Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Morris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Morris. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2013

Joe Morris - At the Old Office (diapazon.pl)

Kwartet prowadzony przez Joe Morrisa uznać chyba trzeba za rozszerzenie koncepcji jego akustycznego tria o czwartego członka zespołu. Gitarzysta nie ułatwia nam jednak sonorystycznych skojarzeń, albowiem skład z gitarą i skrzypcami, bądź altówką - jeśli pamięć mnie nie myli - nieczęsto się zdarza. Zwłaszcza, że owym czwartym członkiem zespołu jest nietuzinkowy wiolinista, albowiem Mat Maneri.

Chciałoby się rzec, że jak w "zwykłym kwartecie" istota muzyki rozwijać się będzie właśnie pomiędzy obu solistami. I w zasadzie tak jest, choć to duże uproszczenie. W tym kwartecie, za wyjątkiem długości utworów, wszystko rozwija się w "mikro-świecie". W zasadzie nic dziwnego - mikrotonalizm Maneri praktycznie wyssał z mlekiem... ojca. Ale i solówki Morrisa oparte są na mikro frazach. Szczególnie widoczne to w pierwszym utworze, który ma dość otwartą formę, praktycznie bez typowej ingerencji sekcji rytmicznej, która również podporządkowuje się owej mikro zasadzie. W drugim utworze pojawia się porządkujący muzykę fundament rytmiczny, dość motoryczny zresztą, oparty niemal na jednej figurze basowej. To na jej tle prowadzone są opowieści gitarzysty i altowiolinisty. Mimo jednak owej o wiele bardziej wyrazistej sekcji, muzyka znów rozgrywa się w owej mikro skali.

I tak jest mniej więcej do końca płyty. Kompozycje mają dość otwartą formę, jednak słychać, że są to... kompozycje, że muzyka dostała swój konkretny wymiar zanim jeszcze została zagrana. Oczywiście - jak zwykle bywa u Morrisa - kompozycje te dają wiele wolności poszczególnym muzykom dla kreacji swego wizerunku. Chciałoby się zatem rzec - free jazz. I myślę, że z braku innych, lepszych etykietek, to najlepsza z możliwych. Jeśli jednak mowa o muzyce free, to patronami jej nie będą ani Coleman, ani późny Coltrane, ani Taylor. Sama gra gitarzysty przywołuje skojarzenia z bodaj pierwszym gitarzystą free - Billem DeArango - na którego wpływ, Morris bodaj nigdy się nie powoływał. Z drugiej strony, kompozycyjny charakter utworów i ogólna ich koncepcja pozwala na przyjęcie, że jeśli jest to free jazz, to jego początku poszukiwać można raczej w koncepcjach Joe Maneriego niż wielkich ojców tej muzyki.

Nie jest to muzyka łatwa i miła. Prawdopodobnie wymaga pewnego przygotowania i być może powolnego wchodzenia w świat tych dźwięków. Prawdopodobnie mało komu spodoba się od pierwszego wysłuchania. Trudno w niej szukać jakiejś efektowności, czy schlebiania popularnym gustom. Jeśli jednak poświęcimy jej chwilę, to prawdopodobnie okaże się, że ma w sobie jakieś zniewalające piękno. Przynajmniej ja ją tak od kilku lat postrzegam.

Joe Morris - At the Old Office, Knitting Factory, KFR-272, 2000; recenzja ukazała się po raz pierwszy w Diapazon.pl dnia 29.10.2004 r.

sobota, 1 czerwca 2013

Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite (diapazon.pl)

W mojej prywatnej opinii "Cosmic Suite" to bodaj jedna z najważniejszych płyt wydanych przez Not Two. Ba, jedna z najważniejszych pierwszej dekady XXI wieku. Dlaczego? Cóż, jeśli kilka lat temu niemal cała prasa muzyczna obwieściła Wayne'a Shortera z jego Quartetem najistotniejszą formacją współczesnego jazzu, widząc w tym muzyku tego, który niesie obecnie ów kaganek przypisywany niegdyś Milesowi, a wcześniej Birdowi itd., to nagranie również kwartetu, ale Matthew Shippa musi być postrzegane w tych samych kategoriach.

