Z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu, stosunkowo rzadko prezentujemy płyty wokalne. W zasadzie powinienem najbardziej dziwić się sobie, bowiem lubię przynajmniej jazz śpiewany przez kobiety.
No, nie wszystkie, dewiza "śpiewać każdy może" jest mi nieco odległa, a w przypadku śpiewających jazz twierdzę, że śpiewać go mogą nieliczni.
Nie ukrywam - w moim prywatnym rankingu (a któż go nie ma) - Cassandra Wilson zajmuje wysoce uprzywilejowaną pozycję. Tyle, że piękna Cassandra nie śpiewa już jazzu, są tu wprawdzie jego elementy, ale kudy tam, do jazzu. Nie zmienia to faktu, że niemal każdą jej płytę lubię i cenię.
Na "Traveling Miles" Wilson śpiewa muzykę wykonywaną niegdyś przez człowieka uznawanego przez wielu za najważniejszego jazzmana w dziejach tej muzyki - Milesa Davisa. Mamy tu zarówno jego kompozycje z tekstami Wilson, jak i utwory grane niegdyś przez Davisa, mamy też dwie kompozycje pieśniarki, poświęcone Milesowi. O ile nawet w takich utworach jak "Time After Time" spopularyzowanego niegdyś przez Cyndi Lauper, interpretacje Davisa dodawały jazzowego sznytu, tak interpretacje Wilson, nawet tak zdawałoby się jazzowych utworów jak "Blue In Green", czy "ESP" pozbawiają je jazzowego charakteru. Muzyka Wilson co najmniej od "Blue Light 'Till Down" więcej wspólnego ma z folkiem, bluesem niż jazzem. Mało prawdopodobne, by ci, którzy w wokalistyce jazzowej cenią najbardziej swing Elli Fitzgerald czy Sarah Vaughan zdecydowali się na posiadanie tych płyt w swojej kolekcji, choć i to niewykluczone, bo Cassandra nieodmiennie zachwyca pięknym głosem, a dobór kompozycji zawsze jest staranny, zaś robota aranżerska stoi na wysokim poziomie.
"Traveling Miles" jest zatem podróżą przez twórczość Davisa, przenicowaną do szpiku kości. Gdybym miał ją zaszufladkować, to pewnie znalazłaby się na półce folk. Z Davisa w tych nagraniach nie pozostało praktycznie nic. Pewnie, gdybym usłyszał te utwory nie wiedząc, że pochodzą one z repertuaru Davisa, nawet bym się tego nie domyślił. Chyba jednak ani wierność oryginałowi, ani nawet chęć dochowania jazzowemu idiomowi nawet przez głowę Wilson nie przeszły. I dobrze. Już w historii muzyki jazzowej mieliśmy mnóstwo zespołów "sounds-like" Davis. Pójście inną drogą może wyjść jedynie na dobre. I wyszło. Ciepły głos, "ciepłe" utwory, kojące i kołyszące rytmy. Ot płyta w sam raz na jesień, bo przez samo zaistnienie w ścianach pokoju, potrafi ogrzać.
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w diapazon.pl, 2.11.2003
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
sobota, 18 kwietnia 2015
Cassandra Wilson - Live (diapazon.pl)
Nie ukrywam, iż Cassandra Wilson jest jedną z bardziej przeze mnie poważanych śpiewaczek jazzowych. Wprawdzie ostatnio jej śpiew ma więcej z folku niż jazzu, to jednak niegdyś wraz ze swoimi kolegami spod szyldu M'Base tworzyła sporo fermentu w zastanym obrazie wokalistyki jazzowej.
Ta, pochodząca z 1991 roku płyta, jest jedynym koncertowym zapisem poczynań Cassandry Wilson jaki znam. Jest to elektryczny skład, bardzo podobny do tego w którym powstało kilka jej płyt studyjnych: "After The Beginning Again" i "Dance To The Drums Again", a nawet "She Who Weeps", "Jumpworld" oraz "Days Aweigh", przy czym pianista James Weidman występuje jedynie na pierwszych dwu.
