Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Holland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Holland. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 kwietnia 2015

Wheeler / Potter / Taylor / Holland - What Now? (diapazon.pl)

Muzycy kwartetu znają się jak łyse konie. Występowali ze sobą w przeróżnych składach. Chyba każdy już z każdym. Jeśli nawet nie, to Wheeler i Holland winni być ogniwem spajającym. To słychać.

Mimo że, o ile się nie mylę, skład, który nagrał tę płytę powstał właśnie przy jej okazji i raczej nie zagościł długo w jakichś trasach koncertowych (o ile one były), to muzyka zagrana przezeń stanowi niewątpliwy przykład wspaniałego, zespołowego zgrania. Zdaje się być to tym trudniejsze, że w przeciwieństwie do wielu innych, wybrał on formułę gry bez perkusji. Sam skład, jak również muzyka zawarta na płycie, przywodzą na myśl tradycję cool jazzu. Oczywiście nie jest to jazz rodem spod pióra Mulligana wraz z Bakerem. Niemniej jednak, mam właśnie takie wrażenie, że słuchając tych nagrań, wsłuchuję się we współczesną implementację cool.

Czy zatem muzyka ta gdzieś przestała istnieć w mrokach dziejów? Przecież tego typu nagrań pojawia się – mimo wszystko – wiele. Stanowią one dla mnie, podobnie jak różne trawestacje bopu, czy free jedynie upewnienie się w pewnej tezie, diagnozie, że "stare" gatunki jazzu, w rękach mistrzów są nadal aktualne.

"Co teraz?" pytają muzycy. Cóż, każdy z nich, w macierzystych formacjach daje własną odpowiedź. Razem, zdają się pytać co dalej i w sumie pozostawiają to pytanie bez odpowiedzi. Muzyka, zawarta na tej płycie jest niewątpliwie piękna. Cudnie nagrana. Bez trudu śledzić można każdy dźwięk, każdą, jakże czytelną frazę. Ale co u licha jasnego, dalej? Cóż, chyba zakłopotanie, w które wprowadza nas ten tytuł nie będzie łatwym drogowskazem. Ślepy zaułek, czy dalsze możliwości? Doszliśmy do wyeksploatowania stylistyki, czy też wskazane zostały dopiero jej perspektywy? Niełatwe to pytania, zwłaszcza, że przecież takiego, wyciszonego jazzu powstaje rok w rok mnóstwo. Warto zatem kroczyć w te strony?

Powiem tak. Pewne, na swój sposób "coolowe" nagrania wskazują, że możliwości są jeszcze wielkie. Inne jedynie potrafią utwierdzić w przekonaniu, że formuła wyczerpała się. W przypadku nagrań kwartetu pod wodzą Wheelera sam nie wiem co sądzić. W aspekcie zadanego w tytule płyty pytania, stwierdziłbym raczej, że muzycy nie starają się w ogóle na nie odpowiedzieć. Nawet dać tropów, którymi słuchacz może pójść, by samemu sobie odpowiedzi takiej udzielić. Z drugiej strony próżno się dopatrywać w tej muzyce jakichś słabych punktów. Świetne sola, głównie wszystkich muzyków z wyjątkiem Hollanda, któremu przyszło grać praktycznie wyłącznie akompaniament i dawać rytmiczne wsparcie, są jak balsam dla uszu. Kompozycje, choć nie niosą ze sobą żadnych dźwięków, fraz na dłużej pozostających w pamięci, również nie są złe. Zgranie, dialogi najwyższej próby. Zatem...?

Najkrócej powiedziałbym tak: zapomnijmy o retorycznym zapytaniu w tytule i rozkoszujmy się muzyką. Będzie lepiej. Płyta z gatunku tych wyróżniających się, której odbiór będzie zdecydowanie lepszy, gdy zapomnimy o zadanym przez autorów pytaniu.

Wheeler / Potter / Taylor / Holland - What Now?, CamJazz 7768-2, 2005; recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl 10.09.2009 r.

sobota, 18 kwietnia 2015

Cassandra Wilson - Travellin' Miles (diapazon.pl)

Z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu, stosunkowo rzadko prezentujemy płyty wokalne. W zasadzie powinienem najbardziej dziwić się sobie, bowiem lubię przynajmniej jazz śpiewany przez kobiety.

No, nie wszystkie, dewiza "śpiewać każdy może" jest mi nieco odległa, a w przypadku śpiewających jazz twierdzę, że śpiewać go mogą nieliczni.

Nie ukrywam - w moim prywatnym rankingu (a któż go nie ma) - Cassandra Wilson zajmuje wysoce uprzywilejowaną pozycję. Tyle, że piękna Cassandra nie śpiewa już jazzu, są tu wprawdzie jego elementy, ale kudy tam, do jazzu. Nie zmienia to faktu, że niemal każdą jej płytę lubię i cenię.

