Patricia Barber ma grono swoich zagorzałych fanów. Mnie, przyznam, ujęła dopiero ta płyta. Wprawdzie mam w swych zbiorach album koncertowy: "Companion" jednakże dość rzadko go słucham. Tej płyty będę słuchał często.
Pewnie nie powinienem też tak pisać, jednak niekiedy warto - jeśli ktoś polubił pierwsze płyty Cassandry Wilson dla Blue Note - powinien i polubić te nagrania. Dlaczego? Nie, o żadnym naśladownictwie nie można tu mówić. Barber to Barber. Jednak są na tej płycie klimaty, jak na przykład w utworze Lost In This Love, które kojarzą mi się z muzyką znaną z tamtych płyt. I tyle. Pewnie można znaleźć by tu jeszcze podobieństwa do Abbey Lincoln (tej znanej z lat 90.) jak np. w utworze Dansons La Gigue, czy Shirley Horn (utwór I Could Eat Your Words). Jednak wcale to źle o Baber nie świadczy. Myślę, też, że nie jest to nawet próba korzystania z dróg wypracowanych niegdyś przez, co tu dużo mówić, bardziej uznane piosenkarki, a co dopiero mówić o wzorowaniu się, czy jakimkolwiek naśladownictwie.
Wszystkie utwory wyszły spod pióra wokalistki i mają ten urok, który powoduje, że od płyty po prostu nie można się odczepić. Chodzi za słuchaczem i wciąż nawołuje: włącz mnie, słuchaj raz jeszcze. I dobrze. Każde następne przesłuchanie upewnia w wyjątkowości tego materiału, jak również pozwala odkryć w tych utworach, to, co przegapiło się przy poprzednim słuchaniu.
A jest tu doprawdy czego słuchać. Pomijając już same kompozycje bardzo podobają mi się aranże. Nie przesadzone, nawet gdy do głosu dochodzi sekcja smyczków, wprawdzie wykorzystana jedynie raz na całym albumie (utwór Clues), jednak pozostawiająca po sobie niesamowite wrażenie. Zaryzykowałbym nawet, że są to najinteligentniej użyte smyczki w całej wokalistyce jazzowej, jaką miałem okazję słuchać do tej pory, włączywszy wspaniałe nagrania Shirley Horn na płycie "Here's To Life". Genialny - to już niemal jak zwykle - jest oczywiście Dave Douglas. Jednak nie ma dwu zdań, zespół towarzyszący Barber jest po prostu wspaniały. I nie ma tu kogo wyróżniać, choć... chciałoby się Joeya Barona, który zagrał niekiedy w bardzo nieszablonowy, niezwykły w kontekście akompaniamentu wokalistom sposób, a jednak tak, że wydaje się, iż żadne inne granie nie pasowałoby tu.
Chciałoby się również wyróżnić jakieś utwory, ale jak tu wyróżniać cokolwiek, skoro od początku do końca płyta jest bardzo równa, co nie znaczy, że monotonna. Niemal każdy utwór ma swój charakterystyczny rys - jedyne co stanowi wspólny mianownik to śpiew Barber, nieco przygaszony, jakby od niechcenia, bardziej właściwy nawet dla "poezji śpiewanej" niż dla jazzu. Nie ma tu wokalistycznej ekwilibrystyki, śpiewu skatem - jeśli jakaś wokalistka i jej sposób śpiewu przychodzi mi na myśl w porównaniu, to chyba Helen Merrill, no i może nieco Shirley Horn. Choć z drugiej strony - czepiam się próbując porównać Barber do kogoś niemal na siłę. A ona, jakby w międzyczasie, stała się już doprawdy znaczącą osobowością współczesnej wokalistyki jazzowej.
A teraz - znacie już dobrze ten zwrot - co ja będę Was zamęczał pisaniem: posłuchajcie sami. To jedna z najlepszych płyt wokalnego jazzu tego roku.