Wszystkie te płyty powstały na przełomie lat 80 i 90, w bardzo płodnym dla Cassandry okresie. W pewien sposób są one do siebie zbliżone; na wszystkich bowiem Cassandra realizuje zamysł jakiegoś współczesnego soul-jazzu z elementami tego wszystkiego co w muzyce czarnej współczesne z jednej strony, źródłowe z drugiej.
Są pośród tych płyt bradziej i mniej udane, są bardziej i mniej jazzowe. Osobiście najbardziej sobie cenię właśnie tę płytę koncertową. Jest to niemalże 70 minut pięknie zaśpiewanego i zagranego współczesnego jazzu najwyższej próby. Znakomita większość to tematy muzyków z kręgu M'Base, ale pomiędzy nimi są także dwa znane standardy: "'Round Midnight" i "Body And Soul", znane także z wersji studyjnych. Wg mnie te są lepsze, w pewien sposób dojrzalsze. Własne kompozycje są równie cenne. Przede wszystkim piękna, żywiołowa wersja "Don't Look Back", ale również M'Base'owy przebój "Desperate Move" czy "My Corner Of The Sky". Cassandra śpiewa bez żadnych kompleksów wobec wielkich śpiewaczek jazzu. Tworzy swoją muzykę, swoją pieśń. Najbliżej jej chyba do Billie Holiday. Gdzieś jest ta sama wspólna nuta smutku, którą osobiście w wokalistyce jazzowej lubię i cenię. Cassandra to jednak zupełnie inny głos: pełny, otwarty, swobodnie poruszający się po całej, dużej zresztą skali.
Towarzyszący jej muzycy znani są jako współorganizatorzy (choć nie współtwórcy) sceny M'Base z tamtych lat. Do mnie najbardziej przemawia pianistyka Weidmana, logiczna, czerpiąca z bogatych barw klawiatur gdy jest to uzasadnione akcją muzyczną, ale jednocześnie mocno osadzona w tym co Zawinul grywał z Canonnem jeszcze w latach 60. Naprawdę dobry współczesny jazz ponad podziałami (stylistycznymi).
I jeszcze jedno. Płytę mam jeszcze z czasów, gdy instrumentarium elektryczne w nagraniu jazzowym wywoływało u mnie reakcję alergiczną, po przesłuchaniu jednak okazuje się, iż jest to naprawdę wspaniała płyta.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się w zamierzchłej przeszłości początku wieku, w diapazon.pl
Ta, pochodząca z 1991 roku płyta, jest jedynym koncertowym zapisem poczynań Cassandry Wilson jaki znam. Jest to elektryczny skład, bardzo podobny do tego w którym powstało kilka jej płyt studyjnych: "After The Beginning Again" i "Dance To The Drums Again", a nawet "She Who Weeps", "Jumpworld" oraz "Days Aweigh", przy czym pianista James Weidman występuje jedynie na pierwszych dwu.
Wszystkie te płyty powstały na przełomie lat 80 i 90, w bardzo płodnym dla Cassandry okresie. W pewien sposób są one do siebie zbliżone; na wszystkich bowiem Cassandra realizuje zamysł jakiegoś współczesnego soul-jazzu z elementami tego wszystkiego co w muzyce czarnej współczesne z jednej strony, źródłowe z drugiej.
Są pośród tych płyt bradziej i mniej udane, są bardziej i mniej jazzowe. Osobiście najbardziej sobie cenię właśnie tę płytę koncertową. Jest to niemalże 70 minut pięknie zaśpiewanego i zagranego współczesnego jazzu najwyższej próby. Znakomita większość to tematy muzyków z kręgu M'Base, ale pomiędzy nimi są także dwa znane standardy: "'Round Midnight" i "Body And Soul", znane także z wersji studyjnych. Wg mnie te są lepsze, w pewien sposób dojrzalsze. Własne kompozycje są równie cenne. Przede wszystkim piękna, żywiołowa wersja "Don't Look Back", ale również M'Base'owy przebój "Desperate Move" czy "My Corner Of The Sky". Cassandra śpiewa bez żadnych kompleksów wobec wielkich śpiewaczek jazzu. Tworzy swoją muzykę, swoją pieśń. Najbliżej jej chyba do Billie Holiday. Gdzieś jest ta sama wspólna nuta smutku, którą osobiście w wokalistyce jazzowej lubię i cenię. Cassandra to jednak zupełnie inny głos: pełny, otwarty, swobodnie poruszający się po całej, dużej zresztą skali.
