Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Berne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Berne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2012

Tim Berne - The Shell Game (diapazon.pl)

"The Shell Game" była pierwszą płytą Berne'a po kilkuletniej posusze wydawniczej. Była też pierwszą od dłuższego czasu, gdzie pojawiły się instrumenty klawiszowe. Za to nie ma basu. Lata 90. zeszły bowiem Berne'owi na eksploracji free w akustycznych składach Bloodcounta, Paraphrase oraz Big Satana. I co tu kryć - moim zdaniem była to wspaniała muzyka.

O koncepcji "The Shell Game" wiemy już, że ma dalszy ciąg, że Berne, a w pewnym stopniu także producent tej płyty David Torn, rozwinęli tę formułę na płycie "Science Friction". Przyznam, że kiedy po raz pierwszy słuchałem muzyki tego tria, jeszcze w formacie mp3 czy realplayera z jakiegoś koncertu (od czasu do czasu Berne udostępnia takie nagrania na swojej stronie), nie byłem zachwycony. Zamiast muzyki pojawiał się chaos. Teraz wiem, że to kwestia realizacji. Nie jestem chyba audiofilem, jednak lubię słuchać muzyki, w takiej jakości, by jej nie przeszkadzała. Przy takich nagraniach jak "The Shell Game" okazuje się to niezmiernie istotne. Ilość informacji, niuansów, planów dźwiękowych, która tworzona jest przez zaledwie trzech muzyków jest imponująca. Wywodząc się z całej dotychczasowej twórczości Berne'a, jego nowa muzyka zyskała pewną aurę "nowoczesności", coraz częstszego i chyba coraz doskonalszego łączenia się różnych form muzyki improwizowanej, a teraz szczególnie jazzu z muzyką elektroniczną. Jednak wykorzystanie instrumentarium Taborna jest tu inne niż w produkcjach nu-, future jazzowych, czy też jakiegokolwiek ...-jazzu (nazw pojawia się tyle, że ciężko nie tylko spamiętać, ale i połapać się w różnicach).

Są fragmenty, gdzie znakomita większość tej muzyki na pierwszym planie tworzona jest przez duet Berne-Rainey, który znajduje oparcie w elektronicznym sosie produkowanym przez Taborna. Zresztą "elektronicznym" to trochę nie do końca prawda, bowiem oprócz dźwięków syntetycznych pojawiają się brzmienia szlachetnego Fender Rhodesa, czy fortepianu. Krzywdzącym byłoby jednak wyobrażenie, że pomiędzy Tabornem, a pozostałą dwójką nie ma łączności. Nic bardziej mylnego. Wszyscy muzycy wchodzą ze sobą w przepyszne interakcje (to coś, czego najbardziej mi brakuje w niektórych produkcjach "elektroniczno-jazzowych"). Jednak sposób nagrania (na pierwszym planie saksofon i perkusja) sugeruje mi właśnie takie spostrzeżenie. Zresztą ukazanie w wielu partiach Raineya na równym planie z Bernem spowodowało, że chyba po raz pierwszy tak dosadnie dostrzegłem jak wspaniałym jest perkusistą; są miejsca, kiedy niemalże nie realizuje rytmu, a współtworzy z Berne'm melodię. Kiedy indziej Taborn wykorzystuje swe instrumentarium w sposób bardziej przywodzący na myśl chyba bardziej dokonania niektórych rockowych formacji sprzed lat, a spośród jazzowych kojarzący mi się miejscami z Sun Ra, niż mający wiele wspólnego z "nową elektroniką".

Innymi słowy Berne znów idzie na przekór modom, jakby chciał nam powiedzieć: wszyscy w jazzie myślicie o nowej muzyce w kontekście wykorzystywania doświadczeń "nowej elektroniki" - elektronika tak, ale przecież można ją wykorzystać inaczej. Mnie wydaje się, że sposób na jej wykorzystanie w jazzie jest u Berne'a bardziej immanentnie jazzowy. I choć pojawiają się związki "The Shell Game" z innymi gatunkami muzyki (zresztą te dostrzec można było nawet w tak jazzowych zespołach Berne'a jak Bloodcount czy Paraphrase), to zawarta tu muzyka nie stoi okrakiem na wielu gatunkach, łącząc je w luźne formy, ale jest nową formułą jazzu Berne'a. Stopień stopienia wszystkich elementów z jakich składa się układanka "The Shell Game" jest po prostu doskonały; tu nie ma miejsca na nieudany eklektyzm, jeśli już to jest to synkretyzm. Pomimo zupełnie innego instrumentarium, wydaje mi się, że utwory tu zawarte są pewnym rozwojem koncepcji znanych z Paraphrase oraz Big Satan. Muzyka może nieco straciła na dosadności, chropowatości i energii, pojawiła się jednak w zdecydowanie ciekawszym kontekście tworzonym przez Taborna, przez co zyskała na wielobarwności.