Patricia Barber - Verse, Blue Note/Premonition 7243 5 39856 2, 2002; recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl 26.10.2002 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Douglas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Douglas. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 kwietnia 2015
poniedziałek, 27 maja 2013
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two
Joe Lovano do bardziej awangardowych rejonów jazzu sięgnął po raz pierwszy chyba wraz ze swoim septetem z końcem lat 80. Potem były trzecionurtowe płyty z Schullerem oraz hołd Sinatrze. Z drugiej strony z triowymi składami Lovano spotykamy się przecież nie po raz pierwszy.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
Kiedy dowiedziałem się, że nowa część Trio Fascination jest nagrana przez cztery różne składy spodziewałem się, że znów będą to zespoły typu Lovano z towarzyszeniem sekcji rytmicznej. Nieco później znane mi były składy, a te były niepokojące: Lovano z towarzyszeniem grającego na harmonijce ustnej Thielemansa oraz fortepianem Wernera, z Douglasem i Dresserem, z Drewesem i Baronem. Należało się spodziewać muzyki nietuzinkowej. I tak jest w istocie. Nowa odsłona fascynacji triem przez Lovano w istocie jest niespotykana. Lovano przedstawia się jako multiinstrumentalista, nie tylko potrafiący zagrać w każdym możliwym do pomyślenia składzie (jest tych zestawów na płycie jedenaście), ale też z rozmysłem ekplorujący wszelkie możliwości jakie daje tak wydawałoby się mały skład jak trio. Pośród tych składów trójkowych są trzy bardzo osobliwe, a mianowicie składające się ze zgranych wspólnie ze sobą dwu różnych grup.
Jaki jest Lovano na tej płycie? Doskonały! Myślę, że to do czego nas przyzwyczaił najbardziej ukryte jest w nagraniach z Brownem i Muhammadem. Wprawdzie nie nazbyt podoba mi się zwykle gra tego ostatniego, jednakże w utworach zawartych na tej płycie sprawdza się, dając muzyce tego tria odpowiednio swingujący drive. Pozostałe składy zbliżają Lovano do awangardy. Wprawdzie jak to zwykle u Lovano bywa, jest to awangarda cudownie osadzona w tradycji, ale przecież taki Lovano jest. Z jednej strony na wskroś nowoczesny, z drugiej bardzo tradycyjny. W tych innych składach jawi się już to jako wielki liryk saksofonu - to w nagraniach z Thielemansem, które nota bene brzmią zaskakująco, jeśli chodzi o zestawienie instrumentalne - już to, jako zadziorny awangardysta w składach z Dresserem i Douglasem (myślę, że współbrzmienie Lovano i Dressera jest najbardziej pozostającym w pamięci), i przede wszystkim chyba z Drewesem i Baronem.
Na płycie tej Lovano po raz kolejny pokazuje też, że jest wprawnym multiinstrumentalistą, zasiadającym niekiedy za perkusją i przede wszystkim, chyba jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków grających na instrumentach stroikowych. Zmysł melodyczny i rytmiczny lidera już dawno opuścił rejony wybitnego, ale jednak straight ahead'u, do którego nas i przyzwyczaił, i z którego chyba najbardziej jest znany. Lovano obecnie to muzyk totalny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny jazzowej przełomu wieków. W nowy wiek wchodzi z albumem, który potwierdza jego wielką klasę. Zastanawiam się, czy po przenicowaniu składu jazzowego tria na wszystkie strony Lovano jeszcze będzie próbował do niego powrócić, a jeśli tak, to jakie to będzie trio. Zresztą nieważne, już z niecierpliwością oczekuję następnej płyty tego muzyka.