Towarzyszący jej muzycy znani są jako współorganizatorzy (choć nie współtwórcy) sceny M'Base z tamtych lat. Do mnie najbardziej przemawia pianistyka Weidmana, logiczna, czerpiąca z bogatych barw klawiatur gdy jest to uzasadnione akcją muzyczną, ale jednocześnie mocno osadzona w tym co Zawinul grywał z Canonnem jeszcze w latach 60. Naprawdę dobry współczesny jazz ponad podziałami (stylistycznymi).
I jeszcze jedno. Płytę mam jeszcze z czasów, gdy instrumentarium elektryczne w nagraniu jazzowym wywoływało u mnie reakcję alergiczną, po przesłuchaniu jednak okazuje się, iż jest to naprawdę wspaniała płyta.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się w zamierzchłej przeszłości początku wieku, w diapazon.pl
Etykiety:
Cassandra Wilson,
James Weidman,
Kevin Bruce Harris,
Mark Johnson
Cassandra Wilson - Glamoured (diapazon.pl)
Na samym końcu płyty znajduje się urocza miniaturka - "Throw It Away" śpiewana niegdyś przez Abbey Lincoln i jej pióra, zresztą. To wykonanie jest kongenialne. Jedynie ciepły alt Cassandry i kontrabas Reginalda Veala. Rewelacja. Przepojona swingiem, bluesem, tęsknotą, cierpieniem ballada. Samo piękno.
A wcześniej? Gdyby nie to, że od lat 90. muzycy związani z jazzem zdecydowanym ruchem zaczerpnęli w końcu ze współczesnej muzyki popularnej, zestawem songów Dylana, Nelsona, Muddy'ego Watersa, Stinga byłbym nieźle zaskoczony. Nie jestem. Słucham. I przyznam, że z wielką przyjemnością.
Po prawdzie, usłyszawszy pierwszy raz tę płytę miałem ochotę napisać o niej garść gorzkich słów. Że Wilson od czasu kiedy związała się z Blue Note nie prezentuje nic nowego. Stworzyła swój folkowo-bluesowo-countrowo-jazzowy styl i jego wyłącznie kurczowo się trzyma, a kolejne płyty nie przynoszą niczego nowego oprócz nowych piosenek. Fakt. Komuś, kto poznał wcześniejsze dokonania pieśniarki dla tej wytwórni, "Glamoured" nie powinna przynieść żadnych nowych wzruszeń.
Jednak... Tak się nie dzieje. Myślę, że dobrze znam jej twórczość. Wszystkie płyty, gościnne występy na krążkach innych muzyków, koncerty... Niemniej jednak sięgnąwszy po nową płytę, stwierdzam, iż muzyka prezentowana przez Wilson, choć jakby znana, wciąż elektryzuje. Nieważne, czy jest to latynoskie wykonanie przepięknej ballady Stinga - "Fragile", czy ascetyczna ballada "Throw It Away", czy dylanowskie "Lay Lady Lay" - ja wciąż jestem pod urokiem Cassandry Wilson. Jej muzyce towarzyszy jakaś magia mieszanki wielu stylów. I dojrzałość tak muzycznej instrumentacji, jak może przede wszystkim cudownego głosu.
I choć z jednej strony "Glamoured" może być traktowany jako chyba najbardziej popowy z dotychczasowych jej albumów, dla mnie jest jednym z najdoskonalszych, jakie nagrała dla Blue Note. Przede wszystkim dlatego, że muzyka tu jest bardzo wyrównana a zarazem... żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy - przepiękna.