Na "Traveling Miles" Wilson śpiewa muzykę wykonywaną niegdyś przez człowieka uznawanego przez wielu za najważniejszego jazzmana w dziejach tej muzyki - Milesa Davisa. Mamy tu zarówno jego kompozycje z tekstami Wilson, jak i utwory grane niegdyś przez Davisa, mamy też dwie kompozycje pieśniarki, poświęcone Milesowi. O ile nawet w takich utworach jak "Time After Time" spopularyzowanego niegdyś przez Cyndi Lauper, interpretacje Davisa dodawały jazzowego sznytu, tak interpretacje Wilson, nawet tak zdawałoby się jazzowych utworów jak "Blue In Green", czy "ESP" pozbawiają je jazzowego charakteru. Muzyka Wilson co najmniej od "Blue Light 'Till Down" więcej wspólnego ma z folkiem, bluesem niż jazzem. Mało prawdopodobne, by ci, którzy w wokalistyce jazzowej cenią najbardziej swing Elli Fitzgerald czy Sarah Vaughan zdecydowali się na posiadanie tych płyt w swojej kolekcji, choć i to niewykluczone, bo Cassandra nieodmiennie zachwyca pięknym głosem, a dobór kompozycji zawsze jest staranny, zaś robota aranżerska stoi na wysokim poziomie.

"Traveling Miles" jest zatem podróżą przez twórczość Davisa, przenicowaną do szpiku kości. Gdybym miał ją zaszufladkować, to pewnie znalazłaby się na półce folk. Z Davisa w tych nagraniach nie pozostało praktycznie nic. Pewnie, gdybym usłyszał te utwory nie wiedząc, że pochodzą one z repertuaru Davisa, nawet bym się tego nie domyślił. Chyba jednak ani wierność oryginałowi, ani nawet chęć dochowania jazzowemu idiomowi nawet przez głowę Wilson nie przeszły. I dobrze. Już w historii muzyki jazzowej mieliśmy mnóstwo zespołów "sounds-like" Davis. Pójście inną drogą może wyjść jedynie na dobre. I wyszło. Ciepły głos, "ciepłe" utwory, kojące i kołyszące rytmy. Ot płyta w sam raz na jesień, bo przez samo zaistnienie w ścianach pokoju, potrafi ogrzać.

Recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl, 2.11.2003

piątek, 7 czerwca 2013

Anthony Braxton - Quartet (Dortmund) 1976 (diapazon.pl)

Anthony Braxton to potęga. I koniec. Na tym można skończyć wszystko co można napisać o tej płycie. Ta płyta - to potęga! Pewnie zadowolonych z takiej recenzji byłoby tylu, ilu te słowa nie podobałyby się, bo jeśli recenzja ma w jakiś sposób przybliżyć muzykę zawartą na płycie, to w zasadzie nic o niej nie mówi. Za wyjątkiem tego, że... to potęga.

Znam wiele osób, które, na co dzień słuchając różnych odmian łatwiejszego w odbiorze jazzu, od Armstronga po Methenego, do muzyki Braxtona podchodzą jak pies do jeża. Nawet nie wiedzą co to jest, a już się boją. Zdaniem wielu - najprawdopodobniej tych, którzy nie słyszeli ani jednej nuty zagranej przez niego - Braxton to ekstremalny awangardzista, którego muzyka ma więcej wspólnego z tzw. muzyką współczesną niż z jazzem. A Braxton wciąż powtarza: jestem jazzmanem... Niewątpliwie na tej płycie daje tego świadectwo. Owym braxtonowym sceptykom zaręczam, że muzyka z dortmundzkiego koncertu z roku 1976 jest, jak na oryginalne kompozycje Braxtona, bardzo komunikatywna.

Muzyka tu zawarta, to materiał koncertowy z występu na festiwalu "Jazz Life" w Dortmundzie, jaki odbył się w 1976 r. Podejrzewam, że gdyby dane mi było teraz, po niemal 30 latach usłyszeć taki materiał na koncercie byłbym równie zachwycony. To muzyka, która się nie starzeje. Jest tu wszystko. I nieco pomysłów przywodzących na myśl swobodną improwizację, i nieco swingującego niemal jazzu, są fragmenty, które obecnie można byłoby zaliczyć do jazzu środka. Muzyczny jazzowy kalejdoskop. Nic nowego? Oczywiście, że nic. Tylko, że Braxtonowi udało się wszystkie te elementy wymieszać w taki sposób, że wydaje się, że jazz zawsze tak brzmiał i będzie brzmieć. Tylko, że poszczególne elementy braxtonowej układanki są tak ściśle ze sobą powiązane, że nie sposób jest je rozdzielić.

