Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobby Previte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobby Previte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 listopada 2012

Jane Ira Bloom - The Nearness (diapazon.pl)

Jane Ira Bloom nagrała dla Arabesque Records dwie doskonałe płyty: w roku 1992 - "Art. & Aviation" i w cztery lata później "The Nearness". Piszę dwie, albowiem o trzeciej, najnowszej nagranej w kwartecie z m.in. Fredem Herschem w chwili, gdy piszę, jeszcze nie znam.

Tzn. zbyt mało tej płyty słuchałem by móc ją ocenić. Z pobieżnego przesłuchania wolę te dwie, o których wspominam. Nie jest tych płyt Bloom dostępnych wiele: trzy dla Arabesque i jedna dla Enji. Pozostałe, które ukazały się np. w amerykańskim Kochu, są pomimo przedstawicielstwa tej wytwórni w Polsce trudno dostępne. Dla osób lubiących taką letargiczną stylistykę, delikatne brzmienia, ciekawe aranże, propozycje Pani Bloom są nie do przegapienia.

Na omawianej płycie Ira Bloom gra jedynie na saksofonie sopranowym (na Art. & Aviation operowała różnego rodzaju "elektroniką"). Bardzo długo zastanawiałem się, czy chcę mieć tę płytę. Po bardziej drapieżnej płycie z roku 1992, utwory zawarte na tym wydawnictwie były dla mnie nazbyt spokojne, zbyt łagodne w swej formie. Wprawdzie grają tu znani lirycy jazzowego grania: Kenny Wheeler na flugelhornie i trąbce, Fred Hersch na fortepianie i łagodnie ostatnimi czasy grający Julian Priester na puzonie i puzonie basowym. Ale przecież i Wheeler i Priester grali też na płycie z roku 1992, a ówczesny pianista - Kenny Werner też do drapieżnych pianistów nie należy, grając zwykle delikatnie. Składu dopełniają Rufus Reid i Bobby Previte. I choć zespół jest sekstetem, to jedynie cztery spośród jedenastu utworów zagrane są w pełnym składzie. Najmniejszy, to duet Bloom z Wheelerem.

Po przekonaniu się do klimatu tej płyty, zaakceptowałem ją. Same utwory są mniej więcej w połowie autorstwa saksofonistki, z tym, że bardzo często znane kompozycje mają zmienione nieco tytuły lub łączone są z innymi utworami (np. Nearly Summertime, Midnight Round/'Round Midnight itp.). W istocie są one bardzo liryczne, piękne, rewelacyjnie zinstrumentalizowane. Bloom gra na saksofonie sopranowym brzmieniem bardzo ciepłym, jakby nieco klarnetowym. Jej improwizacje są zwykle, dla kogoś kto ją przynajmniej raz usłyszał łatwo rozpoznawalne. Niespieszne długie łuki, którymi otacza temat, by przejął go inny instrument - tu najczęściej trąbka Wheelera. Dialog tych dwojga artystów jest czymś jak z bajki o dobrych duchach. To chyba ich druga wspólna płyta, a słucha się przeplatających się improwizacji jakby grali ze sobą od wielu, wielu lat. Tam gdzie pojawia się puzon dodatkowo ciekawie rozwija się linia basowa tworzona przez Reida i Priestera. Swoim lirycznym, niespiesznym charakterem, płyta koi zgiełk po każdym dniu przeżytym na zbyt dużych obrotach. Nawet te utwory, które wprowadzają nieco więcej nerwu, jak np. Panosonic, nie powodują niepokoju, czy nawet szybszego bicia serca. W dalszym ciągu to sedno liryki, tyle że zagrane nieco szybciej. Ba, nawet tam, gdzie pojawiają się elementy zwykle postrzegane jako zgiełkliwe - przedęcia, czy nawet dysonanse dwu lub trzech dęciaków, traktuje się je jak element owej lirycznej całości.

Przedziwnie Bloom podchodzi do standardów - są one w zasadzie grane w sposób nie odbiegający od oryginału. W zasadzie, bo po chwili okazuje się, że owa zasada sprowadza się jedynie do linii melodycznej. Warstwa harmoniczna i rytmiczna ulegają daleko idącej zmianie ('Round Midnight). Autorskie utwory Bloom są zwykle doskonale wpisanymi w spokój płyty kompozycjami o długich i skomplikowanych z jednej strony, ale też łatwych w odbiorze liniach melodycznych.

Osobiście wyróżniam doskonałe wersje Summertime oraz 'Round Midnight. Ponadto bardziej dynamiczny, i pomimo niecałych 6 minut trwania wiecznie zmieniający się, autorski It's A Corrugated World (z doskonałym solem Bloom) oraz też autorstwa liderki dwa najbardziej ekspresyjne na całej płycie B6 Bop (ze świetnym solem Wheelera, niemalże klarnetowym solem Bloom i posępnym Priestera; oddać należy też sprawiedliwość Reidowi, który ma tutaj też chwilę dla siebie) i The All-Diesel Kitchen Of Tomorrow (gdzie zwraca doskonała aranżacja i rewelacyjne sola: liderki i Wheelera toczące się w nieustannym dialogu z riffowo grającym puzonem Priestera). Szkoda jedynie, że to nieco zaledwie ponad 4 minuty. Można było pomyśleć nad rozwinięciem tematu.

I jeszcze jedno, jak każda produkcja Arabesque, także omawiana płyta jest doskonale zrealizowane od strony dźwiękowej. Wspaniałe soczyste brzmienia instrumentów, doskonale rozplanowana przestrzeń. Jak powiedziałem - płyta doskonale sprawdzająca się po nerwowym dniu, mogąca stanowić niezobowiązujący podkład gdy przyjdą goście, jak również dostarczająca wielu niemalże kontemplacyjnych wzruszeń.

