piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt

Wszystkim czytelnikom, entuzjastom muzyki, życzę jak najmilszych Świąt Bożego Narodzenia. Słuchajcie muzyki, odpoczywajcie, miejcie w kończu czas dla siebie i swoich najbliższych.

Paweł

czwartek, 23 grudnia 2010

Avre Henriksen & Bill Frisell live at Moers, 23.05.2010 r.

Od wielu już lat się zastanawiam. Dobrze, to czy nie. Czy rację miał Franz Kafka, czy też Max Brod. Czy mamy prawo, czy ktokolwiek ma prawo pisać do szuflady. Czy dzieła, obojętnie jakie mają prawo przejść obok, bo z różnych przyczyn nie zostały wydane. Bo piractwo, bo partactwo, bo ekonomia, bo...
Szczerze powiedziawszy, ceniąc prawa artystów do dysponowania przez nich własnym dziełem. Ceniąc prawa ich, do ich praw autorskich, zaczynam powoli zbliżać się do stwierdzenia, że ktokolwiek, kto nie chce korzystać z własnych praw, nie ma prawa kwestionować praw nas, nas wszystkich, ogółu ludzkości - by powiedzieć to niemal z dużą przesadą - do prób poszukiwania przejawów ich geniuszu. Dlatego też, jeśli znajdę gdzieś w sieci nagranie, które nie jest publikowane, a które z jakichś przyczyn uważam za ciekawe, będę je opisywał. Będę je opisywać nawet wówczas, kiedy - niestety - nie stałem się uczestnikiem istnienia tych dźwięków we wszechświecie i z tych przyczyn nie mogłem przekazać z nich relacji koncertowej. Z różnych względów jednak - dopóki nie uzyskam zgody artysty na choćby podanie linka do miejsca, w którym takie nagranie się znajduje, nie będę publicznie wskazywał gdzie (poniekąd) łamane są ich prawa. Chcecie - to szukajcie. Ja ułatwiać nie będę.
Dość wstępu, czy też wytłumaczenia się z poniższych słów.
Po tym wstępie już wiadomo, że takiego nagrania nie ma. Przynajmniej nie ma oficjalnie. Istnieje w świecie internetu, bądź pośród nagrań rozprowadzanych między sobą przez traderów. Nie ma, bo...? Nie wiem, być może dlatego, żę muzycy nie są jeszcze zadowoleni ze swej współpracy na tyle, by udostępnić swą muzykę światu, być może dlatego, że nie próbowali jeszcze nikogo nią zainteresować, a być może dlatego, że nikt z Wielkich na tej muzyce się jeszcze nie poznał.
Jest ich dwu: Bill Frisell i Avre Henriksen. Jeden gra na gitarach, drugi - przede wszyskim zawłaszczył brzmienia trąbki. Także wspomaganej eletronicznie. Po kilku latach znajomości, w duecie pojawili się w maju tego roku w Moers grając koncert składający się z trzech utworów autorskich i jednego Joni Mitchell. Powstała w ten sposób muzyka jest - z braku innych słów - po prostu piękna.
Coś mnie wzięło dzisiaj na muzykę piękną i bogatą zarazem. Bogatą w brzmienia, które kształtowane są przy użyciu dość niekonwencjonalnych środków. Gitara Frisella jednocześnie jest jedna i nie-jedna. Brzmi jak wiele gitar na raz, ale do takiego odbioru jego gry, ten wielki gitarzysta, potrafił już nas nie raz przygotować. Henriksen i jego trąbka oraz elektroniczne dźwięki przez niego produkowane, również nie brzmią jak muzyka obsługiwana przez wyłącznie jednego człowieka. Mamy zatem duet i doprawdy dużo więcej dźwięków.
Wspomniane utwory autorskie, na znanym mi nagraniu noszą tytuł Fields of Moers i zaopatrzone są kolejnymi numerami, co sugeruje dłuższą kompozycję podzieloną na części. Nie wiem jak w istocie z tym było. Jeśli tak, to Pierwsze Pola są, brzmią, jak jedynie wstęp do Drugich, gdzie oprócz instrumentów pojawia się również głos henriksena, który pomimo skandynawskiego nazwiska brzmi jak rodem z najgęstrzego, afrykańskiego buszu. Jest jakąś skargą. Smutną opowieścią. Przyznam, że nie mam pojęcia po jakiemu śpiewa trębacz, muzyka przejmuje jednak właśnie jakimś smutkiem. Jakby opowiadał o czyimś niezbyt udanym życiu. Jakby opowiadał o krzywdzie. Zostawmy to.
Zawarta tu muzyka duetu, zagrana przecież na żywo i na pewno pozbawiona jakichkolwiek postprodukcyjnych trików, jest świadectwem na rozwój współczesnych możliwości instrumentalnych. Można zagrać w duecie i być całkiem sporą nawet ilością dźwięków, które w żaden "normalny" sposób przez dwu muzyków nie mogłyby zostać wytworzone. Wspominam o tym, albowiem będąc raczej zwolennikiem czysto akustycznego grania, ba ortodoksyjnym niekiedy, skoro odmawiam prawu pickupa dla kontrabasu, czy jeszcze dalej idąc - wręcz jakiejkolwiek amplifikacji, jestem pod dużym wrażeniem wrażliwości obu muzyków. Mając możliwości techniczne - co słychać - do absolutnego rozprawienia się z muzyką i wyobcowania jej z czegokolwiek, zabicia techniką, wykorzystali ją jedynie w celu jej ubogacenia. Stąd też kompletnie nie dziwią dźwięki jakichś marimb pośród gitarzysty i trębacza. Nie dziwi większa ilość gitar niż winno ich być, biorąc pod uwagę, że gitarzysta jest jeden. Altówka, czy wiolonczela? nie ma problemów. Po prostu mimo to wszystko, mimo wiedzy, że większość tych brzmień jest sztucznie wykreowanych, jestem absolutnie przekonany, że to muzyka - od początku do końca - muzyka, frisella i Henriksena.
Biorąc pod uwagę jakość tego nagrania, z niecierpliwością czekam na wydanie płytowe, mając jedynie nadzieję, że będzie to również nagranie koncertowe. Jeśli w istocie tak się stanie, to znużony już nieco frisellowymi poczynaniami, z dużą przyjemnością sięgnę po takie nagranie.

