W mojej prywatnej opinii "Cosmic Suite" to bodaj jedna z najważniejszych płyt wydanych przez Not Two. Ba, jedna z najważniejszych pierwszej dekady XXI wieku. Dlaczego? Cóż, jeśli kilka lat temu niemal cała prasa muzyczna obwieściła Wayne'a Shortera z jego Quartetem najistotniejszą formacją współczesnego jazzu, widząc w tym muzyku tego, który niesie obecnie ów kaganek przypisywany niegdyś Milesowi, a wcześniej Birdowi itd., to nagranie również kwartetu, ale Matthew Shippa musi być postrzegane w tych samych kategoriach.
Nagrana suita jest absolutnie wyjątkowa. W moim przekonaniu utożsamia pewien punkt, w którym znalazł się XXI-wieczny jazz. To nagranie można byłoby przyrównać do tego typu dzieł, jak choćby "The Shape of Jazz to Come". Choć tamto nagranie, w ówczesnych latach, było postrzegane jako awangarda, zaś "Cosmic Suite" winno być postrzegane jako punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat tego, co ze sobą może przynieść muzyka jazzowa najbliższych lat. Z tego punktu widzenia, nagrania kwartetu Shippa powinny być charakteryzowane jako mainstream naszych czasów. To muzyka, w której jednoczą się wszelkie doświadczenia, wszelkie trendy, jakie do chwili obecnej jazz wypracował. Nagrania tu przedstawione przynoszą doświadczenia zarówno dotychczasowej kompozycji jazzowej, jak i ukazują wypracowane, idiomatyczne elementy improwizacji jazzowej. Nie mam złudzeń: jazz pełną gębą, który czerpie w równej mierze z Dolphy'ego, jak i z Braxtona. Z Parkera i Ornette'a. Z Davisa, Shortera... z Giuffre'go. Jedyne, czego tutaj próżno szukać to eksperymentów łączenia jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Stąd mówię, że nagranie to jest absolutnym przykładem jazzowego idiomu, wymagając bardziej rozbudowanej analizy niż ramy tej recenzji, jak i również zdecydowanie bardziej analitycznego podejścia.
Kilka słów, których ja nie lubię, zaś lubią czytający recenzje płytowe:
"Cosmic Suite" jest suitą. Skomponowaną z dziewięciu części spójną opowieścią, jaką snują Shipp, Carter, Morris i Dickey. Muzyka toczy się głównie w wolnych tempach. Melodycznie praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek punktów zaczepienia. Trudno przewidzieć, w którą stronę muzyka się potoczy na podstawie dotychczas wysłuchanych dźwięków. Może w każdą. Dokonywany przez muzyków wybór wszelkich środków, jest podporządkowany pewnie zamysłowi lidera, jednakże słuchając Suity, wcale nie jest to takie oczywiste. W każdej chwili, zaprezentowane rozwiązanie jest na swój sposób zaskakujące. To wielka sztuka. Podobnie, jak sztuką jest przykucie uwagi słuchacza, do muzyki bez melodii, bez wyraźnego rytmu, co w dużej mierze charakteryzuje to nagranie, a właśnie tak się dzieje. Każdy dźwięk jest preludium zaciekawienia. Każda nuta każe wysłuchać swej kontynuacji. Wielka to sztuka.
Słowa o muzykach biorących udział w sesji, praktycznie tu nie będzie. Z jednym wyjątkiem, któremu się oprzeć nie mogę. Daniel Carter. Proszę zwrócić uwagę na jego grę. Jeśli ktokolwiek w pamięci ma nagrania TEST-u, autorskich płyt Cartera, jego wspólnych poczynań z Sabirem Mateenem, jeśli ktokolwiek posłuchał go na żywo to poczuł tę energię, z której się składa jego muzyka. To zaiste kształtowane przez niego na dowolnym instrumencie, na którym tu gra linie melodyczne, ich przemyślność, nasycenie i sposób budzenia emocji są zupełnie nieprzystające do tamtych doświadczeń. Taki Carter znany mi jest jedynie z jednego koncertu formacji TEST, sprzed kilku lat, krążącego w internecie. Wielbię Daniela za niemal każdy zagrany dźwięk. Za każde wypowiedziane przez niego słowo. Za inteligencję, która go charakteryzuje. Całą swoją mądrość i doświadczenie włożył tu w swoją grę. Jest doskonały. Jeśli wspomnianego wcześniej Shortera ceniło się właśnie z uwagi na absolutnie przemyślane improwizacje, emocjonalizm, elegancję jego gry, to te same epitety winny być świadectwem Cartera. Doprawdy wielki to muzyk.