Na koniec jestem winien jedno jeszcze wyjaśnienie. To nie jest łatwa muzyka. Nie znajdziecie tu łatwych, miłych dla ucha dźwięków jak na płytach Truffaza, czy Molvaera. To wciąż Berne, tyle, że dla tworzenia swojego, jakże osobliwego świata dźwięków, postanowił sięgnąć po doświadczenia muzycznej elektroniki i możliwości syntezatorów. Dla mnie, będzie to pewnie jedna z moich ulubionych płyt Berne'a.

Tim Berne - The Shell Game, Thirsty Ear, 57099.2, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 10.05.2003 r.

niedziela, 11 listopada 2012

Big Satan - Souls Saved Hear (diapazon.pl)

Trudno mi się oprzeć pokusie pisania o obecnych poczynaniach Tima Berne'a i jego zespołów w kategoriach innych niż, jak o Nowej Muzyce. I nie chodzi mi tu bynajmniej, że "Souls Saved Hear" jest płytą stosunkowo nową, niosącą zatem nową muzykę, ale o Nowej Muzyce, jako o pewnym zjawisku, które jest trudno definiowalne dotychczasowymi kategoriami, czy lepiej powiedziawszy rodzajami muzyki.

Stwierdzenie, że jest to jazz, wynika chyba wyłącznie z przyzwyczajenia do postrzegania Berne'a jako muzyka jazzowego. Na pewno takie korzenie ma. Jednakże muzyka jaką przynosi nowy album Big Satan, podobnie zresztą jak poczynania innych zespołów Berne'a, jak Hard Cell, czy Science Friction stanowi swoistą kategorię samą w sobie. Tak, jak dotąd nie gra chyba nikt oprócz Berne'a. W swej konstrukcji, muzyka stanowi połączenie kompozycji, z dużą ilością materiału improwizowanego. Prawdopodobnie też te właśnie improwizacje, o raczej jazzowej strukturze, kwalifikują tę muzykę jako jazz. Trudno jednak nie zauważyć, że obok typowych elementów jazzu, pojawiają się tutaj zarówno nowe struktury rytmiczne - w grze Raineya sporo jest odniesień tak do muzyki klubowej, jak nawet i do hardcore'u, jak również dźwięki, głównie generowane przez Ducreta, które więcej wspólnego mają z nowoczesnym rockiem, czy nową muzyką elektroniczną. "Souls Saved Hear" mimo, że nagrany w tym samym składzie, co wcześniejszy aż o 8 lat "Big Satan" przynosi muzykę o zupełnie innej strukturze. O ile jeszcze pierwsza odsłona Wielkiego Szatana w jakiś sposób wpisywała się w poczynania innych zespołów o takim samym składzie (saksofon-gitara-perkusja), jak choćby trio Paula Motiana, to Big Satan A.D. 2005, jest zespołem, który gra zdecydowanie inaczej.

Z drugiej strony, uważny słuchacz poczynań Tima Berne'a, łatwo zauważy, że saksofonista ten od lat wykazuje dążenia do stworzenia jakiejś nowej jakości w muzyce. W sumie, za takie można było postrzegać już choćby Bloodcount sprzed z górą dziesięciu laty. Na pewno zaś oba wspomniane, czyli Hard Cell czy Science Friction, próbują zredefiniować nasze przyzwyczajenia o muzyce jazzowej. O ile to jeszcze jazz. I nawet jeśli przyjmiemy, że to nie jest ważne - choć ulegam tu jedynie tej modzie na chwilę - to i tak, nowa muzyka Berne'a pozostanie Nową Muzyką.