Nagrana suita jest absolutnie wyjątkowa. W moim przekonaniu utożsamia pewien punkt, w którym znalazł się XXI-wieczny jazz. To nagranie można byłoby przyrównać do tego typu dzieł, jak choćby "The Shape of Jazz to Come". Choć tamto nagranie, w ówczesnych latach, było postrzegane jako awangarda, zaś "Cosmic Suite" winno być postrzegane jako punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat tego, co ze sobą może przynieść muzyka jazzowa najbliższych lat. Z tego punktu widzenia, nagrania kwartetu Shippa powinny być charakteryzowane jako mainstream naszych czasów. To muzyka, w której jednoczą się wszelkie doświadczenia, wszelkie trendy, jakie do chwili obecnej jazz wypracował. Nagrania tu przedstawione przynoszą doświadczenia zarówno dotychczasowej kompozycji jazzowej, jak i ukazują wypracowane, idiomatyczne elementy improwizacji jazzowej. Nie mam złudzeń: jazz pełną gębą, który czerpie w równej mierze z Dolphy'ego, jak i z Braxtona. Z Parkera i Ornette'a. Z Davisa, Shortera... z Giuffre'go. Jedyne, czego tutaj próżno szukać to eksperymentów łączenia jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Stąd mówię, że nagranie to jest absolutnym przykładem jazzowego idiomu, wymagając bardziej rozbudowanej analizy niż ramy tej recenzji, jak i również zdecydowanie bardziej analitycznego podejścia.

Kilka słów, których ja nie lubię, zaś lubią czytający recenzje płytowe:

"Cosmic Suite" jest suitą. Skomponowaną z dziewięciu części spójną opowieścią, jaką snują Shipp, Carter, Morris i Dickey. Muzyka toczy się głównie w wolnych tempach. Melodycznie praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek punktów zaczepienia. Trudno przewidzieć, w którą stronę muzyka się potoczy na podstawie dotychczas wysłuchanych dźwięków. Może w każdą. Dokonywany przez muzyków wybór wszelkich środków, jest podporządkowany pewnie zamysłowi lidera, jednakże słuchając Suity, wcale nie jest to takie oczywiste. W każdej chwili, zaprezentowane rozwiązanie jest na swój sposób zaskakujące. To wielka sztuka. Podobnie, jak sztuką jest przykucie uwagi słuchacza, do muzyki bez melodii, bez wyraźnego rytmu, co w dużej mierze charakteryzuje to nagranie, a właśnie tak się dzieje. Każdy dźwięk jest preludium zaciekawienia. Każda nuta każe wysłuchać swej kontynuacji. Wielka to sztuka.

Słowa o muzykach biorących udział w sesji, praktycznie tu nie będzie. Z jednym wyjątkiem, któremu się oprzeć nie mogę. Daniel Carter. Proszę zwrócić uwagę na jego grę. Jeśli ktokolwiek w pamięci ma nagrania TEST-u, autorskich płyt Cartera, jego wspólnych poczynań z Sabirem Mateenem, jeśli ktokolwiek posłuchał go na żywo to poczuł tę energię, z której się składa jego muzyka. To zaiste kształtowane przez niego na dowolnym instrumencie, na którym tu gra linie melodyczne, ich przemyślność, nasycenie i sposób budzenia emocji są zupełnie nieprzystające do tamtych doświadczeń. Taki Carter znany mi jest jedynie z jednego koncertu formacji TEST, sprzed kilku lat, krążącego w internecie. Wielbię Daniela za niemal każdy zagrany dźwięk. Za każde wypowiedziane przez niego słowo. Za inteligencję, która go charakteryzuje. Całą swoją mądrość i doświadczenie włożył tu w swoją grę. Jest doskonały. Jeśli wspomnianego wcześniej Shortera ceniło się właśnie z uwagi na absolutnie przemyślane improwizacje, emocjonalizm, elegancję jego gry, to te same epitety winny być świadectwem Cartera. Doprawdy wielki to muzyk.