Na koniec kilka niemal zwyczajowych, w moim przypadku, słów: do kogo muzyka ta jest adresowana, a do kogo absolutnie nie. Otóż sprawa wydaje się być prosta. Płytę z daleka winni obchodzić sympatycy tych odmian jazzu, którzy tu nie zaglądają. Jeśli dla kogoś współczesny jazz, to nagrania np. pana Bottiego, winien płytę omijać szerokim łukiem. Jeśli dla kogoś współczesna pianistyka jazzu, to pani Krall, również nie powinien wystawić swych uszu na takie przeżycie, jakim jest Shipp. Nie mówiąc już o sympatykach muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej, którą kilku recenzentom udało się wmówić jako jazz. Z drugiej strony, nie przewiduję również zachwytu tą muzyką wszystkich, którym jazz kojarzy się wyłącznie z cudownie rozpasanym swingiem. Z melodyjnością jak w Take Five. Pozostali, spragnieni nieco inaczej zakręconego jazzu winni po nią sięgnąć. Szczególnie zaś pragnąłbym, by z nagraniem tym zapoznali się ci, którym podobała się "Footprints live!" Wayne Shorter Quartet. Ręczę, że podobnego rozmiaru to arcydzieło.
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite, Not Two, MW 798-2; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 8.09.2009 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew Shipp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew Shipp. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 czerwca 2013
piątek, 31 maja 2013
Matthew Shipp, William Parker, Beans, Hprizm - Knives From Heaven
Całe szczęście, dokonania Matthew Shippa, są już dość dobrze znane. Wiadomo też nie od dziś, że oprócz grania nowoczesnego jazzu, wiele razy już próbował eksplorować hip-hop. W zasadzie ktoś, kto dobrze potrafi się poruszać po jego muzycznych drogowskazach może z dużą dozą prawdopodobieństwa ominąć to, co w twórczości Shippa, jest dla niego mniej interesujące.
Cóż, pomysł zarejestrowany pod tytułem "Knives from heaven" na pewno nie będzie należał do moich ulubionych z dyskografii pianisty. Zapoznawszy się ze składem, który nagrał płytę, można się spodziewać, że płyta prezentować będzie nie jazzowe, ale hiphopowe oblicze muzyków. Mam tu, nieco, zastrzeżeń do wydawcy. Otóż z okładki płyty wynika, że jest to album kwartetu w składzie: Matthew Shipp, William Parker, Beans i Hprizm. Fakt, obecność tych dwu ostatnich wskazywałaby na eksperymenty z hiphopem, niemniej jednak wskazanie dwu pierwszych, zasłużonych dla jazzu muzyków, na raczej głównie jazzowe oblicze tych nagrań. Dopiero wejście na stronę wytwórni wyjaśnia wszystko - album przypisany jest Antipop Consortium z udziałem Matthew Shippa i Williama Parkera. Nieco zmienia to postrzeganie proporcji, jakie może zawierać.
Nie znam się na hiphopie. Nie rusza mnie ta muzyka. Kompletnie. Nie będę się zatem o niej wypowiadał. Jedynie powiem jeszcze dwa słowa z punktu widzenia miłośnika gry Shippa i Parkera i znikam. Nic tu nie ma interesującego. Pewnie równie dobrze, zamiast Shippa wykorzystany mógłby zostać jakiś świeży i nikomu nieznany adept jakiejś fortepianowej szkoły. O Parkerze w zasadzie dość trudno się wypowiedzieć, bowiem jego kontrabasu prawie tu nie słychać.
Nie wiem, jak będą tę muzykę odbierać miłośnicy hiphopu, czy rapu. Nie mam najmniejszego pojęcia. Dla mnie ta muzyka, tutaj zawarta jest po prostu nudna. Niby sporo chce się dziać w warstwie muzycznej, problem, że w zasadzie nic z tego nie wynika. Znam przedsięwzięcia łączące hiphop z jazzem i śmiem twierdzić, że były one ciekawsze. Nawet pierwsze nagrania Antipop Consortium z Shippe, Jamalem, Brownem i Carterem. Tam coś było. Tu nie ma dla mnie nic. Szkoda.
