Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barry Guy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barry Guy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 listopada 2012

KJJ'2012: Barry Guy New Orchestra

Kiedy na scenie ma zagrać wieloosobowy band, zwykle wchodzi i rozpoczyna swą podróż. W jakimś celu, w jakieś miejsca. Niekiedy znane, innym razem kompletnie nieprzewidywalne. Tym razem zamiast dwunastoosobowej orkiestry zobaczyliśmy jedynie duet. Fernandez-Parker. Bonus niejako, bowiem w dniu koncertu swoją światową prapremierę miała ich płyta wydana przez Not Two. Zagrali. Jeden utwór, który stał na skraju tzw. muzyki współczesnej (nie lubię tego sformułowania; muzyka współczesna bowiem, to za chwilę mające się dziać misterium New Orchestry Barry'ego Guya i muzyka np. Lady Gagi, czy Linkin' Park, by o „majteczkach w kropeczki” nie wspomnieć) i muzyki improwizowanej, jednakże leżącej z dala od wpływów tej, która jako improwizowana jest najbardziej rozpoznawalna. Muzyki rodem z Ameryki. Ta była na wskroś europejska. Jakby przedłużenie Bacha-Chopina-i-kogokolwiek-z-wielkich-europejczyków byśmy nie byli sobie w stanie wymyślić. Improwizowana i zaplanowana jednocześnie. A może odwrotnie.
Drugi utwór koncertu, to już cała Nowa Orkiestra Barry Guya. Utwór kameralny, jak go zapowiedział lider zespołu. I... przeżycie niemal doskonałe. W kontekście muzyki, jaką winna prezentować Krakowska Jesień Jazzowa, była to propozycja zupełnie odmienna. Prędzej jej do sal, prezentujących współczesną kameralistykę, niż tych, które zapełnione są entuzjastami jazzu. Piękna kompozycja, ze znaczącą rolą skrzypiec, zupełnie nieimprowizujących, lecz nadającym ton i koloryt całemu dziełu. I uczucie, które towarzyszyło moim uszom i – chyba jeszcze w większym stopniu – umysłowi: jestem świadkiem, słuchaczem, czegoś absolutnie doskonałego. Po prostu dzieła. Gdyby koncert The Barry Guy New Orchestra skończył się po zaprezentowaniu zaledwie tego utworu, wszyscy słuchacze obecni na sali winni być i tak zachwyceni. Otrzymaliśmy bowiem dzieło, które prawdopodobnie chodziło po uszach wszystkich wielkich kompozytorów przełomu lat 60 i 70 ubiegłego wieku, kiedy to już wiadomo było, że jazzmani nie wyszli z tancbudy, tylko niosą ze sobą, ze swoimi pomysłami, wrażliwością, horyzontami absolutnie otwartą muzykę, ale której to muzyki żaden z tychże kompozytorów nie potrafił (lub nie miał możliwości) stworzyć. Skrząca się barwami, dysonansami piękna podróż w nieznane dyrygowana przez tego, kto to wszystko zaplanował – Barry Guya.
Przerwa.
Wyczekiwanie.
Część osób – nie sądzę, że na tramwaj – wyszła z koncertu. Intelektualne doznania pierwszej części, myślę, że przerosły wrażliwość wielu osób zajmujących miejsca w sali Mangghi.
Druga część. Zapowiedziana przez dyrygenta jako składająca się z dwu. Pierwsza, to utwór Evana Parkera „Vosteen 2”. Pierwsze skrzypce jednak, choć raczej należałoby powiedzieć saksofon, gra Trevor Watts. Myślę, że postać, której twórczość odmienna winna być od tak zakomponowanej formuły. Niemniej jednak, ekstatyczne solo nestora free improv, w jakiś niesamowity sposób wpisuje się w koncepcję utworu. Napięcie rośnie, nie tylko dlatego, że otrzymujemy muzyczną formułę bardziej swobodną i gwałtowną, od kameralistycznego wstępu w części pierwszej.
Jednak chyba, najdoskonalszym przykładem, kwintesencją doświadczeń tak lidera zespołu, jak i muzyków nań się składających, jest dopiero utwór trzeci – „Radio Rondo”. Poprzedzona zapowiedzią Barry Guya, która sama w sobie zapowiada i wprowadza transcendentalne doznania, spełnia je w dwójnasób. Może w trój zresztą, a może więcej. Gdzieś się w tej muzyce spajają wszelkie doświadczenia, jakich byliśmy świadkami w XX wieku. Pomysły i koncepcje, których realizacje nie powiodły się, nagle stają tuż przed nami. W namacalny sposób. Jazz? Cóż, ten pozostał gdzieś daleko, stając się jedynie – i to w dodatku nielicznym – elementem wszystkich doznań, które dochodzą do nas. Muzyka to cichnie, to nabiera gwałtowności. Gdzieś w tle jeszcze, ciąży w pamięci, że u zarania New Orchestra leżała konfrontacja trzech triów z udziałem Barry Guya. To bardziej aluzje, do tej koncepcji niż jej wykorzystanie. New Orchestra poszła w zupełnie swoim kierunku, będąc jednocześnie materią ściśle zakomponowaną i dającą swobodę improwizacyjną, co tu dużo mówić – absolutnie wielkim improwizatorom.
Ekstaza zamienia się w oklaski. Nie dziwi mnie, że trwają tak długo. Orkiestra wychodzi na scenę bodaj trzy razy, by na samym końcu przeistoczyć się w duet Guya z Parkerem. Niedługi, niespieszny. Ot uwieńczenie wieczoru, które samo w sobie mogłoby być zaczątkiem innych już, odmiennych od New Orchestry doznań.