Czy to jeszcze jazz? Jeśli dla kogoś, jak choćby dla mnie jest to w jakiś sposób istotne, to można Big Satan (a zatem także i Hard Cell i Science Friction) postrzegać jako zespoły jazzowe. W sumie, cokolwiek by nie powiedzieć spełniają one praktycznie wszystkie elementy klasycznej już, a przyjmowanej przeze mnie za trafną, definicji Joachima Berendta, dodając jedną rzecz, o której ten wielki krytyk jakby zapomniał: ciągłe poszukiwanie nowości (w sensie nowych środków muzycznych), które dla mnie jest bardzo ważne i współdefiniujące tę muzykę. Jeśli zatem dla kogoś, jak dla mnie, istotnym jest nie tylko zadowolenie z dobiegających z kolumn głośnikowych dźwięków, ale również świadomość słuchania określonej (lub nieokreślonej) muzyki, to niewątpliwie można w muzyce Big Satana znaleźć sporo ciekawych dźwięków i rozwiązań formalnych, świadczących o ciągłym rozwoju muzyki jazzowej.

Dla mnie, poczynania Berne'a od kilku ładnych lat, to niemal samo sendo najbardziej progresywnego jazzu ostatnich lat. Nowy album Big Satan, jedynie wpisuje się na tę listę utwierdzając mnie w tym przekonaniu.

W postscriptum już niejako winny znaleźć się trzy uwagi: po pierwsze "Souls Saved Hear" nie jest płytą łatwą w słuchaniu, ale nie należy się zrażać po pierwszym jej wysłuchaniu, po drugie zaś, nie wiem, czy to sposób nagrania, czy zamierzona konwencja, jednakże od strony realizacji dźwiękowej, płyta zawiera sporo dźwięków-śmieci, jakichś przydźwięków, sprzężeń, pisków, powodujących, że realizację można uznać za "brudną". Domniemywam jedynie, że ów brud jest zamierzonym działaniem realizatora dźwięku. Po trzecie, w końcu, poziom muzyczny prezentowany przez wszystkich trzech biorących w nagraniu muzyków jest niebotyczny - stwierdzenie, że jest to popularne "mistrzostwo świata" jest nie tylko trywialne, ale wręcz niewystarczające.

Big Satan - Souls Saved Hear, Thirsty Ear, 57151, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 29.10.2005 r.

piątek, 9 listopada 2012

Tim Berne - Science Friction (diapazon.pl)

Uwielbiam w jazzie to, iż najlepsi muzycy i kompozytorzy poruszający się w tym gatunku (szeroko pojętym) potrafią się zmieniać, chodzić wciąż nowymi drogami, poszukiwać, pozostając jednak w dalszym ciągu sobą.

Przykład Milesa Davisa jest najbardziej oczywistym i znanym, jednak nie tylko on przecież dokonywał w swym artystycznym życiu stylistycznych wolt. Słucham właśnie albumu "Science Friction" jednego z najciekawszych współczesnych alcistów - Tima Berne'a. Myślę, że dość dobrze znam jego twórczość, a muzyk ten wciąż potrafi zaskoczyć mnie nową muzyką, stylistyką, w której się jeszcze nie poruszał. Istotne przy tym jest, że potrafi być w każdej ze stylistyk autentyczny i nigdy chyba jeszcze nie zaczął grać określonej muzyki ze względu na jej popularność. Ostre jak brzytwa zespoły lat 90. - Bloodcount, Big Satan i Paraphrase są tego najlepszym przykładem. O ile jednak ostatnia dekada jawiła się u niego najbardziej ekstremalnym - choć w dalszym ciągu uporządkowanym - free, tak trzy spośród czterech ostatnich jego płyt (nie znam albumu wydanego ostatnio przez New World), przedstawiają bardziej melodyjną, tonalną wersję muzyki Berne'a.