Na koniec kilka niemal zwyczajowych, w moim przypadku, słów: do kogo muzyka ta jest adresowana, a do kogo absolutnie nie. Otóż sprawa wydaje się być prosta. Płytę z daleka winni obchodzić sympatycy tych odmian jazzu, którzy tu nie zaglądają. Jeśli dla kogoś współczesny jazz, to nagrania np. pana Bottiego, winien płytę omijać szerokim łukiem. Jeśli dla kogoś współczesna pianistyka jazzu, to pani Krall, również nie powinien wystawić swych uszu na takie przeżycie, jakim jest Shipp. Nie mówiąc już o sympatykach muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej, którą kilku recenzentom udało się wmówić jako jazz. Z drugiej strony, nie przewiduję również zachwytu tą muzyką wszystkich, którym jazz kojarzy się wyłącznie z cudownie rozpasanym swingiem. Z melodyjnością jak w Take Five. Pozostali, spragnieni nieco inaczej zakręconego jazzu winni po nią sięgnąć. Szczególnie zaś pragnąłbym, by z nagraniem tym zapoznali się ci, którym podobała się "Footprints live!" Wayne Shorter Quartet. Ręczę, że podobnego rozmiaru to arcydzieło.

Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite, Not Two, MW 798-2; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 8.09.2009 r.

wtorek, 13 listopada 2012

Daniel Levin Quartet - Don't Go It Alone (diapazon.pl)

Kupowanie płyt w ciemno, nie znając z niej ani jednego dźwięku, ba - nie znając artysty firmującego płytę, jest jak gra na ruletce. W ruletkę nie gram - uprawiam natomiast opisany tu hazard. Tym razem wygrałem! I to jak!

Od szeregu dni, ta muzyka mnie zniewala. Przyznam, że nie wiem, kto to jest Daniel Levin, ale z kolegami z zespołu wykreował muzykę po prostu piękną. Pierwsze, co się rzuca "w uszy", to przepiękne aranżacje rozpisane na dość nietypowy skład: wiolonczela, kornet, wibrafon i bas. Współbrzmienie tych instrumentów jest zaiste cudowne. Kreuje obraz, który mógłby z wielkim powodzeniem wpisać się w eicherowskie hasło muzyki o stopień powyżej ciszy. Niemniej jednak płytę wydało nie niemieckie wydawnictwo, ale mała, niezależna oficyna należąca do Joe Morrisa - Riti Records.

Są takie płyty, które przynoszą spokój i ukojenie. Ilekroć słucham tej propozycji, uczucia te są moim doznaniem. Pomimo pojawiających się napięć pomiędzy muzykami, tym co - przynajmniej dla mnie - przynoszą te dźwięki, jest emanujący z nich spokój. W jakimś stopniu, muzyka ta odnosi się do tristanowskiej tradycji cool jazzu, sprzed sześćdziesięciu już lat. Trudno, byłoby jednak uznać tę muzykę za wtórną. Jest na wskroś nowoczesna, choć próżno szukać tak modnych ostatnio eksperymentów z elektroniką, klubowych brzmień, czy nawiązań, przynajmniej rytmicznych, do stylistyki hip hopu.

