To świat dźwięków podobnych do "Chimery" Friedlandera, tyle, że ta ostatnia jest jakby bardziej surowa. Zadziwiające jest to, iż obie płyty ukazały się w tym samym 1995 roku.
"Green Dolphy Suite" to kolejny przyczynek do współcześnie rozumianego Trzeciego Nurtu. Wszyscy już jakby zapomnieli o dawnych poczynaniach Schullera. Wydawało się, że Trzeci Nurt to melodia przeszłości - kierunek, który sprowadził jazz (i muzykę poważną) na manowce, a tymczasem okazuje się, że od końca lat 70. nurt ten rozwija się. Nie chcę powiedzieć, że przechodzi jakiś revival, ale musiało się chyba tak stać, że coraz lepiej wykształceni muzycy jazzowi zapragnęli pokazać się światu w muzyce należącej jakby do obu kategorii.
Obecny Trzeci Nurt, to odłam o wiele bardziej dojrzały. Wreszcie udało się stopić w całość pierwiastki charakterystyczne dla jazzu oraz dla muzyki wywodzącej się z europejskiej muzyki koncertowej. Ale obecnie gdy Trzeci Nurt otrzymał dawkę swobody wykonawczej, rodem z free jazzu, stał się muzyką autonomiczną, nota bene bardzo ciekawą.
Ta płyta przynależy do takiego świata. Wiedząc o tym, że Double Trio jest zestawieniem dwu istniejących zespołów: Trio de Clarinettes i Arcado String Trio, oczekiwałem w jeszcze większym stopniu niż w przypadku "Chimery" zestawienia dwu niezależnych od siebie organizmów. Przeciwstawienia triady klarnetów triu smyczkowemu, na zasadzie znanej z "Free Jazzu" O. Colemana. Okazuje się jednak, że Trio Podwójne dopracowało się swojego brzmienia, złożonego tak sonorystycznie, jak i nawet rytmicznie, pomimo, że brak tu jakichkolwiek instrumentów perkusyjnych.
Taki obraz zawdzięczamy genialnym interpretatorom tej muzyki. W zespole spotkało się bowiem sześciu improwizatorów najwyższej klasy. Moją uwagę jak zwykle przykuwa Reijseger, który pomimo, iż nie jest tak znany jak jego koledzy zza Wielkiej Wody, to jednak niezwykle ciekawy i nowatorski w pomysłach. Kiedyś, gdy zobaczyłem go jak gra z zespołem ludowych śpiewaków sardyńskich, jedyne co mi się skojarzyło to określenie Hendrix wiolonczeli. Szkoda, że płyta ta jest jedynie audio, nie widać w jaki sposób wydobywa on ze swego instrumentu dźwięki, które do nas docierają - w utworze pierwszym gra przecież jak na gitarze rytmicznej. Mam nadzieję, że muzyk ten znajdzie należne mu uznanie.
Pozostali? Cóż - skład Arcado uznać można za gwiazdorski: Feldman, to w chwili obecnej najbardziej chyba znane skrzypce jazzowe, szczególnie awangardowej jego odmiany, Dresser to muzyk uznany, o wielkiej wrażliwości co doskonale daje się poznać z płyt nagranych dla Knitting Factory Records. Mało już kto postrzega go jako basistę od Braxtona - wypracował sobie bowiem pewien styl, za który w awangardzie jazzu jest niezmiernie ceniony. Mniej mi znany jest zespół europejski. Oczywiście Sclavis, który wydaje się być klasą dla siebie, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami.
O muzyce można by wiele, lecz i tak dojdzie się do wniosku, iż "tego się nie da opowiedzieć słowami" (jak niegdyś śpiewał wokalista zespołu TILT). Za przewodnik niech służy jedynie krótkie podsumowanie: muzyka bardzo barwna, pełna pomysłów, zagrana z orgiastyczną niemalże werwą, wspaniale wykonana - sama w sobie leżąca po stronie geniuszu. A, że nie jest ona łatwa... cóż żal mi jedynie tych osób, które zrażą się do tej płyty po kilku pierwszych dźwiękach - zostaną oni bowiem pozbawieni obcowania z doprawdy piękną muzyką.