"Science Friction" jest jakby rozwinięciem koncepcji z wcześniejszej płyty "The Shall Game". Mamy tutaj ten sam skład uzupełniony nadto o ulubionego gitarzystę muzyka - Marca Ducreta. Efekt scharakteryzować można po krótce tak, że jest to berne'owski przyczynek do współistnienia w jednym tyglu muzyki elektronicznej i jazzowej improwizacji. Najbardziej jazzowy, pozostaje Berne. Częstokroć jego gra przypomina to co robił wcześniej, choć chyba jednak złagodniała. Nie jest już tak ostra jak w czasach wspomnianych przeze mnie zespołów. Z drugiej strony, jako uczeń Hemphilla, nigdy prawdopodobnie nie zagra "ładnych" melodyjek. Jego gra, nawet złagodzona, musi być chropowata, muszą być atonalności, swobodne prowadzenie frazy - przecież to Berne. A jeśli nawet nie gra, to przynajmniej sama kompozycja.

Craig Taborn obsługuje instrumenty klawiszowe i wprowadza "nieznormalizowane" dźwięki stanowiące drugi z muzycznych głosów kwartetu. Nie jest to jedynie elektroniczny podkład z jakim mamy niekiedy do czynienia w tego typu muzyce, ale aktywna, interakcyjna gra. Być może dzieje się tak dlatego, że Taborn jest żywym muzykiem i rzeczywiście gra na instrumentach, a nie ogranicza się jedynie do włączenia wcześniej przygotowanego podkładu na komputerze. Gra Ducreta, to pieśń sama w sobie. Zawsze chodził swymi drogami. Może dlatego tak lubi go również chadzający nimi Berne. W tym nagraniu prezentuje trzeci głos muzycznej rozmowy. Niekiedy niemal rockowy, niekiedy industrialny, znów jednak, podobnie jak Taborn pozostaje czuły na to co dzieje się w zespole. Dzięki niemu, muzyka nabiera bardziej drapieżnego, mocniejszego charakteru. No i Tom Rainey - wspaniały perkusista i partner Berne'a od lat. O nim nie będę mówił praktycznie nic. Posłuchajcie. To jeden z najlepszych perkusistów współczesnych. Jest jeszcze jeden muzyk a zarazem producent tej płyty - David Torn. Tam, gdzie udzielił się jako współkompozytor, czy osoba w aktywniejszy sposób wkraczająca w materię muzyczną, muzyka staje się bardziej... ambientowa, oniryczna.

Dla mnie - kolejna doskonała płyta zrealizowana przez Berne'a.

Tim Berne - Science Friction, Screwgun Screwu 013, 2002, recenzja ukazała się pierwotnie na diapazon.pl dnia 6.04.2003 r.

czwartek, 8 listopada 2012

Tim Berne - Hard Cell Live (diapazon.pl)

Na okładce płyty winno znajdować się zalecenie: "Słuchać głośno". Wtedy ta muzyka ma odpowiedni ciężar i moc. Przy cichym słuchaniu, jej część może po prostu umkąć. Z drugiej strony winno też znajdować się ostrzeżenie: "Słuchanie (bez odpowiedniego przygotowania) grozi śmiercią lub kalectwem". Nie jest to muzyka dla grzecznych dziewczynek. To muzyka dla niegrzecznych chłopczyków. A i ich może nieźle porazić

Tim Berne w koncertowej odsłonie swego obecnego zespołu - choć powinienem powiedzieć "jego trzonu", albowiem od czasu do czasu podstawowy skład tria uzupełniany jest o innych muzyków - prezentuje muzykę, której skład nawiązuje do tria Cecila Taylora z Andrew Cyrillem i Jimmym Lyonsem, nawiązuje też do zespołów organowych lat 60. Jedynie saksofon, perkusja i w tym przypadku różne instrumenty klawiszowe. Raz są to organy, innym razem fortepian; grający na nich Craig Taborn nie stroni też od sampli.

I mimo, że muzyka w jakimś stopniu podąża idiomem stworzonym przez Taylora, to moim zdaniem, niewątpliwie redefiniuje przynajmniej pojęcie organowego tria. Czas mija, pojawiają się w muzyce nowe rozwiązania rytmiczne i Rainey do nich sięga. Muzyka raz płynie, raz staje się chropowata. Krótkie, urywane frazy grane przez Berne'a są niemal jego znakiem firmowym. Ostre jak brzytwa, porażające intensywnością - do tego przyzwyczajał nas od lat. Nie ma zmiłuj się. Żadnych spokojnych, choćby z lekka balladowych dźwięków. Moc, gwałtowność, ostrość. To jak jazzowy punk, czy hard core. Szczególnie, gdy przysłuchać się grze Taborna, który na fortepianie brzmi jak połączenia Arta Tatuma z Cecilem Taylorem; Gdy sięga zaś po organy staje się jednym z najbardziej agresywnie grających na tym instrumencie muzyków. Wszystko podporządkowane jednej myśli, idei, wizji Berne'a, znanej już z poprzednich odsłon tego zespołu i konsekwentnie rozwijanych.