Polecam.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się w diapazon.pl, 14.08.2004
A wcześniej? Gdyby nie to, że od lat 90. muzycy związani z jazzem zdecydowanym ruchem zaczerpnęli w końcu ze współczesnej muzyki popularnej, zestawem songów Dylana, Nelsona, Muddy'ego Watersa, Stinga byłbym nieźle zaskoczony. Nie jestem. Słucham. I przyznam, że z wielką przyjemnością.
Po prawdzie, usłyszawszy pierwszy raz tę płytę miałem ochotę napisać o niej garść gorzkich słów. Że Wilson od czasu kiedy związała się z Blue Note nie prezentuje nic nowego. Stworzyła swój folkowo-bluesowo-countrowo-jazzowy styl i jego wyłącznie kurczowo się trzyma, a kolejne płyty nie przynoszą niczego nowego oprócz nowych piosenek. Fakt. Komuś, kto poznał wcześniejsze dokonania pieśniarki dla tej wytwórni, "Glamoured" nie powinna przynieść żadnych nowych wzruszeń.
Jednak... Tak się nie dzieje. Myślę, że dobrze znam jej twórczość. Wszystkie płyty, gościnne występy na krążkach innych muzyków, koncerty... Niemniej jednak sięgnąwszy po nową płytę, stwierdzam, iż muzyka prezentowana przez Wilson, choć jakby znana, wciąż elektryzuje. Nieważne, czy jest to latynoskie wykonanie przepięknej ballady Stinga - "Fragile", czy ascetyczna ballada "Throw It Away", czy dylanowskie "Lay Lady Lay" - ja wciąż jestem pod urokiem Cassandry Wilson. Jej muzyce towarzyszy jakaś magia mieszanki wielu stylów. I dojrzałość tak muzycznej instrumentacji, jak może przede wszystkim cudownego głosu.
I choć z jednej strony "Glamoured" może być traktowany jako chyba najbardziej popowy z dotychczasowych jej albumów, dla mnie jest jednym z najdoskonalszych, jakie nagrała dla Blue Note. Przede wszystkim dlatego, że muzyka tu jest bardzo wyrównana a zarazem... żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy - przepiękna.
Polecam.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się w diapazon.pl, 14.08.2004
Cassandra Wilson - Blue Skies (diapazon.pl)
Właśnie ukazała się nowa płyta Cassandry Wilson z repertuarem Billie Holiday i będąca hołdem młodszej artystki dla jednej z największych śpiewaczek w historii jazzu. Płyta nosi tytuł Coming Forth by Day i zanim pojawi się jej recenzja mojego autorstwa, to chciałbym przybliżyć starsze moje dokonania na temat Cassandry Wilson. Zaczynam od płyty, która wówczas, gdy ją po raz pierwszy słuchałem, pod koniec lat 90 ubiegłego wieku, zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Aż się nie chce wierzyć, że od jej nagrania upłynęło już niemal 30 lat.
Ta płyta, była miłością od pierwszego wejrzenia. Piękna kobieta, zmysłowy głos i niemal erotyczne interpretacje znanych mi standardów. Czy mężczyzna może chcieć więcej? Może, ale raczej nie od nagrań płytowych. Od "Blue Skies" przed laty zaczęła się natomiast moja przygoda z panią Cassandrą.
Wówczas jeszcze nie wiedziałem jak wyjątkową jest ta płyta w jej karierze. Owszem, kojarzyłem, że pojawiała się w kręgu M-base'owym, jednak nie znałem jej ani wcześniejszych, ani późniejszych nagrań. Zawierająca zestaw dziesięciu standardów "Blue Skies", była jak obłęd. Chodziła za mną, jak dziś "Pedros" za Machalicą. Wszędzie.
Teraz po latach, częstego słuchania zdecydowanie odmiennej muzyki od prezentowanej na tej płycie, poznawszy już chyba wszystko, co Wilson pod własnym nazwiskiem nagrała, a także część nagrań gdzie głosu swego udzielała gościnnie, w dalszym ciągu z wielką przyjemnością powracam do tych nagrań. Może już nie czuję oddechu tej muzyki na moich plecach, jednak kiedy zaczynają się pierwsze dźwięki "Shall We Dance" niemal mam ochotę zatańczyć. Najlepiej z piękną panią wokalistką, a skoro to nie dane... Niech wystarczy mi jej głos i wyobraźnia...