Matthew Shipp, William Parker, Beans, Hprizm (Antipop Consortium) - Knives From Heaven, Thirsty Ear, THI57198, 2012
Cóż, pomysł zarejestrowany pod tytułem "Knives from heaven" na pewno nie będzie należał do moich ulubionych z dyskografii pianisty. Zapoznawszy się ze składem, który nagrał płytę, można się spodziewać, że płyta prezentować będzie nie jazzowe, ale hiphopowe oblicze muzyków. Mam tu, nieco, zastrzeżeń do wydawcy. Otóż z okładki płyty wynika, że jest to album kwartetu w składzie: Matthew Shipp, William Parker, Beans i Hprizm. Fakt, obecność tych dwu ostatnich wskazywałaby na eksperymenty z hiphopem, niemniej jednak wskazanie dwu pierwszych, zasłużonych dla jazzu muzyków, na raczej głównie jazzowe oblicze tych nagrań. Dopiero wejście na stronę wytwórni wyjaśnia wszystko - album przypisany jest Antipop Consortium z udziałem Matthew Shippa i Williama Parkera. Nieco zmienia to postrzeganie proporcji, jakie może zawierać.
Nie znam się na hiphopie. Nie rusza mnie ta muzyka. Kompletnie. Nie będę się zatem o niej wypowiadał. Jedynie powiem jeszcze dwa słowa z punktu widzenia miłośnika gry Shippa i Parkera i znikam. Nic tu nie ma interesującego. Pewnie równie dobrze, zamiast Shippa wykorzystany mógłby zostać jakiś świeży i nikomu nieznany adept jakiejś fortepianowej szkoły. O Parkerze w zasadzie dość trudno się wypowiedzieć, bowiem jego kontrabasu prawie tu nie słychać.
Nie wiem, jak będą tę muzykę odbierać miłośnicy hiphopu, czy rapu. Nie mam najmniejszego pojęcia. Dla mnie ta muzyka, tutaj zawarta jest po prostu nudna. Niby sporo chce się dziać w warstwie muzycznej, problem, że w zasadzie nic z tego nie wynika. Znam przedsięwzięcia łączące hiphop z jazzem i śmiem twierdzić, że były one ciekawsze. Nawet pierwsze nagrania Antipop Consortium z Shippe, Jamalem, Brownem i Carterem. Tam coś było. Tu nie ma dla mnie nic. Szkoda.
Matthew Shipp, William Parker, Beans, Hprizm (Antipop Consortium) - Knives From Heaven, Thirsty Ear, THI57198, 2012
piątek, 9 listopada 2012
The David S.Ware Quartets - Live In The World (diapazon.pl)
Trzy kwartety, sześciu muzyków, trzy płyty... Gdyby album ten ograniczył się wyłącznie do jednej, pierwszej płyty i tak uznałbym go za wspaniałe nagranie. Ilekroć słucham późnego Coltrane'a – a czynię to rzadko, bo przeżycie to niemal duchowe (może nawet bez "niemal") – tylekroć muzykę tę odbieram w wymiarze transcendentalnym. To absolut. Sięganie po Boga. Tak się już nie gra. Niemal nikt tak nie gra.
No właśnie. Nikt?
Szwajcaria, Chiasso, zima, 11 grudnia 1998 roku przynajmniej jeden, a w zasadzie czworo, muzyków tak zagrało. Czy zatem się nie gra? Przynajmniej tamtego dnia, podczas tamtego koncertu, kwartet Davida S.Ware'a osiągnął absolut. Free czystej krwi. Arabskiej. Angielskiej. Jakiej chcecie. Natchnione, niesamowite. Każdy dźwięk wydaje się być zawieszony gdzieś między niebem a ziemią. Nie wiadomo czy wzlatuje, czy zstępuje. Żadne słowa nie wystarczą by przekazać cokolwiek o tej muzyce. Takie słowa nie istnieją. Może modlitwa. Ale modlitwa do muzyki? O muzyce?
Proste dźwięki, proste słowa, nieskrępowanego free. Kłębią się. Prostują. Ukazują piękno i brzydotę. Świat.