Double Trio - Green Dolphy Suite, Enja Winckelmann, ENJ-9011 2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 14.05.2002 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Feldman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Feldman. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 listopada 2012
czwartek, 8 listopada 2012
John Abercrombie - Class Trip (diapazon.pl)
John Abercrombie przez 30 lat swej artystycznej drogi poszukiwał różnych mediów. Często grywał w triu z organami, często w triu z basem i perkusją, czasem był fortepian, druga gitara. Śmiem jednak twierdzić, że najdoskonalszego partnera dla swych pomysłów znalazł dopiero teraz, kiedy kilka lat temu związał się ze skrzypkiem Markiem Feldmanem.
Oczywiście niewiele zarzucić można zespołom z Danem Wallem, supergrupie Gateway, czy np. triu Abercrombie/Johnson/Erskine. Tym niemniej jednak właśnie kwartet ze skrzypcami przedstawia według mnie najdoskonalszą formułę. Przy tym, udział Feldmana nie tyle wnosi coś znaczącego do formuły zespołów Abercrombiego, co powoduje znacznie ciekawsze brzmienie zespołu. Kwartetowi Abercrombie/Feldman/Johnson/Baron niedaleko jest bowiem do wspomnianego zespołu z Johnsonem i Erskinem. Muzyka jest bardzo zbliżona, a Feldman powoduje, że uzyskała ona jedynie inny koloryt. Wydaje się jednak, że owe same koloryzujące wstawki są bardzo ważne w tej muzyce. Nie znaczy to wcale, że nie ma tu w ogóle solówek Feldmana, bądź że nie są one ciekawe. Nie to jednak jest istotne. Muzyka kwartetu powstaje z przeciwstawienia zarówno gitary i ulotnych skrzypiec mocnej niekiedy (oczywiście jak na muzykę jazzową i to raczej środkowego nurtu) grze sekcji, jak i przeciwstawienie brzmień gitary i skrzypiec. Z owych opozycji tworzy się całkiem zgrabna, homogeniczna całość. Zwłaszcza, że zgranie, uzupełnianie się muzyków, ich wzajemna współpraca zasługuje na najwyższą pochwałę.
Nie będąc wielkim entuzjastą muzyki środka, znajduję w propozycji kwartetu Abercrombiego wiele ciekawych dla mnie dźwięków, niebanalnych współbrzmień i kapitalny puls sekcji. Wydaje mi się również, że dla nieortodoksyjnych sympatyków mainstreamu, a przede wszystkim dla tych, którzy nie poszukują w tej muzyce łatwych tematów i pragną usłyszeć coś więcej, uwagę swą skupiają raczej na relacjach pomiędzy poszczególnymi muzykami, niż na samych granych przez nich melodiach, propozycja ta będzie godna polecenia.
John Abercrombie - Class Trip, ECM 1846, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 26.05.2005 r.
Oczywiście niewiele zarzucić można zespołom z Danem Wallem, supergrupie Gateway, czy np. triu Abercrombie/Johnson/Erskine. Tym niemniej jednak właśnie kwartet ze skrzypcami przedstawia według mnie najdoskonalszą formułę. Przy tym, udział Feldmana nie tyle wnosi coś znaczącego do formuły zespołów Abercrombiego, co powoduje znacznie ciekawsze brzmienie zespołu. Kwartetowi Abercrombie/Feldman/Johnson/Baron niedaleko jest bowiem do wspomnianego zespołu z Johnsonem i Erskinem. Muzyka jest bardzo zbliżona, a Feldman powoduje, że uzyskała ona jedynie inny koloryt. Wydaje się jednak, że owe same koloryzujące wstawki są bardzo ważne w tej muzyce. Nie znaczy to wcale, że nie ma tu w ogóle solówek Feldmana, bądź że nie są one ciekawe. Nie to jednak jest istotne. Muzyka kwartetu powstaje z przeciwstawienia zarówno gitary i ulotnych skrzypiec mocnej niekiedy (oczywiście jak na muzykę jazzową i to raczej środkowego nurtu) grze sekcji, jak i przeciwstawienie brzmień gitary i skrzypiec. Z owych opozycji tworzy się całkiem zgrabna, homogeniczna całość. Zwłaszcza, że zgranie, uzupełnianie się muzyków, ich wzajemna współpraca zasługuje na najwyższą pochwałę.
Nie będąc wielkim entuzjastą muzyki środka, znajduję w propozycji kwartetu Abercrombiego wiele ciekawych dla mnie dźwięków, niebanalnych współbrzmień i kapitalny puls sekcji. Wydaje mi się również, że dla nieortodoksyjnych sympatyków mainstreamu, a przede wszystkim dla tych, którzy nie poszukują w tej muzyce łatwych tematów i pragną usłyszeć coś więcej, uwagę swą skupiają raczej na relacjach pomiędzy poszczególnymi muzykami, niż na samych granych przez nich melodiach, propozycja ta będzie godna polecenia.