Avre Henriksen & Bill Frisell live at Moers, 23.05.2010 r.

środa, 22 grudnia 2010

Theo Bleckmann - I Dwell In Possibility

Z wytwórnią Winter&Winter drogi nasze rozeszły się już dość dawano. Od dłuższego czasu nie znalazłem tam czegoś, co przykułoby moją uwagę. Ba, nawet nie chce mi się za bardzo zgłębiać ich katalogu. Może są tam wartościowe dzieła, ale estetyka tej muzyki, z którą się ostatnio tam spotkałem na tyle mi jest odległa, że nie. Basta. Niegdysiejsze JMT - jak najbardziej. Obecne W&W już niekoniecznie.

Nowa płyta Theo Bleckmanna zauroczyła mnie jednak od pierwszego wysłuchania i tak już zostało do dziś.

Muzyka jest solowym przedsięwzięciem wokalisty. Sam jest tu sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Wszystkie dźwięki, wszystkie kompozycje pochodzą od niego. Genialny głos, genialna wrażliwość na dźwięk i genialna wyobraźnia. Głos Bleckanna osadzony został w różnego rodzaju nakładkach, w dźwiękach przeróżnych instrumentów, na których gra muzyk, które mają jedną cechę: jest ich stosunkowo niewiele i są przedziwnego autoramentu, nigdy jednak nie są typowe (butelki z wodą, iPhone, miniaturowa cytra, dzwonki i wiele, wiele innych), . W ten sposób powstała muzyka... niemal opierająca się na powietrzu.

Wszyscy mawiają, że jednym z najtrudniejszych zadań, jakie może sobie postawić przed sobą muzyk jest nagranie solowej płyty czy zagranie solowego koncertu i wyjść z tego obronną ręką. Sztuka ta udała się Bleckmannowi w dwójnasób co najmniej. Przede wszystkim, w tej bardzo komunikatywnej muzyce, zawarty jest artyzm. Niesamowite wręcz możliwości wokalne (choć różne od ekwilibrystyki McFerrina) wykreowały świat dźwięków, które chce się słuchać wciąż i wciąż. Homogeniczne połączenie muzycznych światów odległych od siebie o kilkaset lat, spowodowało, że powstała w ten sposób jakaś nowa jakość.