Doskonała, choć niełatwa w słuchaniu muzyka (którą już nie długo przyjdzie mi się delektować słuchając jej podczas polskich koncertów zespołu).

Tim Berne - Hard Cell Live, Screwgun 70014, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 24.09.2004 r.

środa, 7 marca 2012

Tim Berne - Snakeoil

Po którymś już z rzędu wysłuchaniu najnowszej płyty Tima Berne'a zaczynam się skłaniać ku tezie, że jednak Manfred Eicher potrafi na każdym muzyku i każdej muzyce nadać swoje piętno. Uwielbiałem niesamowite nagrania Berne'a, które wydawał dla swojej Screwgun. Generalnie uwielbiałem Berne'a z tamtych czasów. Potem różnie już bywało, bo i sam muzyk jakby mniej się udzielał, ale i jego nagrania w coraz większym stopniu stawały się "przestrzenią zakomponowaną". Tak jakby Berne-improwizator, kompletnie nietuzinkowy, improwizator, chciał wszystkim pokazać, że umie komponować utwory. Taki wybór, a mi nic do tego. Do jednego mi wszkaże.

Wraz z przeradzaniem się Berne'a w kompozytora muzyki, gdzieś zatracił się tej muzyki żar. O ile w niesamowicie pokręconych frazach Bloodcounta, czy Big Satana zawsze - jako słuchacz - znajdowałem się w miejscu, w którym niezmiernie ciekaw byłem rozwoju utworu, kolejnych podawanych mi przez muzyków fraz, tak w przypadku Snakeoil (choćby) tak już nie jest. Wszystko tu dopięte na ostatni guzik. Kompozycje same w sobie być może i interesujące, ale... No właśnie, kota na śmierć ponoć też można zagłaskać. I "Snakeoil" taką dla mnie jest. Zagłaskaną do granic możliwości. Z uwagi na złożone kompozycje lidera, trudno mi powiedzieć, by muzyka ta była przewidywalna. Trudno mi jednak powiedzieć również, by rodzaj jej nieprzewidywalności w jakikolwiek sposób próbował mnie zaciekawić choćby, bo na pewno już nie uwieść. Być może, gdyby usłyszeć to nagranie na żywo. Być może, gdyby nie wszechłagodzące paluchy Eichera, ta muzyka by zyskała. Niestety tak nie jest. Po prostu nie ciekawi. Nie jestem ciekaw w jaki sposób potoczy się linia rozgrywana czy to przez Noriegę (uwielbiam go), czy to przez Mitchella (nie znam), czy też przez samego Berne'a (uwielbiam). I co z tego, że Ches Smith gra w sposób absolutnie nietuzinkowy. Jeden kwiatek na cztery?

Berne pozostaje sobą, ale jest swoją wersją jakby oglądaną przez szybę. Niby podobne frazy co niemal zawsze. Niby ten sam rys harmoniczny. Wszystko to jednak jest tak ułagodzone, że w którejś chwili myśl sama ucieka od dźwięków. Moja myśl, bo ktoś inny może przecież myśleć inaczej.

I w zasadzie nawet nie to zakomponowanie i nie to ułagodzenie mam tej płycie za złe. Niech tam, lubię i łagodne brzmienia. To, czego nie mogę znieść, to że jest to kolejna płyta nagrana dla ECM, znanego uprzednio muzyka, którą mógłby nagrać każdy inny muzyk posługując się jego partyturą. Gdzieś podział się i zagubił Tim Berne. Powstała muzyka Manfreda Eichera napisana przez Tima Berne'a i zagrana w sposób charakterystyczny dla produkcji ECM. Dla mnie to za mało.

Tim Berne - Snakeoil (2012) - ECM 2234