Wszystkim czytelnikom, entuzjastom muzyki, życzę jak najmilszych Świąt Bożego Narodzenia. Słuchajcie muzyki, odpoczywajcie, miejcie w kończu czas dla siebie i swoich najbliższych.
Paweł
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
Wszystkim czytelnikom, entuzjastom muzyki, życzę jak najmilszych Świąt Bożego Narodzenia. Słuchajcie muzyki, odpoczywajcie, miejcie w kończu czas dla siebie i swoich najbliższych.
Paweł
Nie będę ukrywać: nigdy (jeśli pamięć ma zawodna, nie myli mnie) nie byłem wielkim admiratorem estetyki fusion. Ba, z wiekiem nie cenię jej coraz bardziej. Wielkie nagrania, niemal kroki milowe stawiane przez tych absolutnie największych w czasach tworzenia się tej stylistyki (czy gatunku, jak kto woli), nie wzruszają mnie niemal wcale. Zwyczajnie nudzą.
Od czasu do czasu, pojawiają się jednak jakieś nagrania, które powodują, że z zainteresowaniem ich posłucham, choć - generalnie - wrzucam je do jednego wora z etykietką fu-sio!-n.
Takim wyjątkiem na tej scenie często bywa Wietnamczyk z pochodzenia Cuong Vu. Pisałem o nim już nie jeden raz i nie raz też wsłuchiwałem się w grane przezeń dźwięki. Czy to fusion, czy nie fusion nawet nie jest to pytanie. Jeśli jednak gdzieś szukać punktów odniesienia dla tej muzyki, to prawdopodobnie właśnie u styku dźwięków przynależących z jednej strony do jazzu, z drugiej do rocka. Jeśli nawet nie "dźwiękami", to estetyką.
Z tą ostatnią, w przypadku Vu-Tetu byłby zresztą pewien problem. Ot, dźwięki niemal jak z filmów, do których muzykę pisał Komeda, zderzają się z ostrymi, chropawymi solami Chrisa Speeda, przesterami, szumami lidera, ostrą, niemal jak z metalowej kapeli perkusją Jima Blacka. Ot, kogel-mogel, w którym miesza się wszystko co Cuong Vu i jego goście uznają za stosowne. Muzyka ta raz ostra, raz jak do rany przyłóż.
Nie mam pojęcia, czy za lat kilka będę pod wrażeniem tych dźwięków, czy przebrzmią one jak wiele podobnych stylistycznie nagrań. Niemniej jednak zasługuje ona na bardzo mocną czwórkę co najmniej. Zwłaszcza, że gra tu w rewelacyjnej formie jeden z moich ulubionych saksofonistów - Chris Speed. Zwłaszcza tam, gdzie jeńców nie bierze i jego saksofon po prostu rozstrzeliwuje słuchaczy tyradami krótkich, urywanych dźwięków. W tych, ostrych nagraniach Vu-Tet sprawuje się niesamowicie dzielnie. Jest przekonujący i już wołam o jeszcze. Jest jednak i druga odsłona tej płyty. Owa do rany przyłóż. Tu niestety muzyka operuje często wyłącznie plamami dźwiękowymi, niewiele oferując oprócz nich. O ile - wyobrażam sobie - w ścieżce filmowej sprawdziłaby się znakomicie, to w domu fragmenty te wywołują u mnie pawłowowski gest ręki w kierunku pilota. Byle do przodu, byle do przodu...
