Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
środa, 7 listopada 2012
Fred Anderson Quartet - Dark Day (diapazon.pl)
Z góry powinniśmy też wybaczyć jakość tych nagrań. Nie jest ona najlepsza. Oczywiście "da się słuchać", ale jedynie "da", bowiem jakość nagrań nie sprawi nikomu "audiofilskiej" przyjemności.
Niedawno seria UMS poszerzyła się o podwójny kompakt zawierający dwa koncerty kwartetu Freda Andersona z roku 1979. Pierwszy odbył się 15 maja 1979 r. w the Museum of Contemporary Art w Chicago. Szczęśliwcy mogą te nagrania już znać, albowiem lata temu wydany został na LP przez Message Records (Message 0004). Drugi z koncertów zawartych w tym wydawnictwie jest premierą płytową, a jego nagranie pochodzi z Werony i zostało zrealizowane 19 maja 1979 r. podczas Verona Jazz 1979. Oba koncerty nagrał ten sam skład, kwartet Andersona z Billym Brimfieldem (tp), Stevenem Palmorem (b) i Hamidem Drakem (dr). Biorąc pod uwagę, że oba koncerty zawierają zupełnie inny materiał jesteśmy w stanie dostrzec czy i jak zmienia się muzyka kwartetu w przeciągu zaledwie 4 dni.
Rok 1979 to końcówka ruchu loftowego, z którego wyrósł Anderson. Jego ówczesna muzyka jest ściśle związana z koncepcją AACM. Jest też podobna do tego co wówczas się działo właśnie na scenie loftowej. Ktokolwiek kiedykolwiek słyszał współczesne nagrania Andersona z łatwością zauważy, że koncepcje już wówczas przez niego wypracowane do chwili obecnej nie uległy jakimś drastycznym zmianom. Anderson to Anderson. Można go lubić lub nie. Mnie się podoba.
Bezfortepianowy kwartet w roku 1979 to nie była już nowość. Zespoły takie funkcjonowały od pamiętnego kwartetu Mulligana z Bakerem, do free jazzu zaproszone zaś zostały przez Ornette'a Colemana. I przez długi czas kapele bez instrumentu harmonicznego funkcjonowały jako główne medium muzyki free czy loft jazzowej. Wydaje się, że taki zespół jest dla muzyków grających "wolną" muzykę środkiem doskonałym. Nie inaczej jest tym razem. Można rzec, że ten skład instrumentalny w wersji Andersona uzyskał nieco inny wymiar niż choćby jego colemanowska edycja. Warstwa rytmiczna realizowana jest niemal wyłącznie przez Hamida Drake'a, której przeciwstawiane są trzy instrumenty realizujące muzykę. Bardzo wiele dzieje się w duetach. Mnie w pamięci szczególnie utkwiły dwa, znajdujące się niemal na początku pierwszej płyty duety Brimfielda z Drakem i Andersona z Drakem.
Na pytanie postawione na wstępie, czy istnieje różnica pomiędzy obiema płytami odpowiedź jest pozytywna. Jednak nie będę odbierał przyjemności słuchaczom w jej uchwyceniu.
Po wysłuchaniu tych nagrań przyszła mi do głowy refleksja: muzyka transowa nie narodziła się teraz. Nie jest związana z elektroniką, z klubowymi techno-brzmieniami. To jedynie jedna jej postać. Transową muzykę realizowali już dawniej jazzmani, często jak Anderson związani ze sceną loftową. A przecież pierwszym, który ów trans zaproponował był chyba jednak Coltrane.
Fred Anderson - Dark Day, Atavistic (Unheard Music Series), UMS 2182, 2001, tekst pierwotnie ukazał się w diapazon.pl dnia 19.08.2002 r.
Anderson / Drake / Jordan / Parker - 2 Days in April (diapazon.pl)
Oczywiście, że spodziewać się po nich nie sposób "czegoś nowego", odkrywczego. Szczególnie po Andersonie i Jordanie. Ci panowie po prostu grają amerykańskie free, które w roku 1999 miało już swoją bogatą, około czterdziestoletnią historię.