Jeśli pamięć i wiedza mnie nie mylą, w zespole grają biali muzycy. Być może zatem owe elementy, które wymieniłem, traktowane jako część kultury murzyńskiej, po prostu nie są ich językiem. Językiem Levina, Ballou, Morana i Morrisa jest natomiast cool i w pewnym stopniu free. Pewnie nie jedna osoba, która z płytą tą miałaby do czynienia zaliczyłaby ją do free improvu. Być może; zresztą takie porównania brzmieniowe nasuwają się same. Jednak nie wydaje mi się, by muzyka ta powstała w sposób właściwy dla free. Nie darmo, jako kompozytor wszystkich utworów figuruje lider kwartetu. A skoro już jesteśmy przy kompozycjach. Trzeba od razu, wyraźnie powiedzieć - nie należy doszukiwać się w nich melodyjności. Nawet próżno szukać jakichś wyrazistych tematów. Muzyka składa się z impresji kreowanych przez poszczególnych artystów. Robią to wybornie.

Daniel Levin Quartet - Don't Go It Alone, Riti, 9, 2003, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 13.12.2003 r.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Joe Morris & Mat Maneri - [soul search] (diapazon.pl)

Przyznam, że do płyty tej podchodziłem jak pies do jeża. Duet. Gitara i skrzypce. Brak sekcji. W dodatku wówczas (czyli w chwili wydania tej płyty) znane mi nagrania kwartetu Morrisa prowadziły mnie do poglądu, że Morris jest najsłabszym ogniwem tego zespołu. Wniosek był zatem jeden - nie dla mnie nagrania tego duetu. Jakże się myliłem!

Ta płyta przez dłuższy czas, nie schodziła z mojego odtwarzacza. Rewelacja! Propozycja Morrisa i Maneriego to przede wszystkim nietypowy świat dźwięków. Jedynie dwa instrumenty, ale w zaiste niepospolitym połączeniu: elektryczne gitara i takież skrzypce. I trzeba od razu powiedzieć: nie tylko niepospolite połączenie, ale i niepospolici muzycy.

Joe Morris i Mat Maneri. Muzycy, należący do tej ich "kasty", która zawsze potrafi czymś zaskoczyć. Przecież doskonale mogą być znani z Joe Morris Quartet. Jednak płyta dwu frontmanów tego kwartetu może być sporym zaskoczeniem. Nie tylko dlatego, że muzycy pozbawieni zostali rytmiczno-harmonicznego kontekstu perkusji i basu. Przy braku jakichkolwiek elektronicznych ingerencji w dźwięk swych instrumentów, które są po prostu jedynie amplifikowane, obszar sonorystyczny, w którym poruszają się muzycy jest niespotykany. Z jednej strony gęste, ale mimo wszystko niespieszne improwizacje Morrisa, z drugiej strony mikrotonalne skrzypce Maneriego, które miejscami zajmują na tej płycie miejsce właściwsze raczej dla basu lub chociażby wiolonczeli.

Muzycy mają wiele czasu dla wspólnych improwizacji, dla wzajemnego opowiadania, komentowania, dla kreacji nietypowych współbrzmień. Takie podejście zwykle znamionuje muzykę powstającą na żywo, bez uprzednich uzgodnień. Jednak znając gitarzystę spodziewać się raczej można byłoby, że przynajmniej jakiś podstawowy zrąb poszczególnych utworów nosi znamiona kompozycji. Z drugiej strony ani okładka płyty, ani też autorski tekst Morrisa nie przychodzi z żadną pomocą, nie zawierając nawet tak podstawowej informacji jak i czyje kompozycje zostały zarejestrowane. Czy mamy zatem do czynienia z free improv? Chyba raczej nie. Prędzej są to improwizacje wywiedzione przynajmniej z jakichś "strzępów" kompozycji. I właśnie owe improwizacje i brzmienie duetu tak zachwyca.

Dla mnie jedno z większych prywatnych odkryć ostatnich miesięcy.

Joe Morris & Mat Maneri - [soul search], AUM Fidelity, AUM014, 2000, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 17.12.2004 r.


sobota, 10 listopada 2012

Stone House - Likewise (diapazon.pl)

Za tajemniczo brzmiącą nazwą zespołu Stone House ukrywają się dość znani dla wielbicieli takich wytwórni, jak Cadence, CIMP czy AUM Fidelity muzycy: Luther Gray, Joe Morris i Rob Brown.