Jane Ira Bloom - The Nearness, Arabesque AJ0120, 1996, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 20.01.2008 r.

czwartek, 29 listopada 2012

Groundtruther - Latitude (diapazon.pl)

Jak mi się wydaje, Thirsty Ear spod znaku Blue Series - nie licząc spodziewanych nagrań Mata Maneriego czy Williama Parkera - skoncentrowało się na produkcji płyt z muzyką, którą generalnie określić można by było jako "nowe brzmienia". Jeśli zatem improwizacja, czy generalnie jazz, to pojawia się on w otoczeniu elektroniki i preparowanych brzmień. Szef Serii, zresztą nie kryje, że dla niego (choć tego ostatniego nie dopowiada), to taka muzyka, czy wręcz hiphop jest obecnym jazzem.

Pozostawiając bez komentarza, jedynie zauważyć mogę, że kolejna produkcja Blue Series doskonale wpisuje się w ten klimat. Bobby Previte to niepokorna dusza m.in. jazzowej perkusji. Od jakiegoś czasu dostrzegałem, że koncertuje wspólnie z niezwykłym gitarzystą Charlie Hunterem. Niezwykłym przede wszystkim przez swój instrument - 8-strunową gitarę, na której zwykle gra zarówno linię melodyczną, jak i basu. Zwykle też w jego muzyce brakowało mi odrębności pomiędzy basem a gitarą, podkład basowy, często był nazbyt szablonowy, co prawdopodobnie wynikało z ograniczeń samej techniki gry. Duet ten pojawiał się albo właśnie w takim składzie, albo z udziałem innych muzyków - najczęściej DJ Logika.

Tymczasem na "Latitude" muzyków, którzy w międzyczasie zmienili się z duetu Previte-Hunter na Groundtruther, wspomaga Greg Osby (dopiero druga z trzech mających być wydanymi płyta będzie z DJ Logikiem, o trzeciej nie mam jeszcze informacji). Udział Osby'ego, choć przez wiele lat wiążącego się z nową muzyką (już choćby w projektach m-base'u) jest dla mnie sporym zaskoczeniem, albowiem (nie licząc dwu rapowych płyt) od przejścia do wytwórni Blue Note muzyk ten poświęcił się muzyce bliższej środka jazzu. I w sumie robi to wielce udanie. Od czasu do czasu jednak towarzyszy różnym "nowszym" brzmieniowo projektom (choćby na płycie Jacka Kochana "One Eyed Horse"). Tym niemniej jednak, to co najbardziej mnie zdziwiło, nawet w stosunku do znanych mi projektów koncertowych duetu, to odstąpienie przez Huntera od jego zwykłego sposobu gry na gitarze. Praktycznie w całym zarejestrowanym materiale, próżno szukać jednoczesnej gry linii basowych i melodycznych. Bas, jeśli się pojawia, to najczęściej jest syntetyczny. Również w przeciwieństwie do dotychczasowego sposobu gry Huntera, wiele w jego grze pojawiło się "powietrza", dźwięki są leniwe, budują raczej harmoniczne lub pozbawione takich konotacji, wstawki, niż przedstawiają melodię poszczególnych utworów.

Mnóstwo w muzyce z tej płyty jest preparowanych dźwięków. Nawet perkusja, grana przez Previte'a brzmi jakby pochodziła z automatu perkusyjnego i to w dodatku sprzed lat. Podobnie z gitarą, której dźwięk poddany został różnorakim zabiegom edycyjnym. Do tego cały sos elektronicznych brzmień. Jedyną ostoją akustycznych dźwięków staje się Osby, choć i jego saksofon brzmi w sposób, który - gdyby nie stosowna adnotacja na okładce - powodowałby dość spore trudności w rozpoznaniu saksofonisty. Inna sprawa, że często sposób nagrania, czy masteringu dźwięku saksofonu, powoduje, że sprawia on wrażenie wsamplowanego w muzykę.

Materiał zawarty na płycie może być zaś odbierany co najmniej w dwojaki sposób. Albo jako nic nie wnosząca muzyczna, elektroniczna papka, albo jako muzyka naszych czasów. Osobiście jako tę ostatnią wolę inne brzmienia, jednak nie sposób duetowi odmówić pewnej wizji artystycznej. Sympatycy nu jazzowych brzmień winni być zachwyceni, lub przynajmniej zadowoleni. Sporo tu się dzieje. Sporo różnych dźwięków, brzmień, poszukiwań takich ich skojarzeń, które raczej nie odwołują się do znanych i utartych przyzwyczajeń. Wydaje mi się, że jest to także ciekawa alternatywa dla wszystkich, którzy słuchają "jazzu" z wytwórni Ninja Tune i o zbliżonej stylistyce. Natomiast fani akustycznego jazzu, obojętnie spod której gwiazdy, pewnie nie znajdą tu nic ciekawego.

Osobiście mam do muzyków jedno zastrzeżenie. Dla osoby, która nie stara się zasklepić w jednym muzycznym świecie, stara się być otwarta na różnego rodzaju muzykę, po pierwotnym zaciekawieniu, jakie buduje "Latitude", kolejne jej przesłuchania nie dają już tyle przyjemności. Brak tu, jak dla mnie, skonstruowania tej muzyki wokół jakiegoś centrum, jakiejś kulminacji. Muzyka zaczyna się i toczy. Potem, gdy już grać przestaje, często nawet nie jestem w stanie faktu tego zauważyć. Eksperyment zatem ciekawy, ale na pewno nie wybitny.

Groundtruther - Latitude, Thirsty Ear, 57150, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 11.10.2005 r.