To przykład muzyki, gdzie nie tylko zostały zatarte wszelkie granice pomiędzy gatunkami, ale muzyki, która wprost każe zaprzestać szufladkowania muzyki w gatunki. Ta płyta, to doskonały przykład po prostu muzyki. Muzyki, która jest piękna i urokliwa sama w sobie. Nic dodać - nic ująć. Słuchać, bo warto i mam nadzieję, że słuchać będzie jej można jeszcze długie lata po tym, jak przestanie już kusić nowością.

Theo Bleckmann - I Dwell In Possibility - Winter&Winter 910 168-2

Faruq Z.Bey & the Northwoods Improvisers - Emerging Field

Wstyd się przyznać, ale Faruq Z.Bey, muzyk istniejący na muzycznej scenie lat już niemal czterdzieści jest moim tego rocznym odkryciem. Najpierw przyszło zauroczenie dość starą już płytą zespołu Griot Galaxy "Opus Krampus" wydaną dla nieistniejącej już chyba (przynajmniej od lat nie wydaje niczego i co gorsza nikt tych nagrań też nie wznawia) wytwórni Sound Aspects. Teraz od bodaj dwu miesięcy jestem pod wrażeniem "Emergency Field".

Bey płytę nagrał z obecnym swoim zespołem Northwoods Improvisers, sekstetem o dość interesującym składzie: trzy instrumenty dęte drewniane (saksofony i klarnet basowy), marimba, bas i perkusja. Zwracam uwagę na skład, albowiem jednym z cudowniejszych aspektów tej płyty jest brzmienie tego zespołu. Miejscami niemal mistyczne. Świetna sekcja, grająca dość swobodne, choć zarazem i przewidywalnie. Nad nią zawieszone dźwięki niemal lewitującej marimby. Całość tej sekcji brzmi na wskroś źródłowo, czarno, transowo afrykańsko. Nad sekcją trzy mocne z jednej strony, z drugiej doskonale kontrolowane w dozowaniu emocji dęciaki, które opowiadają po kolei swoje długie opowieści, niekiedy tylko komentowane przez zgiełk sąsiadów.

Brzmienie, które od pewnego czasu kojarzy mi się z trawestacją credo ECM - free o stopień powyżej ciszy.

Sama muzyka? Cóż, nic nowego, a jednak ujmująca pięknem.


Gdzieś odniesienia do amerykańskiej, niezależnej sceny jazzowej lat 1970. Może do Art Ensemble of Chicago. Choć to inne brzmienie... Nie tak rozpasana jednak energią. Gdzieś w tamtych rejonach mógłbym szukać jakichś inspiracji, pomimo, że życie bohaterowi tych słów odmieniło dwu innych muzyków: Coltrane i Sanders. Emerging Field jest jednak o wiele bardziej wyciszoną i poukładaną muzyką od swoich dalekich protoplastów. Nie jest też tak swobodna, coś jednak prowadzi mnie w skojarzeniach w tamte rejony.


Nie wiem też, czy dla wszystkich, czy wyłącznie dla mnie, ale jest to taka muzyka, która trafia wprost do serca, czy duszy. Kiedy sekcja rozpoczyna swój trans i dołączają się saksofony, muzyka ta jakby tkwiła we mnie od dawna. Od lat. Nawet jeszcze przede mną. Istniała już kiedy ja nastałem. Wplotłem się w jakiś kosmogoniczny sposób w te dźwięki na długo przed ich usłyszeniem. Może dlatego mam jakieś nieodparte wrażenie, że to głęboko prawdziwa muzyka. Prawdziwa w naturalny sposób. Jak przyroda, która nas otacza. W której istniejemy. Tak ja istnieję w tej muzyce.


Gorąca rekomendacja. Posłuchajcie, jeśli tylko będziecie mogli. Ręczę, że i ciekawe i bardzo komunikatywne (źródłowo, a jakże) granie.


