Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muhal Richard Abrams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muhal Richard Abrams. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 kwietnia 2015

Jack DeJohnette - Made in Chicago

O tej płycie było już od jakiegoś czasu wiadomo. Szczęśliwcy, którzy byli na otwarciu Chicago Jazz Festival w 2013 r. z muzyką tego kwintetu gigantów już się zapoznali. Inni wyczekiwali na nią z niecierpliwością (zob.: ). W końcu jest.

Kiedy na scenie, czy w studio, pojawia się zespół złożony z samych Wielkich, szczególnie tych uznawanych za najbardziej kreatywnych, wielu miłośników jazzu chciałoby, aby ich muzyka wytyczyła jakieś nowe horyzonty, by pokazała coś, czego jeszcze nie było. Często nic z tych rzeczy i przez pryzmat własnych oczekiwań oceniamy taką płytę, czy koncert jako "dobry, no, ale...". Niestety wielu fanów jazzu popełnia ten sam błąd. Zamiast cieszyć się muzyką, ma wiecznie niespełnione oczekiwania. Chyba jeszcze w większym stopniu choroba ta dotyka krytyków jazzowych, którzy jeśli wybrzydzać nie będą, to się będą źle czuć. A już szczególnie, gdy można napisać, że "dobre, ale...". Ale nic nie wnosi, niczego nie ukazuje, niczego nie udowadnia... Takich twierdzeń jazzowi krytycy mają w swoich zbiorach copy&paste na potęgę. Bez sensu. Gdzieś przestaje się człowiek fascynować muzyką, przestaje jej słuchać dla zwykłej przyjemności, a jedynie oceniać chce przez pryzmat swoich, niezaspokojonych oczekiwań.

Zatem, wpisując się w ów bezsensowny światek napiszę od razu: nie łudźmy się, zawarta na tej płycie muzyka nie wyznacza żadnych nowych horyzontów. Prezentuje kawałek tortu, którego każdy z pięciu jej autorów kiedyś już dotknął. Ba, dotknięty został również pewien idiom chicagowskiego jazzu, tego który zdarzył się i zdarza od pierwszego rzutu muzyków związanych z AACM. Koniec. Tyle, że ja nie miałem wobec tej płyty żadnych oczekiwań. Po prostu niech się srebrna płytka kręci i niech gra muzyka. I zobaczymy, czy cieszyć będzie, czy nie. Czy będzie się chciało do niej wracać, czy nie.

I... i cieszy. Mnie cieszy. Przedstawia ten rodzaj muzycznego świata, gdzie mogę się skupić na całym jej przekazie, mogę sobie wyizolować jakiś jej fragment i słucham z przyjemnością. Być może dlatego, że przedstawiona tu muzyka jest po prostu... uczciwa? Pomimo lat, jakie upłynęły od wspólnego ich grywania, zachował się, czy też lepiej rzec, wytworzył między nimi jakiś rodzaj empatii, który potrafi wciągnąć w te dźwięki. I choć całość tej muzyki jest w sumie bardzo stonowana, to potrafi wciągnąć słuchacza do jakiejś emocjonalnej gry.

Z pewnych względów, pewnie będzie ona rozważana jako kandydatka do "płyty roku". Ja mam nadzieję, że pozostanie na dłużej.

Jack DeJohnette - Made in Chicago, ECM 2392, 2015

niedziela, 11 listopada 2012

Marty Ehrlich's Dark Woods Ensemble - Emergency Peace (diapazon.pl)

Kiedy słucham takich zespołów, jak Dark Woods Ensemble, czy duetów Ehrlicha, niemal zapominam, jak intensywna i żarliwa może być gra tego muzyka.

A przecież w swoim kwartecie, czy też gdy występuje gościnnie u innych muzyków, potrafi zagrać energicznie, energetycznie, nie obca jest mu także stylistyka free. Myślę zresztą, że owe swobodne myślenie jest słyszalne niemal w każdej formacji Ehrlicha, chociaż nie zawsze jest to estetyka free jazzu.

Trio Dark Woods Ensemble powstało by eksplorować zestawienie klarnetu (przede wszystkim, albowiem multiinstrumentalista Ehrlich, nie odmawia sobie gry także na innych instrumentach) z największymi instrumentami smyczkowymi: wiolonczelą i kontrabasem. W tej formule występuje już kilkanaście lat, choć nie zawsze w tym samym składzie. Z zespołem tym występowali tacy wiolonczeliści jak: Hank Roberts, Abdul Wadud, czy Erik Friedlander i basiści: Lindsey Horner, Mark Dresser i Mark Helias. Niekiedy skład zespołu, jak w dwu utworach na tej płycie ulegał poszerzeniu, stając się kwartetem (poszerzony albo o pianistę Muhala Richarda Abramsa albo o gitarzystę Marca Ribota), a nawet kwintetem (wraz z Vincentem Chanceyem na waltorni i Donem Aliasem na instrumentach perkusyjnych).

W zasadzie jaka jest ta i wszystkie następne płyty stworzone pod szyldem The Dark Woods Ensemble wyjaśnia sama nazwa - zawiera ona mroczną, tworzoną przede wszystkim przez instrumenty drewniane muzykę. Nie inaczej jest na tej płycie. Pozbawiona instrumentów perkusyjnych muzyka dzieje się w pewnym abstrakcyjnym zawieszeniu. Choć nie można mówić, by muzyka ta była pozbawiona rytmu. Jest on grany i wyczuwany, ale na takiej zasadzie jak np. w klasycznych kwartetach smyczkowych, choć tu rytmika ma mimo wszystko większą intensywność.