Cuong Vu - Vu-Tet (Artistshare 073)
albo po nim. Jak kto woli. Marcin Kiciński wziął podjął się heroicznej pracy (i chwała mu za to), tworzył, tworzył i stworzył blog/serwis o muzyce improwizowanej. Zamiarem - między innymi - ponowne zjednoczenie, czy pozyskanie wokół jednego "tytułu" środowiska, które lubi pisać o tej muzyce. Część twórców stąd, część stamtąd, jeszcze inni po prostu są. Zostałem przez Marcina zaproszony do udziału. Niezależnie zatem jak się potoczą losy tego bloga - bo sam jeszcze nie wiem - wiem jedno: na pewno nie będę zamieszczać tu kalendarzy koncertowych. Marcin robi to lepiej, robi ogólnopolsko i ma nadzieję mieć aktualne informacje. Wolę jemu pomagać niż dublować teksty tego typu. Co najwyżej, z kalendarza koncertowego, będę starał się wskazać Wam jeszcze przed koncertem, na - spodziewane - wydarzenie koncertowe. Nic więcej. Wiem, też drugie. Nie będę tu zamieszczać - z podobną uwagą jak poprzednio - zapowiedzi płytowych. Te również pojawiają się w Impropozycji, zatem najlepiej niech mają tam swoje stałe już miejsce. Pozostaje tożsamość tej pisaniny, którą tu - od czasu do czasu - uprawiam. Jeśłi nic się nie zmieni w moim obecnym zamyśle, to będę publikować tu różne recenzje. Te nowsze i te starsze. Prawdopodobnie, po pewnej weryfikacji, przeniosę też te recenzje, które ukazały się niegdyś w innych publikatorach. Obiecuję, że popatrzę na nie okiem krytycznym, a zatem mogą się nieco różnić od tekstów już niegdyś opublikowanych. Na pewno - jeśli znajdę na to czas - publikować tu będę, dumnie mówią, eseje, czy jakieś inne, nie będące recenzjami teksty. Generalnie zaś, w Impropozycji - co do zasady - pojawiać się mają teksty z najnowszych płyt. U mnie na pewno pojawiać się będą teksty dotyczące płyt z różnych lat, albowiem ten aspekt, nie ma dla mnie większego znaczenia. Przynajmniej w popularnym rozumieniu. Innymi słowy - nie gonię za nowościami. To nie mój królik.
To mniej więcej tyle.
Impropozycja jest dostępna pod adresem:
Absolutnie rewelacyjna płyta utwierdzająca mnie jedynie w przekonaniu, że wszelkie plebiscyty na płytę roku są bez sensu. Gdybym ją znał w roku 2008, to ani chybi byłaby ona jednym z moich absolutnie pewnych typów do płyty roku. Nie znałem. Znam dzisiaj. Jest rok 2010, w dodatku kończący się. Czy coś to dla tej płyty zmienia? Nic. Jedynie można, mając tę dwuletnią perspektywę, stwierdzić, że ani na jotę, muzyka tu zawarta nie zestarzała się.
Sprawcami całego "zamieszania" jest szóstka skandynawów, spośród których polskiej publiczności, najbardziej znanym może być Magnus Broo, albowiem w naszym kraju bywał. Czy pozostali - tego już nie pomnę. Szóstka owa ukryła się pod Aniołami z iście anielską - jak na moje uszy - muzyką. Być może to nie jest istotne, bo etykietek nie lubimy (ponoć, ponoć w dobrym tonie tak twierdzić ;)), niemniej jednak w pewien sposób ułatwiają one życie, a w zasadzie komunikację, być może zatem nie jest to istotne, ale zaprezentowaną tu muzykę, prawdopodobnie wielu ze słuchaczy odbierać będzie jako free jazz.
Niech i tak będzie. Grunt, że w muzyce tej, pomimo wielu elementów ją strukturyzujących jest otwartość i swoboda. Free? Jeśli tak, to to, które za swego ojca chrzestnego ma Ornette Colemana, a nie Evana Parkera. Są tu zatem i melodie (choć trudno by mi było pewnie je zanucić), skądinąd bardzo piękne, co tym bardziej do tradycji twórcy Lenely Woman muzykę tę zbliża. Są też wspaniałe sola, głównie dęciaków: Magnusa Broo, Martina Küchena oraz Matsa Äleklinta. Trrąbka, saksofon i puzon. Zestaw zupełnie wystarczający jak na moje uszy i bodaj jeden z najlepszych we współbrzmieniu. Jednakże, choć owych dęciaków mnóstwo, charakter brzmieniu tego zespołu nadaje wibrafonista - Mattias Ståhl. To dzięki niemu muzyka stała się ulotna, niemal zwiewna, pomimo absolutnej mocy kreowanej przez pozostały kwintet (dla porządku, skład uzupełnia sekcja Johan Berthling - kontabas i Kjell Nordeson - perkusja; sekcja mocna, o kolorycie nieco zbliżonym np. do tego jaki reprezentowany jest w zespołach Vandermarka).
Dużo by można mówić, uwierzcie mi jedynie, że dla tych skrzących się wielu barwami dźwięków warto jest pokłonić się nad nazwiskami niekoniecznie (przynajmniej u nas) z pierwszych stron gazet.
Angels - Every Woman Is A Tree (Clean Feed CF112)