John Abercrombie - Class Trip, ECM 1846, 2004, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 26.05.2005 r.
Etykiety:
Joey Baron,
John Abercrombie,
Marc Johnson,
Mark Feldman
Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views (diapazon.pl)
Abrams jest jednym z wielu wybitnych muzyków, którzy w Polsce są prawie w ogóle nieznani. W moim przekonaniu winę za ten stan rzeczy ponoszą luminarze Polskiego Radia, którzy wciąż prezentują tych samych wykonawców i te same utwory.
Abrams nie jest zatem popularny, nie jest nawet znany. Szkoda, bowiem zasługuje na szersze uznanie. Niestety też dosyć utrudniony jest dostęp do jego płyt, a nadto jeszcze brak jest oceny tych płyt, stąd nie wiadomo, które są warte uwagi, a które znacznie gorsze.
Tym razem nie ma wątpliwości - "One Line, Two Views" jest jedną z lepszych w dorobku, tego interesującego muzyka, kompozytora i aranżera. Abrams jest kolorystą. Jest muzykiem mającym własne wyobrażenie o dźwiękach, jakie składają się na idiom jazzu - drogą tą podąża od lat. Muzyka Abramsa jest zatem skrząca się tysiącem braw i odcieni, gdy trzeba - ostra w free jazzowych kotłach, gdy trzeba - łagodna jak twórczość romantyków.
Aby osiągnąć ten cel, na płycie zgromadzeni zostali wybitni instrumentaliści. Na trąbce gra Eddie Allen - mało popularny trębacz, a szkoda. Jego zmysł melodyczny, improwizatorski stoi na najwyższym poziomie, biegłość techniczna jest bez zarzutu, ale to ostatnie to truizm, przy obecnym poziomie muzyków. Saksofon altowy, klarnety obsługuje dosyć znany już chyba Marty Ehrlich, muzyk od lat związany z nowojorską awangardą, kontynuator idei Dolphiego. Do tego jeden z najwybitniejszych obecnie skrzypków jazzowych - Mark Feldman. I znany z kręgów awangardy wibrafonista Bryan Carrott. Dodatkowo jeszcze słyszany ostatnio w kapeli Threadgilla akordeonista Tony Cedras.
To właśnie z połączenia wybitnych kompozycji, oraz umiejętności poszczególnych, wybitnych przecież muzyków, tworzy się ta wysoka jakość. Przepiękne współbrzmienia, z rzadka spotykane w muzyce w ogóle, a w jazzie w szczególności. Bo kiedy ostatnio słyszeliście połączenie wibrafonu i akordeonu? Wibrafonu i skrzypiec? Dwóch klarnetów basowych i kontrabasu? Fortepianu rodem z Chopina i akordeonu? Takie zestawienia kojarzą się raczej z inną, i nie jazzową muzyką, a tu zestaw rodem z innej bajki, a muzyka - dla mnie to jest jazz.
Mam nadzieję, że także inni amatorzy jazzu zapoznają się z tą muzyką i zaakceptują ten rodzaj dźwięków, ten rodzaj ekspresji i niewątpliwego piękna, jakie zawarte jest na tej płycie. Truizmem jest mówienie o kompetencjach wykonawczych, ale podporządkowani reżimowi Abramsa muzycy grają doprawdy wspaniałe dźwięki (ot, choćby sola Allena, Carrotta i Ehrlicha w utworze drugim zwieńczone minimalistycznym solem lidera).
Piękna, barwna (dodajmy jasnymi barwami odmalowana) płyta. Gorąco polecam.
Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views, New World/Counter Currents, 80469-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 15.02.2002 r.
Abrams nie jest zatem popularny, nie jest nawet znany. Szkoda, bowiem zasługuje na szersze uznanie. Niestety też dosyć utrudniony jest dostęp do jego płyt, a nadto jeszcze brak jest oceny tych płyt, stąd nie wiadomo, które są warte uwagi, a które znacznie gorsze.
Tym razem nie ma wątpliwości - "One Line, Two Views" jest jedną z lepszych w dorobku, tego interesującego muzyka, kompozytora i aranżera. Abrams jest kolorystą. Jest muzykiem mającym własne wyobrażenie o dźwiękach, jakie składają się na idiom jazzu - drogą tą podąża od lat. Muzyka Abramsa jest zatem skrząca się tysiącem braw i odcieni, gdy trzeba - ostra w free jazzowych kotłach, gdy trzeba - łagodna jak twórczość romantyków.