Dziesięć utworów, które zaśpiewała Cassandra Wilson to standardy, zwykle w wolnych, co najwyżej średnich tempach. Zagrane przez skład mieszany: dwie panie, to oprócz liderki, jeszcze perkusistka Terri Lyne Carrington, dwaj panowie - to pianista Mulgrew Miller oraz basista Lonnie Plaxico. I cóż można o tych interpretacjach powiedzieć? Kolejne? Jeszcze jeden raz odśpiewane standardy? "Odśpiewane" - nie. Zaśpiewane, zinterpretowane - tak. I choć Wilson nie sili się na jakieś zupełnie nowe ich odczytanie, jej głos bez reszty zawładnął tymi wykonaniami. I swing, którego tu sporo, i którego - znawcy Wilson - w zasadzie w tak czystej postaci od niej spodziewać by się nie powinni.
Wspaniała, zmysłowa płyta... Przestaję pisać. Daję się pochłonąć głosowi Cassandry Wilson i jej zespołowi. To znacznie przyjemniejsze...
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w magazynie diapazon.pl 21.12.2003 r.
Ta płyta, była miłością od pierwszego wejrzenia. Piękna kobieta, zmysłowy głos i niemal erotyczne interpretacje znanych mi standardów. Czy mężczyzna może chcieć więcej? Może, ale raczej nie od nagrań płytowych. Od "Blue Skies" przed laty zaczęła się natomiast moja przygoda z panią Cassandrą.
Wówczas jeszcze nie wiedziałem jak wyjątkową jest ta płyta w jej karierze. Owszem, kojarzyłem, że pojawiała się w kręgu M-base'owym, jednak nie znałem jej ani wcześniejszych, ani późniejszych nagrań. Zawierająca zestaw dziesięciu standardów "Blue Skies", była jak obłęd. Chodziła za mną, jak dziś "Pedros" za Machalicą. Wszędzie.
Teraz po latach, częstego słuchania zdecydowanie odmiennej muzyki od prezentowanej na tej płycie, poznawszy już chyba wszystko, co Wilson pod własnym nazwiskiem nagrała, a także część nagrań gdzie głosu swego udzielała gościnnie, w dalszym ciągu z wielką przyjemnością powracam do tych nagrań. Może już nie czuję oddechu tej muzyki na moich plecach, jednak kiedy zaczynają się pierwsze dźwięki "Shall We Dance" niemal mam ochotę zatańczyć. Najlepiej z piękną panią wokalistką, a skoro to nie dane... Niech wystarczy mi jej głos i wyobraźnia...
Dziesięć utworów, które zaśpiewała Cassandra Wilson to standardy, zwykle w wolnych, co najwyżej średnich tempach. Zagrane przez skład mieszany: dwie panie, to oprócz liderki, jeszcze perkusistka Terri Lyne Carrington, dwaj panowie - to pianista Mulgrew Miller oraz basista Lonnie Plaxico. I cóż można o tych interpretacjach powiedzieć? Kolejne? Jeszcze jeden raz odśpiewane standardy? "Odśpiewane" - nie. Zaśpiewane, zinterpretowane - tak. I choć Wilson nie sili się na jakieś zupełnie nowe ich odczytanie, jej głos bez reszty zawładnął tymi wykonaniami. I swing, którego tu sporo, i którego - znawcy Wilson - w zasadzie w tak czystej postaci od niej spodziewać by się nie powinni.
Wspaniała, zmysłowa płyta... Przestaję pisać. Daję się pochłonąć głosowi Cassandry Wilson i jej zespołowi. To znacznie przyjemniejsze...
Recenzja ukazała się po raz pierwszy w magazynie diapazon.pl 21.12.2003 r.
Festiwal Starzy i Młodzi, czyli Jazz w Krakowie 2015
Dzisiejszym koncertem o 20.00 w sali Opery Krakowskiej rozpocznie się tegoroczna edycja Festiwalu Starzy i Młodzi, czyli Jazz w Krakowie. Festiwal potrwa do 30.04.2015 r. i złoży się nań kilka koncertów. Zakończy go Międzynarodowy Dzień Jazzu pod patronatem UNESCO (którego programu jeszcze nie znam).
