W sumie ledwie umilkły braw salwy po koncercie Niggliego, do Krakowa zawitałą legenda. Jakże inaczej określić ROVA Saxophone Quartet? Uczył nas, miłośników jazzu, słuchać takiej, pozbawionej jakiegokolwiek oparcia w sekcji rytmicznej, w jakimkolwiek instrumencie, muzyki zaaranżowanej na cztery jedynie saksofony przed laty. Uczył oczywiście wespół z World Saxophone Quartet i powstałym pięć lat później 29th Street Saxophone Quartet. Przynajmniej ja takie kwartety saksofonowe z tamtych lat pamiętam.
Lata lecą i ROVA doczekała się już swego 30 lecia. I... w zasadzie spośród tych sprzed lat, pozostała jedyną na placu boju. WSQ - jeśli w ogóle nagrywa - to coraz częściej sięga po pomoc dodatkowych muzyków. ROVA, może za wyjątkiem sesji i koncertów z ROVAORCHESTROVA, czy wspólnych nagrań z Yo Miles! i Ganielin Trio, pozostaje wierna swej wizji muzyki układanej na cztery saksofony.
O ile jednak, na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego stulecia, ROVA, grając muzykę zdecydowanie "wolniejszą", jak i w ogóle przez sam zamysł kwartetu saksofonowego, traktowana była jako awangarda, tak obecnie i koncepcja nam spowszedniała i sama ROVA złagodniała, czego posłuchać można na właśnie wydanej zresztą płycie: The Juke Box Suite.
Łagodniej, milej, ale narzekał nie będę.
Spotkanie ze sztuką Ackleya, Adamsa, Ochsa i Raskina było przeżyciem. Niezależnie, czy ze sceny dobywały się dodekafoniczne skowyty, czy płynęła skoczna, oparta niemal na rockowym riffie muzyczka, było pięknie. Bo to kawałek historii. Kawałek muzycznej edukacji.
Ciekawie wypadało porównanie z ARTE Quartett, który zabrzmiał zaledwie kilka dni wcześniej, ale o tym - może - jeszcze kiedyś napiszę.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
sobota, 24 listopada 2007
piątek, 23 listopada 2007
Nowe Voo Voo
Całkiem stare zresztą. Wraz z bodaj środową Rzepą ukazał się koncert Voo Voo zagrany 4.03.2004 r. w Trójce. Warto mieć nawet jeśli się już ma "Koncert w Trójce" z dwupłytowego wydawnictwa, choć muzyka w dużym stopniu pokrywa się. Nieco inaczej brzmią niektóre utwory. Ten sam "trick" "VOO VOO z kobietami" ;) Ale Wagiel jest wielki. Na prawdę. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby urodził się nie w Polsce tylko w jakimś Seattle, USA. Gdziekolwiek to jest. Albo w Liverpool. Nieco bliżej.
Cudowne, rockowe granie, to za mało, by określić tę płytę jak i ich muzykę. A najlepsza jest z koncertów. Wiem coś o tym ;)
Cudowne, rockowe granie, to za mało, by określić tę płytę jak i ich muzykę. A najlepsza jest z koncertów. Wiem coś o tym ;)
Nowe Pink Freud
Jeszcze nie tak dawno, w Polsce było kilka zespołów próbujących grać bardziej nowoczesne odmiany jazzu. Wszystkie te nu jazzy itp. Generalnie groove uber alles. Ceniłem Robotobiboka, który gdzieś mi zginął niestety, a szkoda, bo to bardzo ciekawy projekt był. Na placu boju, nie licząc Tymona i Graala, pozostał Pink Freud.
Mam zatem przyjemność jeszcze przed premierą anonsować nową ich płytę w nieco większym składzie. Do kwartetu dołączył bowiem Marcin Masecki, tym razem grający na Hammondzie. Muzyka - w moim przekonaniu - zyskała.
Płyta będąca - współprodukcją Alchemii i Universal Music Polska - jeśli me przeszpiegi mnie nie mylą, ma się ukazać w przyszłym tygodniu. Mi udało się jej posłuchać i nawet napisać coś na jej temat jeszcze przed wydaniem.
Sympatyków MMW, nu jazzu i wszystkich młodych adeptów jazzu, zachęcam do jej poznania. Naprawdę gorąco. Przy okazji, sympatycy Unity Larry Younga też znajdą tu miłe ich uszom dźwięki.