Joe Lovano - Flights Of Fancy. Trio Fascination. Edition Two, Blue Note, 7243 5 27618 2 1, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 15.05.2002 r.
sobota, 25 maja 2013
Dave Douglas - Time Travel
Dave Douglas nagrał kilka wspaniałych płyt. Bodaj jedną genialną. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Potem, po latach eksperymentowania z przeróżnymi składami zrobił woltę w stronę... Cóż, od lat wydaje mi się, że jedyne co robi, to mniej lub bardziej udanie tworzy "w stylu". Przede wszystkim Milesa Davisa, choć odwołań do muzyki wielkich mistrzów z przed lat jest zdecydowanie więcej. Niezależnie, od tego, czy są to składy elektryczne, czy też akustyczne, zawsze mam wrażenie przepełnienia tej muzyki, twórczością kogoś sprzed wielu lat. Najczęściej jest to Davis. Doszło do tego, że niekiedy miewam wrażenie, że nowe kompozycje Douglasa są jakby kalką dokonań muzyki jazzowej gdzieś od końca lat 50 po wczesne 70 ubiegłego wieku. Odwoływanie się do Davisa, zauroczenie jego twórczością jest też obecne u całej rzeszy młodych muzyków, którzy poszli jego śladami.
Nie inne wrażenie mam, słuchając bodaj najnowszej propozycji, zatytułowanej "Time Travel". Z dzisiejszego punktu widzenia, z mojego punktu widzenia, mainstreamowe granie trącające myszką. Trącające m.in. drugim kwintetem Davisa, choć muzycznych odwołań, szczególnie do mainstreamu lat 50 i 60 ubiegłego wieku, można byłoby znaleźć zdecydowanie więcej. Co z tego, że fajnie zagrane, co z tego, że kompozycje może i dobre. Każdy z utworów, które Douglas miał do zaprezentowania na tym nagraniu powoduje u mnie wrażenie, że jest to jakiś odrzut, z któreś płyty, któregoś muzyka sprzed 40, czy 50 lat. Być może nawet, niektórym muzykom, szczególnie tym na początku swej drogi, mógłbym to wybaczyć. Niestety w przypadku Douglasa nie mam tyle pobłażliwości. W przeszłości, dał się poznać jako muzyk o nieprzeciętnej wyobraźni, wrażliwości i dysponujący obłędną techniką. Trzy atrybuty, które powodowały, że każdej jego płyty, każdego koncertu wyczekiwałem i za każdym razem robiłem sobie ucztę słuchając nowych nagrań. Dziś jego muzyka jest nie tylko przewidywalna, ale ociera się wręcz o kalkę dokonań innych twórców sprzed lat. A przecież, Douglas mógłby tworzyć swoją własną. Niech i ma jakieś korzenie, ale niech będzie to jego muzyka, a nie kompilacja utworów "w stylu". Jeśli chciałbym posłuchać tych muzyków, sięgnąłbym po ich oryginalną twórczość, a nie po wykład Douglasa na temat jak należy grać i komponować muzykę jak X, Y czy Z. Mam z tą muzyką jeszcze jeden, wielki problem. Gdzieś mi się zgubiło poczucie szczerości tej muzyki. Gdzieś jest ona odgrywana przez muzyków, a nie grana. Można grać dowolny gatunek, sięgać po dowolne inspiracje, ale grając winno się zachować szczerość. Wobec siebie i wobec słuchaczy.
Mówiąc zatem dosadnie Douglas marnuje swój talent. Ten - wydawać by się mogło - nieprzeciętny twórca, zaczął tworzyć przewidywalną muzykę. I to już jest grzech. Zwłaszcza, że to już nie pierwszy raz. Cóż z tego, że komuś się nagranie to (jak i wiele innych spośród ostatnich poczynań Douglasa) może podobać. Ja od niego wymagam wiele więcej.