Pomimo udziału gitarzysty w tej sesji, próżno szukać w nagraniach brzmienia gitary. Joe Morris coraz częściej sięga po kontrabas i właśnie w roli kontrabasisty pojawia się także tutaj. Dopisek na kopercie - kopercie, albowiem płyta wydana jest tak, jak niegdyś wydawane były longplaye - brzmi: wszystkie utwory zostały wyimprowizowane przez członków tria.

Spierać się można, czy takie podejście do muzycznej materii jest lepsze, czy gorsze od grania utworów skomponowanych, nawet z improwizacjami. Jest po prostu inne. Faktem jest, że dzięki takiej metodzie zawsze otrzymujemy materiał wcześniej niesłyszany. Faktem również, że ten sposób grania, jako swoisty muzyczny ekshibicjonizm, jest często bardziej szczery od grania wcześniej zaplanowanego materiału (nie umniejszając jego jakości). W końcu też faktem jest, że bywają nagrania tego typu na doskonałym poziomie. Wszystko zależy od splotu bardzo wielu czynników. Jak zawsze.

Przyznam na wstępie, że wolę nagrania tego typu w wersjach koncertowych. Niestety "Likewise" taką płytą nie jest. Jaką jest? Myślę, że dla wielbicieli takiej estetyki - bardzo dobrą. Muzyka, która powstała, bliska jest w swej stylistyce współczesnemu free jazzowi. I nic dziwnego, skoro grają tu postaci z "górnej półki" obecnego środowiska free jazzu. Wyimprowizowanie materiału, brak jakichś wstępnych ustaleń powoduje, że poszczególne utwory nie układają się w ciąg powtarzających się na przemian tematów i solówek. Każdy z nich jest improwizacją trzech równoprawnych solistów. Nie będę jednak twierdził, że oto mamy do czynienia z rzeczą wyjątkową, która nie zna precedensu w dziejach muzyki. Wręcz przeciwnie, powtórzę, Ci którzy lubią pojawiające się na wcześniej wymienionych wytwórniach, szczególnie zaś CIMPie, nagrania różnego rodzaju tercetów, będą się czuli jak ryba w wodzie z tą propozycją. Pozostałych - obym się mylił - pewnie nie zainteresuje. Szczególnie tych, którzy przywykli do melodyjnych tematów, czy do "melodyjek" pojawiających się na bardziej przystępnych nagraniach. Innymi słowy propozycja to dla świadomego słuchacza, który potrafi ją docenić.

Stone House - Likewise, Riti 8, 2003, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 22.11.2003 r.

czwartek, 8 listopada 2012

Dennis González Boston Project - No Photograph Available (diapazon.pl)

Rozpocznijmy od końca: perkusja, a za nią Croix Galipault. Przyznam, że słucham jazzu od wielu lat, płyt niezmierne ilości przeze mnie przeszły i przechodzą, ale o panu Galipaulcie niewiele mogę powiedzieć. Tzn. nic. Gra, swingując cichutko. Nie narzuca się, nie ma żadnych fajerwerków, ale cały czas jest dyskretnie i w sumie ciekawie obecny.

Atut. Kontrabas. Jeśli komuś jeden mało, to na tej płycie znajdzie dwa. Od razu trzeba wspomnieć, że jeden jest "obsługiwany" przez muzyka będącego przede wszystkim gitarzystą. Joe Morris. Znamy i lubimy, a przynajmniej ja. Lubię tę jego "nerwową" grę, także na kontrabasie. Drugi bas jest w rękach Nate'a McBride'a. Też znamy, też lubimy i cenimy. Przynajmniej ja. Dwa kontrabasy? Dwa grzybki w barszczu? W sumie, nie. I żeby było "dziwniej" wcale jeden z kontrabasów nie gra melodycznie, a drugi rytmicznie, jak zwykle dzieje się w takich sytuacjach. Po prostu rytm jest gęsty. Niekiedy bardzo. Jednak nagranie, z wycofanymi kontrabasami nie narzuca i nie przytłacza ich brzmieniem.