Nie będę się wypowiadał jeszcze raz o kompetencji improwizacyjnej Ehrlicha. Nie nagrał on bowiem chyba jednoznacznie złej, czy nawet jedynie niedobrej płyty, zawsze dając się poznać od najlepszej strony. Na "Emergency Peace" występuje z wieloletnim partnerem Juliusa Hemphilla (który jest jakby "ojcem duchowym" Marty'ego Ehrlicha) i ponoć najciekawszym jazzowym wiolonczelistą Abdulem Wadudem, a także z Lindseyem Hornerem, basistą funkcjonującym raczej w kręgach awangardy jazzu. Do tego podstawowego składu w dwu kompozycjach (jednej własnej) dołącza ojciec AACM Muhal Richard Abrams - samo to już powinno ukazywać jaką renomą cieszy się Ehrlich (jak napisał, któryś z krytyków "mało znany saksofonista").

Nie odpowiem jednoznacznie, czy ten skład jest lepszy, czy gorszy od pozostałych. Udział Abramsa rzeczywiście ubarwia i kompozycję Ehrlicha "Dusk" i jego własną "Charlie In The Parker". Płyta zawiera też wyśmienite fragmenty nagrane jedynie w triu, jak choćby utwór tytułowy, czy hemphillowski "The Painter". Wydaje się, że koncepcja ciemno-drzewnego tria Ehrlicha jest na tyle skrystalizowana i realizuje ją przy pomocy wybitnych instrumentalistów, że w zasadzie konkretny skład nie wpływa na jakość muzyki. Jeśli miałbym wskazywać czym się różni ten skład od najbardziej popularnego (na płytach) z Heliasem i Friedlanderem, powiedziałbym, że jest on odrobinę jaśniejszy w brzmieniu i bardziej ruchliwy. Ale jedynie odrobinę.

Marty Ehrlich's Dark Woods Ensemble - Emergency Peace, New World/CounterCurrents, 80409-2, 1991, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 19.05.2002 r.

czwartek, 8 listopada 2012

Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views (diapazon.pl)

Abrams jest jednym z wielu wybitnych muzyków, którzy w Polsce są prawie w ogóle nieznani. W moim przekonaniu winę za ten stan rzeczy ponoszą luminarze Polskiego Radia, którzy wciąż prezentują tych samych wykonawców i te same utwory.

Abrams nie jest zatem popularny, nie jest nawet znany. Szkoda, bowiem zasługuje na szersze uznanie. Niestety też dosyć utrudniony jest dostęp do jego płyt, a nadto jeszcze brak jest oceny tych płyt, stąd nie wiadomo, które są warte uwagi, a które znacznie gorsze.

Tym razem nie ma wątpliwości - "One Line, Two Views" jest jedną z lepszych w dorobku, tego interesującego muzyka, kompozytora i aranżera. Abrams jest kolorystą. Jest muzykiem mającym własne wyobrażenie o dźwiękach, jakie składają się na idiom jazzu - drogą tą podąża od lat. Muzyka Abramsa jest zatem skrząca się tysiącem braw i odcieni, gdy trzeba - ostra w free jazzowych kotłach, gdy trzeba - łagodna jak twórczość romantyków.

Aby osiągnąć ten cel, na płycie zgromadzeni zostali wybitni instrumentaliści. Na trąbce gra Eddie Allen - mało popularny trębacz, a szkoda. Jego zmysł melodyczny, improwizatorski stoi na najwyższym poziomie, biegłość techniczna jest bez zarzutu, ale to ostatnie to truizm, przy obecnym poziomie muzyków. Saksofon altowy, klarnety obsługuje dosyć znany już chyba Marty Ehrlich, muzyk od lat związany z nowojorską awangardą, kontynuator idei Dolphiego. Do tego jeden z najwybitniejszych obecnie skrzypków jazzowych - Mark Feldman. I znany z kręgów awangardy wibrafonista Bryan Carrott. Dodatkowo jeszcze słyszany ostatnio w kapeli Threadgilla akordeonista Tony Cedras.

To właśnie z połączenia wybitnych kompozycji, oraz umiejętności poszczególnych, wybitnych przecież muzyków, tworzy się ta wysoka jakość. Przepiękne współbrzmienia, z rzadka spotykane w muzyce w ogóle, a w jazzie w szczególności. Bo kiedy ostatnio słyszeliście połączenie wibrafonu i akordeonu? Wibrafonu i skrzypiec? Dwóch klarnetów basowych i kontrabasu? Fortepianu rodem z Chopina i akordeonu? Takie zestawienia kojarzą się raczej z inną, i nie jazzową muzyką, a tu zestaw rodem z innej bajki, a muzyka - dla mnie to jest jazz.

Mam nadzieję, że także inni amatorzy jazzu zapoznają się z tą muzyką i zaakceptują ten rodzaj dźwięków, ten rodzaj ekspresji i niewątpliwego piękna, jakie zawarte jest na tej płycie. Truizmem jest mówienie o kompetencjach wykonawczych, ale podporządkowani reżimowi Abramsa muzycy grają doprawdy wspaniałe dźwięki (ot, choćby sola Allena, Carrotta i Ehrlicha w utworze drugim zwieńczone minimalistycznym solem lidera).

Piękna, barwna (dodajmy jasnymi barwami odmalowana) płyta. Gorąco polecam.

Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views, New World/Counter Currents, 80469-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 15.02.2002 r.