Koncert miał miejsce 23.11.2012 r. w Centrum Sztuki Japońskiej Manghha w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej 2012

czwartek, 8 listopada 2012

Barry Guy / Marilyn Crispell / Paul Lytton - Ithaca (diapazon.pl)

Miejcie uszy szeroko otwarte, a oczy zamknięte. Dźwięk sam dojdzie do Was. Pełen niuansów. Pełen zmian. Wciąż zmienny. Gdy słucham najnowszej płyty Barry Guya, firmowanej wprawdzie przez niego wespół z Marilyn Crispell i Paulem Lyttonem, muzyka kojarzy mi się z... rtęcią.

Mieni się i wciąż zmienia. Jest czymś jednocześnie wspaniałym i nieosiągalnym. Gdy chcę jej dotknąć, gdy chcę poznać, zbliżę rękę... w tym samym momencie zmieni się. Pokaże nowe oblicze. To, którego chciałem dotknąć odejdzie w przeszłość. Stanie się historią. Ta muzyka ma wyłącznie dwa wymiary: przeszłość i przyszłość. W teraźniejszości jej nie ma. Nawet jak dzieje się właśnie przed Waszymi uszami, to przecież z chwilą, gdy dźwięk doszedł do uszu - już jej nie ma. Skrzy się niczym ogniki rajcujące w ognisku.

Jest poetycko piękna.
Jest delikatna i czuła niczym najwspanialsza kochanka.
I dosadna jak gospodyni domowa.
Zgiełkliwa niekiedy nawet.
Mieniąca się barwami.... Gdyby ją chcieć przełożyć na język słów, chyba należałoby użyć takich właśnie metafor. Związanych z barwami. Opisać jak abstrakcyjny obraz. Skojarzenia, które się pojawiają są bliższe pojęciowemu zestawowi należącemu do sztuk plastycznych bardziej, niż do jakichkolwiek innych.

To doprawdy piękna muzyka dla wymagającego słuchacza. Dla kogoś, kto wysłuchawszy dziesiątków triów fortepianowych, znudził się nieco tym, że w tle gra sekcja, że z przodu fortepian rozgrywa swe tematy, że... Bill Evans, Keith Jarrett, Art Tatum, Eroll Garner, McCoy Tyner, Herbie Hancock... Marilyn Crispell jest jedyna w swym rodzaju. Ta płyta przywraca wiarę, że nie stała się jednym z wyrobników Manfreda Eichera w jego świecie dźwięków tak cichych, że aż niedostępnych dla nikogo. Tak ładnych, że aż przestaje się ich chcieć słuchać. Bo słuchanie może doprowadzić do skruszenia. Nie słuchacza, a muzyki.

Barry Guy jest zaś alfą i omegą. Jest spiritus movens tego dzieła. Niepospolity dobór dźwięków, choć utkany z od lat znanych środków wyrazu. Mistrzostwo świata. Czapki. Z głów. I Paul Lytton, może najmniej przeze mnie lubiany. Może... Bez sztuczek, bez pozorów, bez prób pokazywania, że muzyka jest obok. Nie w tym miejscu, w którym jesteśmy. I... jak zwykle niepospolity. Odmienny. Nierealizujący funkcji perkusji, a wspomagający jedynie, współtworzący muzykę.

Wielkie brawa. Jedna ze wspanialszych płyt, jakie ostatnio słyszałem. Niestety nie dla każdego. Nie wyobrażam nawet sobie, by osoby nieosłuchane choćby z awangardowym jazzem lat 60. byłyby w stanie skupić swe zmysły na niej. Nie wyobrażam sobie, by osoby, wielbiące ponad wszystko melodyjność zwykle tak bliską triom fortepianowym, były w stanie ogarnąć muzykę roztaczaną przed uszami słuchacza. Ta muzyka - jeśli tylko chcieć, jeśli tylko dać się ponieść - jest wszechogarniająca. Jest czymś na kształt absolutu. Powiem raz jeszcze: czapki z głów i wielkie brawa!

Barry Guy / Marilyn Crispell / Paul Lytton - Ithaca, Intakt 096, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 25.03.2005 r.