Aby osiągnąć ten cel, na płycie zgromadzeni zostali wybitni instrumentaliści. Na trąbce gra Eddie Allen - mało popularny trębacz, a szkoda. Jego zmysł melodyczny, improwizatorski stoi na najwyższym poziomie, biegłość techniczna jest bez zarzutu, ale to ostatnie to truizm, przy obecnym poziomie muzyków. Saksofon altowy, klarnety obsługuje dosyć znany już chyba Marty Ehrlich, muzyk od lat związany z nowojorską awangardą, kontynuator idei Dolphiego. Do tego jeden z najwybitniejszych obecnie skrzypków jazzowych - Mark Feldman. I znany z kręgów awangardy wibrafonista Bryan Carrott. Dodatkowo jeszcze słyszany ostatnio w kapeli Threadgilla akordeonista Tony Cedras.
To właśnie z połączenia wybitnych kompozycji, oraz umiejętności poszczególnych, wybitnych przecież muzyków, tworzy się ta wysoka jakość. Przepiękne współbrzmienia, z rzadka spotykane w muzyce w ogóle, a w jazzie w szczególności. Bo kiedy ostatnio słyszeliście połączenie wibrafonu i akordeonu? Wibrafonu i skrzypiec? Dwóch klarnetów basowych i kontrabasu? Fortepianu rodem z Chopina i akordeonu? Takie zestawienia kojarzą się raczej z inną, i nie jazzową muzyką, a tu zestaw rodem z innej bajki, a muzyka - dla mnie to jest jazz.
Mam nadzieję, że także inni amatorzy jazzu zapoznają się z tą muzyką i zaakceptują ten rodzaj dźwięków, ten rodzaj ekspresji i niewątpliwego piękna, jakie zawarte jest na tej płycie. Truizmem jest mówienie o kompetencjach wykonawczych, ale podporządkowani reżimowi Abramsa muzycy grają doprawdy wspaniałe dźwięki (ot, choćby sola Allena, Carrotta i Ehrlicha w utworze drugim zwieńczone minimalistycznym solem lidera).
Piękna, barwna (dodajmy jasnymi barwami odmalowana) płyta. Gorąco polecam.
Muhal Richard Abrams - One Lines, Two Views, New World/Counter Currents, 80469-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 15.02.2002 r.
John Abercrombie - Open Land (diapazon.pl)
Skład obecny na "Open Land" jest jakby połączeniem różnych projektów Abercrombiego oraz zespołów, w których uczestniczył. Przede wszystkim w składzie sekstetu jest całe "organowe" trio: Abercrombie-Wall-Nussbaum. Poniekąd zresztą, sekstet można traktować jako właśnie rozszerzenie tego tria.
Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.
Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.
Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.
Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.
Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.
John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.
Jednakże oprócz tego tria pojawia się tu również członek ostatniego zespołu gitarzysty - Mark Feldman; Kenny Wheeler, w którego różnych zespołach Abercrombie uczestniczył oraz Joe Lovano, z którym Abercrombie zetknął się choćby podczas sesji saksofonisty związanej z płytą "Landmarks". Tak, czy inaczej - zespół gwiazd. Gdybyśmy śledzili historię muzyki rockowej, niewątpliwie w prasie pojawiłyby się anonse o nowej supergrupie. Jazz jest zdecydowanie bardziej powściągliwy. Powściągliwa jest również ta muzyka.
Pamiętam, kiedy przed laty, słuchając już jazzu w dużej ilości, wpadła mi w rękę płyta "Timeless" autorstwa bohatera tych kilku słów. Geezaa,... pierwsze wrażenie było dość niesamowite: to jest jazz? Przecież takiej muzyki jeszcze nie tak dawno słuchałem jako rocka. Tym niemniej, a może jednak właśnie przez to skojarzenie "Timeless" dość mocno wbiło mi się w pamięć. Pewnie znacznie mocniej, niż wbije się "Open Land", choć podobnie jak debiut Abercrombiego dla ECM-u, tak i ta płyta godna jest rekomendacji. Dlaczego o "Timeless", bo gdzieś w tej muzyce, znacznie delikatniejszej, mniej dosadnej, mniej żywiołowej od tamtej płyty, mimo wszystko pobrzmiewają jej echa. Tak zresztą jak w całej twórczości tria z Danem Wallem. Wystarczy posłuchać choćby wstępu do "Gimmie Five", czy atmosfery początku "Spring Song". Gdzieś owa jazzrockowa machina raz ruszona w dalszym ciągu się kołacze. Inne są środki i raczej trudno postrzegać nawet te dwa wspomniane utwory jako fusion, jednakże odniesienia jakieś są. Czy ma to jakieś znaczenie? To zależy jak dla kogo.