Jest jeszcze coś, co dla mnie jest chyba najważniejszą cechą - ta muzyka jest niesamowicie szczera. To co można powiedzieć o wszystkich zawartych tu utworach, to, że muzycy je grający wznieśli się na wyżyny szczerości. Nie ma tu żadnych wyuczonych patentów, jest swoboda, jest JAZZ. Najwspanialszy, jaki sobie można wymarzyć. Wielka w tym zasługa ówczesnych partnerów Braxtona. Najbardziej znany to ceniony niemal w każdym zakątku Ziemi Dave Holland. Oprócz niego grają tu dwaj nieco zapomniani obecnie muzycy. Przede wszystkim jednym z głównych architektów tej muzyki jest George Lewis na puzonie (nie mylić z klarnecistą i saksofonistą dixielandowym o takim samym imieniu i nazwisku). To znany niegdyś awangardzista. Muzyk o rewelacyjnej technice. W jego rękach (ustach) puzon ma tę samą żwawość co trąbka. Każda nuta naładowana jest emocjami. Rewelacja. Drugim jest równie popularny niegdyś w kręgach awangardowych perkusista Barry Altschull. I aż dziw bierze, ile mogliby nauczyć się niektórzy współcześni muzycy od niego.

Dla mnie to jedna z tych płyt, które wziąłbym na bezludną wyspę.

Anthony Braxton - Quartet (Dortmund) 1976, Hat Hut, hatOLOGY 557, 2001 (wcześniejsze wydanie jako Dortmund (Quartet) 1976, hatART 6075, 1991); recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 20.07.2002 r.

piątek, 23 listopada 2012

Joe Henderson - So Near, So Far (diapazon.pl)

Ta płyta ma już swoje lata. Dlaczego zatem miałbym pisać o niej? Co najmniej z dwu powodów: po pierwsze, nigdy dosyć przedstawiania dobrych rzeczy, po drugie, bo wydaje mi się, że w zachwycie nad nowościami, w rzucaniu się na nowinki, zapominamy o wspaniałych płytach sprzed lat. Owszem pozostają takie dzieła jak np. "Kind of Blue" wymieniane przez niemal każdego jazzfana, jednak przecież na tej płycie nie kończy się dzieło.

Joe Henderson był wielkim saksofonistą. Wspaniałym, podziwianym, wydaje mi się, że przede wszystkim przez innych muzyków, jednak znajdującym też spory poklask u publiczności. "So Near, So Far" jest, można rzec, płytą programową, w całości poświęconą utworom z repertuaru Milesa Davisa i niemal w całości przez niego skomponowaną.

Choć - jeśli pamięć mnie nie myli - Henderson nigdy z Davisem nie grał, to do współpracy zaprosił muzyków z różnych zespołów Davisa: współtwórcę davisowskiego jazz rocka - Dave'a Hollanda oraz dwu muzyków, z którymi związany był powrót Davisa na scenę na początku lat 80.: Johna Scofielda i Ala Fostera. Pomimo, że jest to "tribute", pomimo, że grają tu muzycy Davisa - płyta w żadnym stopniu nie przypomina jego koncepcji muzycznych. Ba, w niewielkim stopniu kojarzy mi się również z zespołami i tym co grał Henderson.

Brzmienie i muzyka zdominowana jest przez... gitarzystę. Jeśli zatem ktoś lubi kwartet Scofielda z Joe Lovano, jeśli podobają mu się poczynania supergrupy ScoLoHoFo (nota bene, przecież w tym właśnie kwartecie Hendersona grało trzech muzyków tego ostatniego zespołu), słuchając Davisa w wersji Hendersona znajdzie się jak u siebie w domu. Osobiście bardzo cenię Scofielda, najbardziej właśnie za jego poczynania z Lovano. Nie mogę w obiektywny sposób stwierdzić, że "So Near, So Far" to wielka płyta. Mogę to jednak powiedzieć subiektywnie (zresztą zawsze jedynie w ten sposób się wypowiadam).

To jeden z najlepszych przykładów mainstreamowego jazzu, jaki powstał w latach 90. Muzyka cudownie swingująca, nasycona barwami, pełna improwizacji - przemyślanych, esencjonalnych... Zwykłem twierdzić, że jazzman jest jak czerwone wino - dojrzewa wraz z wiekiem. Tutaj więc mamy przykład takiego dojrzałego, wysmakowanego jazzu, granego przez wielkich znawców wykonywanej przez siebie muzyki.
Piękna płyta, nie zapominajcie o niej.

Joe Henderson - So Near, So Far, Verve, 517 674-2, 1993, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 3.05.2003 r.