Nic nowego? Tak. Nic nowego! Każdy, kto słucha jazzu, szczególnie free, mógłby przypomnieć choćby wspomniany kwartet Trane'a, ten z późnego okresu z McCoy Tynerem, jak i późniejsze, bardziej swobodne wypowiedzi Wielkiego Saksofonisty. Każdy, kto jest w miarę obeznany z muzyką, jest w stanie pokazać, że niejeden już dźwięk został zagrany, a niejedna koncepcja przyjęta. Ba, idąc dalej, można mówić - skoro tak się dzieje, to muzyka ta jest już wymarła. Otóż nie! Tak się nie dzieje. Przyjęcie jakiejś koncepcji, nawet jeśli zaistniała już w przeszłości, nie musi wcale oznaczać, że w ramach proponowanej formuły nie ma się już nic do zaprezentowania. Jest coś takiego jak autentyczność wypowiedzi. Są też tak ulotne rzeczy, jak "dusza" w muzyce. Nie wiesz o co chodzi? Nie ważne. I tak Ci nie wytłumaczę. Po prostu słuchaj. Kiedyś sam dojdziesz do tego stwierdzenia: w tej muzyce jest dusza. I od tej pory będziesz już wiedział o co chodzi. Nie tylko mnie. Nie jestem autorem tych słów. Powstały długo przed moimi narodzinami. A w pewnym momencie i ja powiedziałem: w tej muzyce jest dusza. I już wszystko było jasne.
Otóż właśnie w muzyce Ware'a ową duszę można usłyszeć. Ja słyszę. Dla chcącego nic trudnego i można nawet zaryzykować twierdzenie, że koncertowe nagrania Ware'a należą właśnie do tych, dzięki którym ową duszę można poznać. Ja poznaję.
Muzyka zawarta na trzech krążkach jest prawdziwa swoją szorstkością. Jest autentyczna przez swe nieokiełznanie. Ta muzyka jest duchowa. Krótkie, ostre frazy Shippa są niemal jak ciernie. Prosty, powtarzający się riff "Aquarian Sound" grany przez Parkera potrafi powiedzieć o muzyce więcej niż usłyszeliście dotąd w swoim życiu. I do tego jeszcze swobodne, mistyczne niemal dźwięki saksofonu. Porażająca prostotą przygoda.
Przygoda ma jeszcze jeden aspekt. Trzypłytowy album ukazuje kwartet Ware'a w trzech składach. Zmianie ulega wyłącznie perkusista. W jednym z wywiadów, saksofonista stwierdził, że zmiana ta miała olbrzymi wpływ na muzykę, na jej zrytmizowanie. Nie będę tu przedstawiał analizy tych składów. Byłoby to jak opowiedzenie do końca, zachwalanego komuś filmu. Namawiam do słuchania "Live In The World" - każdy sympatyk free znajdzie tu wiele. Czy odda się chłodnej analizie poszczególnych utworów, poszczególnych kwartetów, czy pozwoli po prostu, by muzyka ta trafiła wprost do jego duszy, to już indywidualna sprawa słuchacza.
The David S.Ware Quartets - Live In The World, Thirsty Ear THI 57153.2 (3CD) 2005, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 31.07.2005 r.
No właśnie. Nikt?
Szwajcaria, Chiasso, zima, 11 grudnia 1998 roku przynajmniej jeden, a w zasadzie czworo, muzyków tak zagrało. Czy zatem się nie gra? Przynajmniej tamtego dnia, podczas tamtego koncertu, kwartet Davida S.Ware'a osiągnął absolut. Free czystej krwi. Arabskiej. Angielskiej. Jakiej chcecie. Natchnione, niesamowite. Każdy dźwięk wydaje się być zawieszony gdzieś między niebem a ziemią. Nie wiadomo czy wzlatuje, czy zstępuje. Żadne słowa nie wystarczą by przekazać cokolwiek o tej muzyce. Takie słowa nie istnieją. Może modlitwa. Ale modlitwa do muzyki? O muzyce?
Proste dźwięki, proste słowa, nieskrępowanego free. Kłębią się. Prostują. Ukazują piękno i brzydotę. Świat.