A ja powracam do fenomenalnego duetu Freda Andersona z Harrisonem Bankheadem, o której wspominałem wczoraj. Słyszałem Andersona w zeszłym roku na żywo i był to jeden z tych koncertów, których się nie zapomina. Z różnych względów nic nie napisałem o nim, podobnie jak i o następującym w dniu następnym koncercie składu Carter/Drake/Mateen/Parker. Oba koncerty z Fabryki Trzciny, to jedne z najmilej wspominanych przeze mnie koncertów ostatnich lat. A 70 letni Fred Anderson, był po prostu rewelacyjny. 40 minutowy pierwszy utwór, którego mógłbym słuchać i słuchać... Cudne, pełne, świadome granie, jakie ubóstwiam.
Szkoda, że Poznań jest miastem, które najdalej od Krakowa leży, bo nawet przez Berlin tam daleko, bo na pewno byłbym na tegorocznym jego koncercie w Poznaniu. Mam nadzieję tylko, że uda mi się go posłuchać choć raz jeszcze.
Mam zatem przyjemność jeszcze przed premierą anonsować nową ich płytę w nieco większym składzie. Do kwartetu dołączył bowiem Marcin Masecki, tym razem grający na Hammondzie. Muzyka - w moim przekonaniu - zyskała.
Płyta będąca - współprodukcją Alchemii i Universal Music Polska - jeśli me przeszpiegi mnie nie mylą, ma się ukazać w przyszłym tygodniu. Mi udało się jej posłuchać i nawet napisać coś na jej temat jeszcze przed wydaniem.
Sympatyków MMW, nu jazzu i wszystkich młodych adeptów jazzu, zachęcam do jej poznania. Naprawdę gorąco. Przy okazji, sympatycy Unity Larry Younga też znajdą tu miłe ich uszom dźwięki.
A ja powracam do fenomenalnego duetu Freda Andersona z Harrisonem Bankheadem, o której wspominałem wczoraj. Słyszałem Andersona w zeszłym roku na żywo i był to jeden z tych koncertów, których się nie zapomina. Z różnych względów nic nie napisałem o nim, podobnie jak i o następującym w dniu następnym koncercie składu Carter/Drake/Mateen/Parker. Oba koncerty z Fabryki Trzciny, to jedne z najmilej wspominanych przeze mnie koncertów ostatnich lat. A 70 letni Fred Anderson, był po prostu rewelacyjny. 40 minutowy pierwszy utwór, którego mógłbym słuchać i słuchać... Cudne, pełne, świadome granie, jakie ubóstwiam.
Szkoda, że Poznań jest miastem, które najdalej od Krakowa leży, bo nawet przez Berlin tam daleko, bo na pewno byłbym na tegorocznym jego koncercie w Poznaniu. Mam nadzieję tylko, że uda mi się go posłuchać choć raz jeszcze.
Other Dimensions in Music - Live at the Sunset
Nie wiem, na ile mi to wyjdzie, ale chciałbym, by mniej więcej codziennie (no może bez dni wolnych od pracy) pojawiały się tu jakieś recenzje. Zatem kolejna, zwłaszcza, że czas jest dla mnie litościwy. Daniel Carter, muzyk, który za życia - i to jeszcze w latach 70 ubiegłego wieku - stał się legendą, a jest nią dla mnie od chwili, gdy go miałem niewątpliwą przyjemność poznać, na całe szczęście zaczął wydawać płyty. Zobaczcie na jego dyskografię, przecież w okresie loftów, ba nawet przez lata 80 XX w., praktycznie nie ukazywały się jego płyty. Jeśli już to sporadycznie. Począwszy od lat 90, jest już znacznie lepiej, choć dalej mam niedosyt. Bardzo chciałbym poznać jego grę z czasów, kiedy krytycy rozwodzili się nad jego grą na saksofonie altowym, twierdząc, że w sposób najdoskonalszy urzeczywistnia ona obraz ówczesnego świata. Może, nie wiem. Pozostaje mi wierzyć.
Nie wiem też, na ile zmienił się jego sposób gry. Po tym, jak widziałem go kilka razy na koncertach, mogę jedynie powiedzieć, że mógł, skoro muzyk ten w jednej niemal chwili potrafi łączyć liryczne brzmienia fletu i hardcore'owy skowyt altu, że o "śpiewie" już nie wspomnę. Słuchajcie Daniela w każdej postaci, bo to jedna z najważniejszych postaci współczesnego jazzu. Czy tego chcecie czy nie.