Program prezentuje się następująco:
18.04., godz. 20.00, Opera Krakowska, ul. Lubicz 48 - David Sanborn Electric Band (David Sanborn - sax, Ricky Peterson - kbds, Nicky Moroch - g, Andre Berry - b, Chris Coleman - dr)
24.04., godz. 20.00, Radio Kraków, al. J. Słowackiego 22 - Dave Douglas High Risk Electric Group (Dave Douglas - tp, Shigeto - electronics, Jonathan Maron - b, Mark Guiliana - dr)
25.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - Piotr Wojtasik "Feel Free" (Piotr Wojtasik - tp, Sylwester Ostrowski - ts, Bobby Few - p, Joris Teepe - db, John Betsch - dr)
26.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - Adam Pierończyk Migratory Poets feat. Anthony Joseph (Adam Pieronczyk - ss, ts,
Anthony Joseph - voice, poetry, John B. Arnold - perc, dr, Adam Kowalewski - db, Nelson Veras - g) - premiera płyty "Migratory Poets"; po koncercie jam session
27.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - "MŁODA SCENA JAZZOWA" PeGaPoFo (Sławek Pezda - sax, Mateusz Gawęda - p, Piotr Południak - b, Dawid Fortuna - dr) - premiera płyty "Świeżość"; po koncercie jam session
28.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - "MŁODA SCENA JAZZOWA" NSI Quartet (Cyprian Baszyński - tp, Bartek Prucnal - sax, Max Mucha - b, Dawid Fortuna - dr); po koncercie jam session
30.04, MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ JAZZU pod patronatem UNESCO
Więcej:
Program prezentuje się następująco:
18.04., godz. 20.00, Opera Krakowska, ul. Lubicz 48 - David Sanborn Electric Band (David Sanborn - sax, Ricky Peterson - kbds, Nicky Moroch - g, Andre Berry - b, Chris Coleman - dr)
24.04., godz. 20.00, Radio Kraków, al. J. Słowackiego 22 - Dave Douglas High Risk Electric Group (Dave Douglas - tp, Shigeto - electronics, Jonathan Maron - b, Mark Guiliana - dr)
25.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - Piotr Wojtasik "Feel Free" (Piotr Wojtasik - tp, Sylwester Ostrowski - ts, Bobby Few - p, Joris Teepe - db, John Betsch - dr)
26.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - Adam Pierończyk Migratory Poets feat. Anthony Joseph (Adam Pieronczyk - ss, ts,
Anthony Joseph - voice, poetry, John B. Arnold - perc, dr, Adam Kowalewski - db, Nelson Veras - g) - premiera płyty "Migratory Poets"; po koncercie jam session
27.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - "MŁODA SCENA JAZZOWA" PeGaPoFo (Sławek Pezda - sax, Mateusz Gawęda - p, Piotr Południak - b, Dawid Fortuna - dr) - premiera płyty "Świeżość"; po koncercie jam session
28.04, godz. 20.00, Scena "Sztuka", ul. św. Jana 6 - "MŁODA SCENA JAZZOWA" NSI Quartet (Cyprian Baszyński - tp, Bartek Prucnal - sax, Max Mucha - b, Dawid Fortuna - dr); po koncercie jam session
30.04, MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ JAZZU pod patronatem UNESCO
Więcej:
środa, 8 kwietnia 2015
100 lat Lady Day
Jedna z niewielu, największych... gdyby żyła, skończyłaby 100 lat. Miałem ochotę napisać o niej tekst. Tyle jednak się pojawi... Niech zatem przemówi jej historia:
czwartek, 26 marca 2015
Long Live Cecil Taylor!
Wszystko wskazuje na to, że jeden z najbardziej cenionych przeze mnie muzyków i kompozytorów wszedł właśnie w swój 87 rok życia. Nie będę roztaczać peanów na jego cześć. Wystarczy. Namawiam natomiast do oglądnięcia filmu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)