Nic nowego? Tak. Nic nowego! Każdy, kto słucha jazzu, szczególnie free, mógłby przypomnieć choćby wspomniany kwartet Trane'a, ten z późnego okresu z McCoy Tynerem, jak i późniejsze, bardziej swobodne wypowiedzi Wielkiego Saksofonisty. Każdy, kto jest w miarę obeznany z muzyką, jest w stanie pokazać, że niejeden już dźwięk został zagrany, a niejedna koncepcja przyjęta. Ba, idąc dalej, można mówić - skoro tak się dzieje, to muzyka ta jest już wymarła. Otóż nie! Tak się nie dzieje. Przyjęcie jakiejś koncepcji, nawet jeśli zaistniała już w przeszłości, nie musi wcale oznaczać, że w ramach proponowanej formuły nie ma się już nic do zaprezentowania. Jest coś takiego jak autentyczność wypowiedzi. Są też tak ulotne rzeczy, jak "dusza" w muzyce. Nie wiesz o co chodzi? Nie ważne. I tak Ci nie wytłumaczę. Po prostu słuchaj. Kiedyś sam dojdziesz do tego stwierdzenia: w tej muzyce jest dusza. I od tej pory będziesz już wiedział o co chodzi. Nie tylko mnie. Nie jestem autorem tych słów. Powstały długo przed moimi narodzinami. A w pewnym momencie i ja powiedziałem: w tej muzyce jest dusza. I już wszystko było jasne.
Otóż właśnie w muzyce Ware'a ową duszę można usłyszeć. Ja słyszę. Dla chcącego nic trudnego i można nawet zaryzykować twierdzenie, że koncertowe nagrania Ware'a należą właśnie do tych, dzięki którym ową duszę można poznać. Ja poznaję.
Muzyka zawarta na trzech krążkach jest prawdziwa swoją szorstkością. Jest autentyczna przez swe nieokiełznanie. Ta muzyka jest duchowa. Krótkie, ostre frazy Shippa są niemal jak ciernie. Prosty, powtarzający się riff "Aquarian Sound" grany przez Parkera potrafi powiedzieć o muzyce więcej niż usłyszeliście dotąd w swoim życiu. I do tego jeszcze swobodne, mistyczne niemal dźwięki saksofonu. Porażająca prostotą przygoda.
Przygoda ma jeszcze jeden aspekt. Trzypłytowy album ukazuje kwartet Ware'a w trzech składach. Zmianie ulega wyłącznie perkusista. W jednym z wywiadów, saksofonista stwierdził, że zmiana ta miała olbrzymi wpływ na muzykę, na jej zrytmizowanie. Nie będę tu przedstawiał analizy tych składów. Byłoby to jak opowiedzenie do końca, zachwalanego komuś filmu. Namawiam do słuchania "Live In The World" - każdy sympatyk free znajdzie tu wiele. Czy odda się chłodnej analizie poszczególnych utworów, poszczególnych kwartetów, czy pozwoli po prostu, by muzyka ta trafiła wprost do jego duszy, to już indywidualna sprawa słuchacza.
The David S.Ware Quartets - Live In The World, Thirsty Ear THI 57153.2 (3CD) 2005, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 31.07.2005 r.
Etykiety:
David S. Ware,
Guillermo E.Brown,
Hamid Drake,
Matthew Shipp,
Susie Ibarra,
William Parker
David S. Ware Quartet - Corridors & Parallels (diapazon.pl)
Dostałem po nosie. Nie, nie od jakiegoś dresiarza, ale od muzyki. A w zasadzie od samego siebie. Podchodziłem do tej płyty jak pies do jeża. Bo to i syntezatory, których we free jazzie nie lubię za bardzo. Bo to i David S.Ware, który jak dotychczas nie wzbudził większego mojego zainteresowania.
Jednak "Corridors & Parallels" jest płytą ze wszech miar godną zainteresowania. Ciekawe, lekko tajemnicze aranżacje, na których swe piętno odcisnął przede wszystkim grający na syntezatorach Matthew Shipp, niebanalne wykorzystanie kontrabasu przez Williama Parkera i wiecznie zmienny rytm realizowany przez Guillermo E. Browna.