I co z tego, że nie usłyszymy jakichś formalnych nowinek, nowych koncepcji. Ta płyta udowadnia raz jeszcze, że nie ważne jest co, ale kto i - przede wszystkim - jak gra. A czterech panów gra tak, że "buty lecą z nóg", choć to nie perfektowski rock, a amerykański free. Amerykański na wskroś. Mnóstwo tu odniesień do jazzowej tradycji. Muzyka, choć swobodnie improwizowana wciąż swninguje, wciąż bluesem podszyta. Do tego stopnia, że chciałoby się ściągnąć marynarę i pomachać nią w powietrzu. Free swingowa maszyna zapewnia bowiem taki tap-factor, jakie rzadko spotkać można w obecnych, często bardzo przeintelektualizowanych propozycjach. Szczególnie tych, które płyną z Europy.
Jeśli zatem ktoś jest spragniony, bądź co bądź tradycyjnego już free jazzu granego w iście mistrzowski sposób, z niesamowitymi solówkami obu saksofonistów wspieranych przez, co tu dużo mówić, jedną z najlepszych sekcji współczesnego jazzu to winien zaopatrzyć się w ten podwójny album. Wart jest wydanej każdej złotówki. Ręczę.
Anderson / Drake / Jordan / Parker - 2 Days in April, Eremite, MTE-023/24, 2000, tekst ukazał się pierwotnie w diapazon.pl dnia 29.06.2006
czwartek, 22 marca 2012
Fred Anderson/Robert Barry - Duets (EMD.PL)
Co w takim razie robi tu płyta Barry'ego i Andersona, płyta na której nie ma przecież żadnych nowości, żadnych eksperymentów, są tylko dwaj muzycy grający jazz żywcem (?) przeniesiony z lat sześćdziesiątych? Szczerze mówiąc tego nie wiem. Wiem tylko, że jest to płyta bardzo dobra i jestem wdzięczny wytwórni Thrill Jockey, że ją wydała, że nie ograniczyła swojej oferty do muzyki na stałe z nią kojarzonej.
Jak już wspominałem, Barry i Anderson to prawdziwi weterani. Gdyby zsumować lata spędzone przez nich na graniu jazzu, to otrzymalibyśmy ich sporo ponad setkę. W tym czasie zagrali tysiące koncertów, niewiele natomiast wydano płyt z ich udziałem. Tym bardziej należy więc zwrócić uwagę na album dokumentujący ich spotkanie.
Robert Barry (rocznik 1933) zaczął grać zawodowo na perkusji pod koniec lat czterdziestych, już jako piętnastolatek; pierwsza płyta z jego udziałem ukazała się w 1953 roku. Grał z większymi i mniejszymi, ze sławnymi i nieznanymi, z artystami i rzemieślnikami. Byli wśród nich między innymi Gene Ammons, Andrew Hill, Jimmy Reed, Muhal Richard Abrams, Ira Sullivan, podobno grał też z Milesem Davisem. Jednak najczęściej kojarzony jest z dwoma artystami: przez starszych z Sun Ra (grał w jego zespołach przez ćwierć wieku), a przez młodszych z Kenem Vandermarkiem (był członkiem Sound in Action Trio).