Dave Douglas - Time Travel (Greanleaf Music #GRE-CD-1030, 2013)
Nie inne wrażenie mam, słuchając bodaj najnowszej propozycji, zatytułowanej "Time Travel". Z dzisiejszego punktu widzenia, z mojego punktu widzenia, mainstreamowe granie trącające myszką. Trącające m.in. drugim kwintetem Davisa, choć muzycznych odwołań, szczególnie do mainstreamu lat 50 i 60 ubiegłego wieku, można byłoby znaleźć zdecydowanie więcej. Co z tego, że fajnie zagrane, co z tego, że kompozycje może i dobre. Każdy z utworów, które Douglas miał do zaprezentowania na tym nagraniu powoduje u mnie wrażenie, że jest to jakiś odrzut, z któreś płyty, któregoś muzyka sprzed 40, czy 50 lat. Być może nawet, niektórym muzykom, szczególnie tym na początku swej drogi, mógłbym to wybaczyć. Niestety w przypadku Douglasa nie mam tyle pobłażliwości. W przeszłości, dał się poznać jako muzyk o nieprzeciętnej wyobraźni, wrażliwości i dysponujący obłędną techniką. Trzy atrybuty, które powodowały, że każdej jego płyty, każdego koncertu wyczekiwałem i za każdym razem robiłem sobie ucztę słuchając nowych nagrań. Dziś jego muzyka jest nie tylko przewidywalna, ale ociera się wręcz o kalkę dokonań innych twórców sprzed lat. A przecież, Douglas mógłby tworzyć swoją własną. Niech i ma jakieś korzenie, ale niech będzie to jego muzyka, a nie kompilacja utworów "w stylu". Jeśli chciałbym posłuchać tych muzyków, sięgnąłbym po ich oryginalną twórczość, a nie po wykład Douglasa na temat jak należy grać i komponować muzykę jak X, Y czy Z. Mam z tą muzyką jeszcze jeden, wielki problem. Gdzieś mi się zgubiło poczucie szczerości tej muzyki. Gdzieś jest ona odgrywana przez muzyków, a nie grana. Można grać dowolny gatunek, sięgać po dowolne inspiracje, ale grając winno się zachować szczerość. Wobec siebie i wobec słuchaczy.
Mówiąc zatem dosadnie Douglas marnuje swój talent. Ten - wydawać by się mogło - nieprzeciętny twórca, zaczął tworzyć przewidywalną muzykę. I to już jest grzech. Zwłaszcza, że to już nie pierwszy raz. Cóż z tego, że komuś się nagranie to (jak i wiele innych spośród ostatnich poczynań Douglasa) może podobać. Ja od niego wymagam wiele więcej.
Dave Douglas - Time Travel (Greanleaf Music #GRE-CD-1030, 2013)
Etykiety:
Dave Douglas,
Jon Irabagon,
Linda Oh,
Matt Mitchell,
Rudy Royston
czwartek, 15 listopada 2012
Dave Douglas - In Our Lifetime (diapazon.pl)
Dave Douglas jest wielki, jest wspaniałym trębaczem, muzykiem, kompozytorem, liderem grup o wszechstronnej stylistyce od "Trzeciego Nurtu" String Quintet poprzez jazz środka Sextetu i Quartetu po eklektyczną formę Tiny Bell Trio.
Nie wolno przecież jednak zapominać o wciąż funkcjonującym awangardowym projekcie Sanctuary i klasycyzującym Charms Of The Night Sky. Oprócz tego do chwili obecnej w sposób stały uczestniczy w The Same River Twice Myry Melford, duecie z Hanem Benninkiem, występuje z Masadą, uczestnicząc też w innych przedsięwzięciach Zorna, a od jakiegoś czasu realizowany jest też nowy projekt - Witness.
Biorąc pod uwagę, że Douglas pierwszy raz zaobserwowany został jakieś dziesięć lat temu - to doprawdy imponujący dorobek. Niektórzy skłonni są twierdzić, że to najważniejszy muzyk, a przynajmniej trębacz współczesnego jazzu. Lubiąc Douglasa daleki jestem od takiej klasyfikacji. Ale jest to na pewno rzetelny muzyk.
Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z jego muzyką: Masada gdzieś w odległej już przeszłości, może w 1994 roku. Nie powiem, że było to objawienie, ale sygnał, że karierze tego muzyka należy przypatrywać się baczniej. Niebawem usłyszałem "Parallel Worlds" - płytę, której wówczas nie bardzo rozumiałem. A potem pierwsza płyta Douglasa jaką nabyłem - "In Our Lifetime", wspaniały hołd trębacza złożony innemu trębaczowi.