Jest okazja, bo nową płytę jego kwartetu, niekiedy kwintetu - Other Dimensions in Music, w którym oprócz Daniela występują również Roy Campbell jr. grający na trąbce i innych instrumentach (zresztą każdy muzyk gra tu na kilku) oraz William Parker na basie i Hamid Drake na perkusji. Płyta, a w zasadzie dwupłytowy album został zarejestrowany podczas dwu koncertów w Paryżu w klubie Sunset, 17 i 18.10.2006 r. Warto wspomnieć, że w zeszłym roku w Polsce gościliśmy zespół w podobnym składzie, tyle, że zamiast Campbella występował Sabir Mateen. Tamten, zeszłoroczny zespół z Fabryki Trzciny, był jakby połączeniem dwu najbardziej znanych formuł, w których dotychczas Daniel się udzielał: TESTu oraz właśnie ODiM. No dobra, to teraz słów zasadniczych kilka:
Other Dimesnions in Music, to klasyczny już dziś, skład bez fortepianu, jakby powiedział ulubiony przeze mnie gawędziarz radiowy (bez żadnych uśmiechów). Tyle, że ów Pan myśli wówczas o zupełnie odmiennym zespole. Równie wspaniałym. Sekcja marzeń Parker i Drake dopełniona przez Campbella i Daniela Cartera - jednego z moich ulubieńców - razem: Other Dimensions in Music. I ich najnowsza propozycja: Live at the Sunset. Niestety nie tylko grają, ale i nagrywają rzadko. Szkoda, bo to jedna z najlepszych kapel, które umiejscowić można pod hasłem współczesny mainstream. Taki, którym byłby, gdyby nie... Tak, to prawdopodobnie większość recenzentów, a i słuchaczy odbierze tę muzykę za free. Ok. Free, ale takie sprzed lat. Wielu, wielu... Other Dimensions in Music w najnowszej postaci przywodzi na myśl właśnie free sprzed lat. Kiedy muzyka ta tworzyła się właśnie. Sięga do takich nagrań jak jedno z moich ulubionych: The Shape of Jazz to Come. Mógłbym zatem narzekać na tę muzykę? Nie! I niech tak zostanie, bo micha mi się cieszy od ucha do ucha. Swingująca sekcja masuje z lekka serducho, by na jej tle trębacz i saksofonista mogli wyczyniać swe harce. Ot, po prostu tak. Proste, jak konstrukcja cepa. Tyle, że... nie każdemu to się udaje.
Kilka słów zapowiedzi wprowadza w wyśmienity nastrój każdego, kto nie jest francuskojęzyczny. I nastrój ten się udziela. Frywolne dźwięki trąbki punktowane przez równie mile brzmiący saksofon. I sekcja jak młot!
Genialne, genialne, genialne...
Te dwie koncertowe płyty, błagają o jeszcze... Przynajmniej przeze mnie. Bowiem muzyka grana przez tę czwórkę przywołuje tę energię, którą tak w jazzie kocham. Wzajem splatające się linie melodyczne, puls sekcji, długie solówki i... radość, radość grania, którą przełożyć mogę tylko na dwa słowa: radość słuchania.
Koniecznie.
Nie wiem też, na ile zmienił się jego sposób gry. Po tym, jak widziałem go kilka razy na koncertach, mogę jedynie powiedzieć, że mógł, skoro muzyk ten w jednej niemal chwili potrafi łączyć liryczne brzmienia fletu i hardcore'owy skowyt altu, że o "śpiewie" już nie wspomnę. Słuchajcie Daniela w każdej postaci, bo to jedna z najważniejszych postaci współczesnego jazzu. Czy tego chcecie czy nie.
Jest okazja, bo nową płytę jego kwartetu, niekiedy kwintetu - Other Dimensions in Music, w którym oprócz Daniela występują również Roy Campbell jr. grający na trąbce i innych instrumentach (zresztą każdy muzyk gra tu na kilku) oraz William Parker na basie i Hamid Drake na perkusji. Płyta, a w zasadzie dwupłytowy album został zarejestrowany podczas dwu koncertów w Paryżu w klubie Sunset, 17 i 18.10.2006 r. Warto wspomnieć, że w zeszłym roku w Polsce gościliśmy zespół w podobnym składzie, tyle, że zamiast Campbella występował Sabir Mateen. Tamten, zeszłoroczny zespół z Fabryki Trzciny, był jakby połączeniem dwu najbardziej znanych formuł, w których dotychczas Daniel się udzielał: TESTu oraz właśnie ODiM. No dobra, to teraz słów zasadniczych kilka:
Other Dimesnions in Music, to klasyczny już dziś, skład bez fortepianu, jakby powiedział ulubiony przeze mnie gawędziarz radiowy (bez żadnych uśmiechów). Tyle, że ów Pan myśli wówczas o zupełnie odmiennym zespole. Równie wspaniałym. Sekcja marzeń Parker i Drake dopełniona przez Campbella i Daniela Cartera - jednego z moich ulubieńców - razem: Other Dimensions in Music. I ich najnowsza propozycja: Live at the Sunset. Niestety nie tylko grają, ale i nagrywają rzadko. Szkoda, bo to jedna z najlepszych kapel, które umiejscowić można pod hasłem współczesny mainstream. Taki, którym byłby, gdyby nie... Tak, to prawdopodobnie większość recenzentów, a i słuchaczy odbierze tę muzykę za free. Ok. Free, ale takie sprzed lat. Wielu, wielu... Other Dimensions in Music w najnowszej postaci przywodzi na myśl właśnie free sprzed lat. Kiedy muzyka ta tworzyła się właśnie. Sięga do takich nagrań jak jedno z moich ulubionych: The Shape of Jazz to Come. Mógłbym zatem narzekać na tę muzykę? Nie! I niech tak zostanie, bo micha mi się cieszy od ucha do ucha. Swingująca sekcja masuje z lekka serducho, by na jej tle trębacz i saksofonista mogli wyczyniać swe harce. Ot, po prostu tak. Proste, jak konstrukcja cepa. Tyle, że... nie każdemu to się udaje.