Fred Anderson (rocznik 1929) zaczął grać na saksofonie tenorowym jako dwunastolatek; ćwicząc po siedem godzin dziennie doszedł do tego co było jego zamiarem: nie chciał naśladować nikogo i nie chciał brzmieć tak jak inni. Nie miał jednak większego szczęścia do nagrań. Chociaż profesjonalnie występować zaczął już w latach pięćdziesiątych, to pierwsza płyta z jego udziałem ukazała się dopiero w 1966, niewiele też wydał płyt solowych. Sytuacja poprawiła się dopiero w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Reedycje niskonakładowych i trudnodostępnych płyt, opóźnione premiery czy też nowe nagrania zawdzięczamy przede wszystkim wytwórniom Okka Disk i Atavistic. Będąc jednym z założycieli AACM, Anderson grywał głównie z muzykami z tego kręgu (np. z Josephem Jarmanem, Edwardem Wilkersonem, Kahilem El'Zabarem), ale nie ograniczał współpracy tylko do nich (ma na koncie nagrania z austriacką formacją The Neighbors, z Peterem Kowaldem, Williamem Parkerem, Marylin Crispell). Dochował się również grupy uczniów, muzyków, którzy rozwijali się grając w jego zespołach (obecnie najbardziej znanym z nich jest perkusista Hamid Drake). Ponieważ z grania jazzu ciężko było wyżyć, Anderson pracował od lat pięćdziesiątych między innymi jako kelner i barman, obecnie zaś prowadzi klub The Velvet Lounge, w którym regularnie występuje, czego świadectwem może być rewelacyjna płyta "Live At The Velvet Lounge"" tria z Peterem Kowaldem i Hamidem Drake.
Omawianą płytę nagrano jednak w Empty Bottle - innym cenionym chicagowskim klubie - 22 maja 1999 roku (tak więc 2001 z tytułu odnosi się do daty wydania, a nie do daty nagrania zawartego materiału). Jest to zapis dopiero drugiego wspólnego koncertu tych muzyków, bo chociaż występują od lat, to wcześniej nie mieli okazji grać ze sobą. Tym większe jest zaskoczenie, gdy zaczynamy słuchać tej muzyki. Odnosimy bowiem wrażenie, że Anderson i Barry tworzą jeden organizm, że zespolili się w jednego jazzmana o czterech rękach. Stopień porozumienia między nimi jest po prostu niebywały. Każdy z nich podąża za drugim, wspomagając jego partie swoją czujną i uważną grą tak, że muzyka rozwija się i dąży w najlepszym z możliwych kierunków. Co należy podkreślić, wykonywane utwory to nie znane i grywane przez nich standardy, ale własne kompozycje stworzone podczas występu. I nie jest ważne, że kończący całość "Dark Day" znamy z kilku płyt Andersona, bo każda jego wersja jest inna, każda jest ciekawa, a ta dzięki znakomitej grze perkusisty jest jedną z najlepszych jakie słyszałem. Fred Anderson jest obecnie w Polsce artystą znanym i cenionym (odkryto go za sprawą Kena Vandermarka, z którym zresztą nagrywał), jego umiejętności i doświadczenie sprawiają, że nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, przyznać trzeba - poziomu niedostępnego dla większości tych, którym wydaje się, że grają jazz. Warto natomiast podkreślić znakomitą grę Roberta Barry'ego, muzyka, który znakomicie akompaniuje i równie znakomicie improwizuje. Jego gra jest precyzyjna i skupiona, ale jednocześnie pełna inwencji i radości. Podobnie można by napisać o Andersonie. Ale zamiast pisać i czytać lepiej słuchać.
Płyta "Duets 2001" zawiera ponad pięćdziesiąt minut znakomitej muzyki stworzonej przez dwóch doświadczonych, wciąż pełnych inwencji muzyków, którzy pomimo wieku i stażu nadal cieszą się z grania. Zawiera free jazz wyrosły z tradycji lat sześćdziesiątych, ale co nietypowe dla tego rodzaju muzyki, Anderson i Barry grają bardzo delikatnie, nie ma tu żadnych pisków saksofonu, przedęć i innych środków wyrazu z upodobaniem stosowanych przez freejazzowych muzyków, również partie perkusji są łagodne i stonowane. Wielką zaletą tej płyty jest fakt, że nagrano ją w duecie. Możemy bowiem dokładnie wysłuchać partii obu muzyków, które przy bogatszej instrumentacji moglibyśmy przegapić lub po prostu zostałyby zagłuszone. Niektóre płyty nagrane przez duety sprawiają wrażenie jakby czegoś brakowało, jakby to była płyta tria lub kwartetu, z której ktoś przez pomyłkę wykasował niektóre partie. Tutaj tego nie ma. Choć słychać tylko dwa instrumenty to brzmienie jest kompletne.