Faruq Z.Bey & the Northwoods Improvisers - Emerging Field (Entropy Stereo ESR019)

czwartek, 16 grudnia 2010

Cuong Vu - Vu-Tet

Nie będę ukrywać: nigdy (jeśli pamięć ma zawodna, nie myli mnie) nie byłem wielkim admiratorem estetyki fusion. Ba, z wiekiem nie cenię jej coraz bardziej. Wielkie nagrania, niemal kroki milowe stawiane przez tych absolutnie największych w czasach tworzenia się tej stylistyki (czy gatunku, jak kto woli), nie wzruszają mnie niemal wcale. Zwyczajnie nudzą.

Od czasu do czasu, pojawiają się jednak jakieś nagrania, które powodują, że z zainteresowaniem ich posłucham, choć - generalnie - wrzucam je do jednego wora z etykietką fu-sio!-n.

Takim wyjątkiem na tej scenie często bywa Wietnamczyk z pochodzenia Cuong Vu. Pisałem o nim już nie jeden raz i nie raz też wsłuchiwałem się w grane przezeń dźwięki. Czy to fusion, czy nie fusion nawet nie jest to pytanie. Jeśli jednak gdzieś szukać punktów odniesienia dla tej muzyki, to prawdopodobnie właśnie u styku dźwięków przynależących z jednej strony do jazzu, z drugiej do rocka. Jeśli nawet nie "dźwiękami", to estetyką.

Z tą ostatnią, w przypadku Vu-Tetu byłby zresztą pewien problem. Ot, dźwięki niemal jak z filmów, do których muzykę pisał Komeda, zderzają się z ostrymi, chropawymi solami Chrisa Speeda, przesterami, szumami lidera, ostrą, niemal jak z metalowej kapeli perkusją Jima Blacka. Ot, kogel-mogel, w którym miesza się wszystko co Cuong Vu i jego goście uznają za stosowne. Muzyka ta raz ostra, raz jak do rany przyłóż.

Nie mam pojęcia, czy za lat kilka będę pod wrażeniem tych dźwięków, czy przebrzmią one jak wiele podobnych stylistycznie nagrań. Niemniej jednak zasługuje ona na bardzo mocną czwórkę co najmniej. Zwłaszcza, że gra tu w rewelacyjnej formie jeden z moich ulubionych saksofonistów - Chris Speed. Zwłaszcza tam, gdzie jeńców nie bierze i jego saksofon po prostu rozstrzeliwuje słuchaczy tyradami krótkich, urywanych dźwięków. W tych, ostrych nagraniach Vu-Tet sprawuje się niesamowicie dzielnie. Jest przekonujący i już wołam o jeszcze. Jest jednak i druga odsłona tej płyty. Owa do rany przyłóż. Tu niestety muzyka operuje często wyłącznie plamami dźwiękowymi, niewiele oferując oprócz nich. O ile - wyobrażam sobie - w ścieżce filmowej sprawdziłaby się znakomicie, to w domu fragmenty te wywołują u mnie pawłowowski gest ręki w kierunku pilota. Byle do przodu, byle do przodu...

Cuong Vu - Vu-Tet (Artistshare 073)

Kilka zmian przed nadchodzącym czasem,...

