmienia flugelhornu i... świetna sekcja rytmiczna. W zasadzie płytę można i należałoby pominąć milczeniem, gdyby nie gra sekcji, a szczególnie Matta Wilsona. Jest świetny. Gorzej, że Horton wydaje się niezbyt pretendowany do roli leadera i głównego kompozytora płyty. Większość nagrań to jego kompozycje, oprócz nich jeszcze jedna pianisty, Franka Kimbrougha, jedno Andrew Hilla i dwa utwory klasyczne, Chopina i Messiaena. Słucham tej płyty już któryś raz, próbując się doszukać czegoś istotnego. Czegoś, co spowodowałoby, że mam ochotę do niej wracać. I niestety - oprócz Wilsona, a poniekąd i Allisona - niczego nie znajduję.
Szkoda, bo podróż z Hortonem - niegdyś - zapowiadała się ciekawie.
Subtextures niestety nie bardzo jestem w stanie polecić. Osiem utworów bez wyrazu, za to ze wspaniałą sekcją rytmiczną. To trochę za mało, by przebić się nawet na polu straight ahead jazzu. Sączące się utwory, o dość jednorodnym wymiarze po prostu nie pozostawiają po sobie niczego w pamięci (za wyjątkiem Wilsona).
Być może jednak, ktoś, kto słucha wyłącznie jazzu środka, znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Mi nie pomaga nawet tytułowa deklaracja w nazwie wytwórni. Talent w istocie jest, jednak lepiej, by go Horton nie zakopywał.
Ron Horton - Subtextures - Fresh Sound New Talent FSNT 175 (2003)
Szkoda, bo podróż z Hortonem - niegdyś - zapowiadała się ciekawie.
Subtextures niestety nie bardzo jestem w stanie polecić. Osiem utworów bez wyrazu, za to ze wspaniałą sekcją rytmiczną. To trochę za mało, by przebić się nawet na polu straight ahead jazzu. Sączące się utwory, o dość jednorodnym wymiarze po prostu nie pozostawiają po sobie niczego w pamięci (za wyjątkiem Wilsona).
Być może jednak, ktoś, kto słucha wyłącznie jazzu środka, znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Mi nie pomaga nawet tytułowa deklaracja w nazwie wytwórni. Talent w istocie jest, jednak lepiej, by go Horton nie zakopywał.
Ron Horton - Subtextures - Fresh Sound New Talent FSNT 175 (2003)
Etykiety:
Ben Allison,
Frank Kimbrough,
Matt Wilson,
Ron Horton
Subskrybuj:
Posty (Atom)