Saksofony (alt, tenor i baryton) to domena Charliego Kohlhase'a. Znamy z jego własnych dokonań. Podobały się. Tu też narzekać nie można. Trąbki - Dennis González, sprawca zamieszania, dusza niepokorna i niespokojna. To taki muzyk, przy którym można po prostu napisać: artysta, nie wymieniając żadnych instrumentów, na których grywa.

Boston Project jest dość typowy, mimo dwu kontrabasów. Przynosi muzykę mieszczącą się gdzieś w granicach współczesnego mainstreamu (tyle, że w moim rozumieniu tego terminu). I daje niesamowitą przyjemność słuchania. Swinguje jak za dawnych dobrych lat. Nogi niemal się rwą do tańca. A jeśli nawet nie, to tap factor niewątpliwie jest wysoki. Do tego dochodzą fajne solówki głównych melodyków, zorganizowana całość projektu i wyłaniające się przeróżne składy z kwintetu. Diablo miło się tego słucha i niech tak przez długie lata pozostanie.

Dennis González Boston Project - No Photograph Available, Clean Feed, CF056, 2006, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 23.12.2006 r.

środa, 14 marca 2012

Joe Morris - Wildlife

Matrix-Reinkarnacja.

Nie Matrix jednak. Panie, Panowie... mam niewątpliwy zaszczyt ogłosić: Bird-Reinkarnacja.

Ileż to razy poszukiwaliśmy Birda od chwili jego śmierci. Gdzieś fani jazzu zawsze dążyli do tego absolutu. Intensywności gry. Melodyce sprzęgniętej z rytmem. To był saksofonista, który na zawsze zmienił pojmowanie jazzu.

Petr Cancura. Gra na saksofonach altowym i tenorowym. Tutaj gra wraz z o wiele lepiej znanymi Joe Morrisem, który tym razem pieści kontrabas i Lutherem Grayem. Trio doskonałe. Cztery zamieszczone na płycie improwizacje odległe są od świata bebopu, z którym utożsamiany jest Parker. Od Jego czasów upłynęło już pół wieku. Muzyka jest inna. Inaczej grana. Duch jednak może pozostać. Można grać zupełnie swobodnie, a jednak bop. Można grać free i bop równocześnie. Ktoś to nam uświadomił? Tak, oczywiście - późne nagrania kwartetu Theloniousa Monka. Nowy zespół Morrisa idzie jednak o krok dalej. Tworzy free z taką konotacją bopową, że stanowi ona nierozerwalną całość. Soczystość bopu miesza się ze swobodą free. Tu nie czas i nie miejsce na "basowe" pochody. Morris jak był niecodziennym i nietuzinkowym gitarzystą, tak jest takim samym kontrabasistą. Gray gra w o wiele bardziej przewidywalny sposób, co nie znaczy, że w jakikolwiek sposób nudny. Robi swoje. Zagęszcza rytm. No i Cancura, który - jak dla mnie, oprócz lidera - jest bohaterem tej sesji. Intensywność gry w Geomatic spodowowała moje porównanie z Parkerem. W Ticket jest już zdecydowanie bardziej... hmmm... "sandersowato"? Nie ma żadnych kalek. Nie ma cytatów. Jest świetna, intensywna zarówno bopem, jak i free gra całej trójki muzyków.

Po prostu, genialnie się tego słucha. Micha się cieszy od ucha do ucha i niech tak pozostanie. Proszę o więcej. Zdecydowanie więcej.
Oby

Joe Morris - Wildlife - AUM Fidelity AUM056 (2009)