albo po nim. Jak kto woli. Marcin Kiciński wziął podjął się heroicznej pracy (i chwała mu za to), tworzył, tworzył i stworzył blog/serwis o muzyce improwizowanej. Zamiarem - między innymi - ponowne zjednoczenie, czy pozyskanie wokół jednego "tytułu" środowiska, które lubi pisać o tej muzyce. Część twórców stąd, część stamtąd, jeszcze inni po prostu są. Zostałem przez Marcina zaproszony do udziału. Niezależnie zatem jak się potoczą losy tego bloga - bo sam jeszcze nie wiem - wiem jedno: na pewno nie będę zamieszczać tu kalendarzy koncertowych. Marcin robi to lepiej, robi ogólnopolsko i ma nadzieję mieć aktualne informacje. Wolę jemu pomagać niż dublować teksty tego typu. Co najwyżej, z kalendarza koncertowego, będę starał się wskazać Wam jeszcze przed koncertem, na - spodziewane - wydarzenie koncertowe. Nic więcej. Wiem, też drugie. Nie będę tu zamieszczać - z podobną uwagą jak poprzednio - zapowiedzi płytowych. Te również pojawiają się w Impropozycji, zatem najlepiej niech mają tam swoje stałe już miejsce. Pozostaje tożsamość tej pisaniny, którą tu - od czasu do czasu - uprawiam. Jeśłi nic się nie zmieni w moim obecnym zamyśle, to będę publikować tu różne recenzje. Te nowsze i te starsze. Prawdopodobnie, po pewnej weryfikacji, przeniosę też te recenzje, które ukazały się niegdyś w innych publikatorach. Obiecuję, że popatrzę na nie okiem krytycznym, a zatem mogą się nieco różnić od tekstów już niegdyś opublikowanych. Na pewno - jeśli znajdę na to czas - publikować tu będę, dumnie mówią, eseje, czy jakieś inne, nie będące recenzjami teksty. Generalnie zaś, w Impropozycji - co do zasady - pojawiać się mają teksty z najnowszych płyt. U mnie na pewno pojawiać się będą teksty dotyczące płyt z różnych lat, albowiem ten aspekt, nie ma dla mnie większego znaczenia. Przynajmniej w popularnym rozumieniu. Innymi słowy - nie gonię za nowościami. To nie mój królik.

To mniej więcej tyle.

Impropozycja jest dostępna pod adresem:

Angels - Every Woman Is A Tree

Absolutnie rewelacyjna płyta utwierdzająca mnie jedynie w przekonaniu, że wszelkie plebiscyty na płytę roku są bez sensu. Gdybym ją znał w roku 2008, to ani chybi byłaby ona jednym z moich absolutnie pewnych typów do płyty roku. Nie znałem. Znam dzisiaj. Jest rok 2010, w dodatku kończący się. Czy coś to dla tej płyty zmienia? Nic. Jedynie można, mając tę dwuletnią perspektywę, stwierdzić, że ani na jotę, muzyka tu zawarta nie zestarzała się.

Sprawcami całego "zamieszania" jest szóstka skandynawów, spośród których polskiej publiczności, najbardziej znanym może być Magnus Broo, albowiem w naszym kraju bywał. Czy pozostali - tego już nie pomnę. Szóstka owa ukryła się pod Aniołami z iście anielską - jak na moje uszy - muzyką. Być może to nie jest istotne, bo etykietek nie lubimy (ponoć, ponoć w dobrym tonie tak twierdzić ;)), niemniej jednak w pewien sposób ułatwiają one życie, a w zasadzie komunikację, być może zatem nie jest to istotne, ale zaprezentowaną tu muzykę, prawdopodobnie wielu ze słuchaczy odbierać będzie jako free jazz.

Niech i tak będzie. Grunt, że w muzyce tej, pomimo wielu elementów ją strukturyzujących jest otwartość i swoboda. Free? Jeśli tak, to to, które za swego ojca chrzestnego ma Ornette Colemana, a nie Evana Parkera. Są tu zatem i melodie (choć trudno by mi było pewnie je zanucić), skądinąd bardzo piękne, co tym bardziej do tradycji twórcy Lenely Woman muzykę tę zbliża. Są też wspaniałe sola, głównie dęciaków: Magnusa Broo, Martina Küchena oraz Matsa Äleklinta. Trrąbka, saksofon i puzon. Zestaw zupełnie wystarczający jak na moje uszy i bodaj jeden z najlepszych we współbrzmieniu. Jednakże, choć owych dęciaków mnóstwo, charakter brzmieniu tego zespołu nadaje wibrafonista - Mattias Ståhl. To dzięki niemu muzyka stała się ulotna, niemal zwiewna, pomimo absolutnej mocy kreowanej przez pozostały kwintet (dla porządku, skład uzupełnia sekcja Johan Berthling - kontabas i Kjell Nordeson - perkusja; sekcja mocna, o kolorycie nieco zbliżonym np. do tego jaki reprezentowany jest w zespołach Vandermarka).

Dużo by można mówić, uwierzcie mi jedynie, że dla tych skrzących się wielu barwami dźwięków warto jest pokłonić się nad nazwiskami niekoniecznie (przynajmniej u nas) z pierwszych stron gazet.

Angels - Every Woman Is A Tree (Clean Feed CF112)