Dość często nie tylko słyszę, ale sam skłaniam się do tego zdania, że fusion jakby stracił na wartości. Wraz z upływem lat nie wyprodukował z siebie nic nowego i po prostu zjada własny ogon, usiłując lepiej lub gorzej, ale imitować swoje wzorce sprzed niemal 40 już lat. Otóż, jeśli takie utwory jak "Gimmie Five" uważać za współczesne (?) fusion, to daleki byłbym od zbyt pochopnego podpisywania się pod wspomnianym zdaniem.
Tyle, że... Abercrombie to nie tylko fusion. W swej rozpoczętej w drugiej połowie lat 60. karierze grał już i jazz rock, i mainstream, i bebop... Nie stronił od bluesa, czy nawet muzyki folk. Tym niemniej trudno raczej dopatrzeć się u niego gonienia za chwilowymi modami. To raczej świadoma droga, której zwieńczeniem może być właśnie recenzowany album. Mieszają się tu bowiem wszelkie znane mi inspiracje gitarzysty. We wspomnianym "Gimmie Five" są odniesienia do muzyki z "Timeless", ale na przykład solo lidera skonstruowane jest wokół arabskobrzmiących skal. Gdzie indziej pojawiają się echa jazzowej kameralistyki, rodem jak z kwintetu Kenny'ego Wheelera, jak choćby w standardzie "Speak Easy". Jeszcze w innym miejscu pojawiają się sonorystyczne stylizacje (uciekając od "eksperymentu"), jak choćby we "Free Piece Suite". Muzyka leniwie toczy się naznaczona przede wszystkim trąbką i flugelhornem Wheelera. Spośród wszystkich zaproszonych do sesji tria instrumentalistów jest on chyba najbardziej znaczący. Nie tak liryczny jak zazwyczaj ostatnio, jednak w dalszym ciągu wyciszony, introwertyczny. Dość ciekawie brzmi połączenie koncepcji Abercrombiego ze stylistyką Marka Feldmana - skrzypka, wydawałoby się z zupełnie innej bajki. Niemal niepasującego do zespołu gitarzysty. Jednak współbrzmienia skrzypiec i gitary brzmią wspaniale. Jeszcze ciekawiej brzmi skrzypek osadzony w głębokim brzmieniu organów Hammonda. Nieco brakuje mi natomiast bardziej zaznaczonego udziału Joe Lovano, który w sumie na całej płycie, po jej wielokrotnym przesłuchaniu, wciąż jawi mi się bardziej jako zaproszony do sesji kolorysta, a nie solista pełną gębą, którym przecież niewątpliwie jest. Delikatne, z jednej strony z lekkimi przedęciami, z drugiej zaś niemal szepczące brzmienia jego tenoru, które usłyszeć można choćby w "Remember When" utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że dla Abercrombiego to jeden z najlepszych kompanów, potrafiący dostosować się do owego fusionowego liryzmu. Cóż, widocznie jednak Abercrombie inne miał miejsce dla saksofonu w tym sekstecie, choć... niewątpliwie chciałbym mieć możliwość posłuchania jak na żywo wypadła ta muzyka, kiedy została nieco poluzowana, kiedy muzycy mogli mieć więcej czasu na rozwinięcie własnego w niej miejsca. Z drugiej strony, poprzez ową powściągliwość z jaką Abercrombie używa tak Lovano, jak i Feldmana zresztą, daje muzyce pewne ramy powodujące, że z większą uwagą spogląda się na aranżacje. Warto.
Tak czy inaczej, uważam, że wraz z "Open Land" mamy do czynienia z jedną z najlepszych płyt Abercrombiego w jego dotychczasowej karierze. Sympatyków nie muszę namawiać, sceptyków zachęcam choćby do jednokrotnego posłuchania.
John Abercrombie - Open Land, ECM 1683, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 1.06.2005 r.
Etykiety:
Adam Nussbaum,
Dan Wall,
Joe Lovano,
John Abercrombie,
Kenny Wheeler,
Mark Feldman
Subskrybuj:
Posty (Atom)