Materiał na płycie został zarejestrowany przez jeden ze stałych zespołów Douglasa, a mianowicie jego Sextet, który powołany został by przedstawiać muzyczne, jazzowe fascynacje i inspiracje Douglasa. Ta pierwsza płyta poświęcona była Bookerowi Little, pamiętnemu partnerowi Erica Dolphy'ego. Płyta zawiera szereg kompozycji własnych lidera, oraz trzy skomponowane przez Bookera Little. Zawiera też przetworzoną awangardę jazzu początku lat 60., w której uczestniczył właśnie Little. Muzyka kipi swingiem, energią. Można rzec, że jest dość naturalnym łącznikiem pomiędzy nostalgią za latami świetności Eric Dolphy-Booker Little Quintet, a współczesnością. Wspaniali muzycy zagrali tu cudowne sola. Biorąc pod uwagę, kto na tej płycie gra - jest ona wprost wymarzona dla mnie.
Oto, oprócz lidera, na saksofonie tenorowym i klarnecie zagrał młody wówczas Chris Speed, już wtedy prezentując wyśmienity poziom; puzon to domena Josha Rosemana - spadkobiercy Roswella Rudda, chyba najczęstszego gościa współczesnych przedsięwzięć awangardowych, tam, gdzie wykorzystywany jest puzon. Piano to nieoceniony Uri Caine - cudowny, wspaniały. W jego muzyce jednoczy się wszystko to co w pianistyce jazzowej najważniejsze - dynamika Hancocka, liryzm Evansa. A ponadto sekcja marzeń: Joey Baron - James Genus. Inteligentni, wyśmienicie rozumiejący intencje lidera muzycy. Na dokładkę w jednym utworze zagrał Marty Ehrlich na klarnecie basowym. I to w zasadzie jedyna uwaga krytyczna do tej płyty - mógł zostać wykorzystany w większym stopniu, a muzyka, co w zasadzie niewyobrażalne, jeszcze by tylko na tym zyskała. Trudno to sobie wyobrazić, szczególnie, gdy posłuchamy kipiących żarem, energetycznych solówek Speeda i Rosemana, doskonałych harmonii tworzonych przez Caine'a i skupionej trąbki lidera.
Douglas zaczynał zatem z niebotycznie wysokiego pułapu dźwiękowej i jazzowej perfekcji. Obawa by utrzymał ten poziom, pomimo pewnych moich narzekań w zasadzie nie wytrzymuje próby, choć we współczesnych jego płytach brakuje mi właśnie tego żaru, swingu, który tak szczodrze oferowany jest na tym wczeswnym albumie. I jeszcze jedna uwaga - na koniec - z recenzji tej wynika, że to ot taka, super jazzowa jazda mainstreamowa w typie, czy ja wiem, Joshuy Redmana czy Jamesa Cartera. Nic podobnego, materiał tu zawarty nie należy do łatwych i wymaga pewnego osłuchania. Kiedy poświęci się jemu jednak wystarczająco dużo czasu potrafi odpłacić tym co najlepsze - najwspanialszym jazzem pod Słońcem.
Dave Douglas - In Our Lifetime, New World/CounterCurrents, 80471-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 12.05.2002 r.
Nie wolno przecież jednak zapominać o wciąż funkcjonującym awangardowym projekcie Sanctuary i klasycyzującym Charms Of The Night Sky. Oprócz tego do chwili obecnej w sposób stały uczestniczy w The Same River Twice Myry Melford, duecie z Hanem Benninkiem, występuje z Masadą, uczestnicząc też w innych przedsięwzięciach Zorna, a od jakiegoś czasu realizowany jest też nowy projekt - Witness.
Biorąc pod uwagę, że Douglas pierwszy raz zaobserwowany został jakieś dziesięć lat temu - to doprawdy imponujący dorobek. Niektórzy skłonni są twierdzić, że to najważniejszy muzyk, a przynajmniej trębacz współczesnego jazzu. Lubiąc Douglasa daleki jestem od takiej klasyfikacji. Ale jest to na pewno rzetelny muzyk.
Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z jego muzyką: Masada gdzieś w odległej już przeszłości, może w 1994 roku. Nie powiem, że było to objawienie, ale sygnał, że karierze tego muzyka należy przypatrywać się baczniej. Niebawem usłyszałem "Parallel Worlds" - płytę, której wówczas nie bardzo rozumiałem. A potem pierwsza płyta Douglasa jaką nabyłem - "In Our Lifetime", wspaniały hołd trębacza złożony innemu trębaczowi.
Materiał na płycie został zarejestrowany przez jeden ze stałych zespołów Douglasa, a mianowicie jego Sextet, który powołany został by przedstawiać muzyczne, jazzowe fascynacje i inspiracje Douglasa. Ta pierwsza płyta poświęcona była Bookerowi Little, pamiętnemu partnerowi Erica Dolphy'ego. Płyta zawiera szereg kompozycji własnych lidera, oraz trzy skomponowane przez Bookera Little. Zawiera też przetworzoną awangardę jazzu początku lat 60., w której uczestniczył właśnie Little. Muzyka kipi swingiem, energią. Można rzec, że jest dość naturalnym łącznikiem pomiędzy nostalgią za latami świetności Eric Dolphy-Booker Little Quintet, a współczesnością. Wspaniali muzycy zagrali tu cudowne sola. Biorąc pod uwagę, kto na tej płycie gra - jest ona wprost wymarzona dla mnie.
Oto, oprócz lidera, na saksofonie tenorowym i klarnecie zagrał młody wówczas Chris Speed, już wtedy prezentując wyśmienity poziom; puzon to domena Josha Rosemana - spadkobiercy Roswella Rudda, chyba najczęstszego gościa współczesnych przedsięwzięć awangardowych, tam, gdzie wykorzystywany jest puzon. Piano to nieoceniony Uri Caine - cudowny, wspaniały. W jego muzyce jednoczy się wszystko to co w pianistyce jazzowej najważniejsze - dynamika Hancocka, liryzm Evansa. A ponadto sekcja marzeń: Joey Baron - James Genus. Inteligentni, wyśmienicie rozumiejący intencje lidera muzycy. Na dokładkę w jednym utworze zagrał Marty Ehrlich na klarnecie basowym. I to w zasadzie jedyna uwaga krytyczna do tej płyty - mógł zostać wykorzystany w większym stopniu, a muzyka, co w zasadzie niewyobrażalne, jeszcze by tylko na tym zyskała. Trudno to sobie wyobrazić, szczególnie, gdy posłuchamy kipiących żarem, energetycznych solówek Speeda i Rosemana, doskonałych harmonii tworzonych przez Caine'a i skupionej trąbki lidera.
Douglas zaczynał zatem z niebotycznie wysokiego pułapu dźwiękowej i jazzowej perfekcji. Obawa by utrzymał ten poziom, pomimo pewnych moich narzekań w zasadzie nie wytrzymuje próby, choć we współczesnych jego płytach brakuje mi właśnie tego żaru, swingu, który tak szczodrze oferowany jest na tym wczeswnym albumie. I jeszcze jedna uwaga - na koniec - z recenzji tej wynika, że to ot taka, super jazzowa jazda mainstreamowa w typie, czy ja wiem, Joshuy Redmana czy Jamesa Cartera. Nic podobnego, materiał tu zawarty nie należy do łatwych i wymaga pewnego osłuchania. Kiedy poświęci się jemu jednak wystarczająco dużo czasu potrafi odpłacić tym co najlepsze - najwspanialszym jazzem pod Słońcem.
Dave Douglas - In Our Lifetime, New World/CounterCurrents, 80471-2, 1995, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 12.05.2002 r.
Etykiety:
Chris Speed,
Dave Douglas,
James Genus,
Joey Baron,
Josh Roseman,
Marty Ehrlich,
Uri Caine
Subskrybuj:
Posty (Atom)