Autor: Tadeusz Kosiek
Licencja CC-BY-NC-ND
Fred Anderson/Robert Barry - Duets - Thrill Jockey THRILL 101 (2001)
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Fred Anderson - Timeless (2006)
Dane mi było - i do tej pory pozostaje w pamięci niespotykanym doznaniem - posłuchać Freda Andersona na żywo. W Warszawie, na Pradze, w Fabryce... Wspaniały koncert. Wyobrażam sobie zatem, że gdy Andersonowi chciało się zagrać przed chicagowską publicznością było to dla niej równie doskonałe doznanie. Za każdym razem.
Fred Anderson, to taka postać, która łączyła czas. Gdzieś zawieszony między swingowym, a jakże Benem Websterem, a współczesnymi saksofonistami free. Grał jazz. I zawsze to był JAZZ wielkimi literami. Jest w tej muzyce coś absolutnie niesamowitego. Niezależnie od tego jak freewolna będzie sekcja rytmiczna, jego gra na saksofonie tenorowym stanowi jakiś naturalny pomost pomiędzy tym co było, a tym co jest. I będzie. Można kombinować przeróżne dźwięki. Można myśleć, że im bardziej jest się wolnym, tym bardziej prawdziwym. Fred Anderson, ze swoim bardzo w tradycji osadzonym soundem tenoru, z melodyką, w której i blue note wysłuchać bez trudu można wkraczal w sferę, czy stratosferę muzyki tak swobodnej, że wielu owym freezmysłom długo jeszcze będzie niedostępne.
"Timeless" to ot taki sobie koncert. Rejestracja z klubu, w którym sędziwy Pan ze swoimi o połowę młodszymi kompanami wychodzi na scenę i po prostu gra. I w każdym dźwięku jest zawarta jakaś prawda. Piekielnie swingująca prawda, z daleka od swingowych konwenansów jakiejś przedwojennej tancbudy. Potężne brzmienie tenoru, niesamowita sekcja, która dzięki Drake'owi ma jakiś afrykańsko-ludyczny charakter. Mocno do przodu. Ręczę, że nawet za sto lat - jeśli ten Globus tego dotrwa - muzyki tej będzie się słuchało z równym, może jeszcze większym zainteresowaniem, co obecnie. Chyba, że zjedzą nas plastiki produkowane przez celebrytów. Mam nadzieję, że to nie nastąpi i w końcu dojdzie ktoś do wniosku, że potrzebne jest nieco więcej niż kultura chamstwa. Wówczas - jak znalazł - są dźwięki zagrane przez Freda Andersona, Harrisona Bankdeada i Hamida Drake'a. Niosą najprawdziwszą prawdę o artyźmie jazzu. Dają i dbają o emocje. O duszę. Przecież cokolwiek by nie powiedzieć, ta muzyka - jazz - jest muzyką, która z duszy się rodzi. Może nie być - i częstokroć nie jest - skomplikowana niczym pajęczyna. Może nie być tak precyzyjna i oby nie była jak haiku. Miast tego niech się toczy i niech trafia. Trafiony - zatopiony. Jeśli do kogoś dotrą takie dźwięki już nigdzie indziej, żadnych innych nie będzie szukał. A jeśłi nawet to powróci.
Cóż, pamiętajmy, takiego muzyka jakim był Fred Anderson. Pamiętajmy, że taką - jak na Timeless - muzyką dawał nam wszystko czym jazz jest. Dawał jego esencję. Setki barw tworzone w minimalistycznym składzie. Setki wrażeń oparte jedynie na trzech instrumentach. Cudne, głębokie granie. Jeśłi, słuchając tej muzyki, nie poczujecie jej gdzieś głęboko w sobie, to pora zmienić swe przyzwyczajenia. Jazz wówczas nie jest dla Was. Dla mnie, jakiś jeszcze czas, będzie. Oby jak najdłużej.
Fred Anderson - Timeless (Delmark 568 (2006)