Kwartet Davida S.Ware'a zmienił swe oblicze. Dotychczas jego muzykę odbierałem w kategoriach jeszcze jednego, dobrego, bo dobrego, ale jednego z wielu zespołów grających free jazz, w zasadzie nie wnoszącego niczego do tej muzyki. Rezygnacja z fortepianu i wprowadzenie syntezatorów dało tej muzyce drugi, czy trzeci już oddech. Przeniosło free jazz do muzycznej psychodelii, skrzącej się niezliczoną ilością barw.
Jest w tej muzyce siła, z której wyrosła, siła improwizacji; jest również świadomość mijających czasów. Tego, że granie przez 40 lat tej samej muzyki, jest jej stagnacją, że kojarzenie słowa "awangarda jazzowa" z takim właśnie, skostniałym free jest uzasadnione jedynie historycznie. Jednak czasy się zmieniają. Najwyższa pora grać inaczej. I David S. Ware ze swoimi kolegami próbuje inaczej grać, czyniąc to niebywale udanie.
Jest też ta płyta pewną odpowiedzią na rolę, czy też udział brzmień syntetycznych w jazzie. Nie wiedzieć czemu do dziś często pokutuje schemat, że jazz i syntezatory (pomimo kilku wspaniałych przykładów, na genialne ich połączenie) to nie jest dobry zestaw. Ot, do wykorzystania w fusion, w nu jazzie itp. Nurty wywodzące się z awangardy lat 60. niezbyt często przedstawiały pozytywne przykłady na istnienie syntezatorów w jazzie. Być może jednak wszystko zależy od muzyków. Tutaj instrumenty te wykorzystuje Matthew Shipp, jeden z ciekawszych pianistów na współczesnej jazzowej scenie. Pozostali muzycy również należą do czołówki. Może zatem wszystko jest kwestią jedynie umiejętności?
David S.Ware Quartet - Corridors & Parallels, AUM Fidelity AUM019, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 2.01.2003 r.
Jednak "Corridors & Parallels" jest płytą ze wszech miar godną zainteresowania. Ciekawe, lekko tajemnicze aranżacje, na których swe piętno odcisnął przede wszystkim grający na syntezatorach Matthew Shipp, niebanalne wykorzystanie kontrabasu przez Williama Parkera i wiecznie zmienny rytm realizowany przez Guillermo E. Browna.
Kwartet Davida S.Ware'a zmienił swe oblicze. Dotychczas jego muzykę odbierałem w kategoriach jeszcze jednego, dobrego, bo dobrego, ale jednego z wielu zespołów grających free jazz, w zasadzie nie wnoszącego niczego do tej muzyki. Rezygnacja z fortepianu i wprowadzenie syntezatorów dało tej muzyce drugi, czy trzeci już oddech. Przeniosło free jazz do muzycznej psychodelii, skrzącej się niezliczoną ilością barw.
Jest w tej muzyce siła, z której wyrosła, siła improwizacji; jest również świadomość mijających czasów. Tego, że granie przez 40 lat tej samej muzyki, jest jej stagnacją, że kojarzenie słowa "awangarda jazzowa" z takim właśnie, skostniałym free jest uzasadnione jedynie historycznie. Jednak czasy się zmieniają. Najwyższa pora grać inaczej. I David S. Ware ze swoimi kolegami próbuje inaczej grać, czyniąc to niebywale udanie.
Jest też ta płyta pewną odpowiedzią na rolę, czy też udział brzmień syntetycznych w jazzie. Nie wiedzieć czemu do dziś często pokutuje schemat, że jazz i syntezatory (pomimo kilku wspaniałych przykładów, na genialne ich połączenie) to nie jest dobry zestaw. Ot, do wykorzystania w fusion, w nu jazzie itp. Nurty wywodzące się z awangardy lat 60. niezbyt często przedstawiały pozytywne przykłady na istnienie syntezatorów w jazzie. Być może jednak wszystko zależy od muzyków. Tutaj instrumenty te wykorzystuje Matthew Shipp, jeden z ciekawszych pianistów na współczesnej jazzowej scenie. Pozostali muzycy również należą do czołówki. Może zatem wszystko jest kwestią jedynie umiejętności?
David S.Ware Quartet - Corridors & Parallels, AUM Fidelity AUM019, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 2.01.2003 r.
Etykiety:
David S. Ware,
Guillermo E.Brown,
Matthew Shipp,
William Parker
Subskrybuj:
Posty (Atom)