Kilka słów zapowiedzi wprowadza w wyśmienity nastrój każdego, kto nie jest francuskojęzyczny. I nastrój ten się udziela. Frywolne dźwięki trąbki punktowane przez równie mile brzmiący saksofon. I sekcja jak młot!
Genialne, genialne, genialne...
Te dwie koncertowe płyty, błagają o jeszcze... Przynajmniej przeze mnie. Bowiem muzyka grana przez tę czwórkę przywołuje tę energię, którą tak w jazzie kocham. Wzajem splatające się linie melodyczne, puls sekcji, długie solówki i... radość, radość grania, którą przełożyć mogę tylko na dwa słowa: radość słuchania.
Koniecznie.
Po prostu dzisiaj
A może i wczoraj również. Pisząc wczorajsze posty, posłuchałem w dużej ilości, czyli wiele razy z rzędu płyty Gebharda Ullmanna "CutItOut" wydanej ostatnio prze Leo Records. Zacna to muzyka, próbująca nieco odnowić skład typowego tria jazzowego z sekcją i saksofonem/klarnetem. W tym przypadku basowym. Na tej płycie, Ullmann wraz z Chrisem Dahlgrenem i Jayem Rosenem, zdaje się podążać podobną drogą co nieco wcześniej Mark Whitecage w trio z - co tu kryć - w zasadzie naszym rodakiem Dominikiem Duvalem i również Jayem Rosenem. W obu przypadkach muzyka została dyskretnie uzupełniona przez elektronikę. Mi się podoba. I tyle. Może coś jeszcze o tym napiszę, zwłaszcza, że połączone siły trio-elektroniczne brzmią w obu przypadkach dość świeżo.
A teraz kompletny lajcik: Morrisey ze swojej składanki sprzed lat. I pomyśleć, że z górą 20 lat temu zasłuchiwałem się w pierwsze nagrania The Smith. Ba, jakże ja chciałem, by ówczesna moja kapela zabrzmiała choć w części tak dobrze jak duet Morriseya z Marrem ;) Minęły lata. Fajnie się słucha i tyle.
A teraz kompletny lajcik: Morrisey ze swojej składanki sprzed lat. I pomyśleć, że z górą 20 lat temu zasłuchiwałem się w pierwsze nagrania The Smith. Ba, jakże ja chciałem, by ówczesna moja kapela zabrzmiała choć w części tak dobrze jak duet Morriseya z Marrem ;) Minęły lata. Fajnie się słucha i tyle.
czwartek, 22 listopada 2007
Co mi się ostatnio podobało, czyli i co by tu jeszcze napisać Panowie...
Po chwili praktycznie kompletnego niesłuchania jazzu, muzyka ta wróciła do mnie. W zasadzie zawsze była. Płyt się zatem nazbierało kilka, które z jednej strony bardzo mi się podobają, a z innej... czekają na swoją chwilę. Zatem jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany przeczytać cokolwiek wcześniej, niech da znać. W swych "planach wydawniczych" ;) wezmę każdy głos pod uwagę.
Przyszedł był zatem pakiet płyt "zaprzyjaźnionych". Krakowskie Not Two wydaje ilości i jakości, jakich nie powstydziłby się nikt na Świecie. Ostatnie pomysły tej witryny, które mnie zachwyciły, to praktycznie wszystko co Marek wydał. Być może to kwestia zbliżonych gustów. Kto to wie... Zatem mam i polecam:
Joe McPhee/Mikołaj Trzaska/Jay Rosen - Intimate Conversation (nie musicie nic pisać i tak napiszę ;) a u Marka na stronie jeszcze nie ma)
ROVA Saxophone Quartet - The Juke Box Suite
Darren Johnston/Fred Frith/Larry Ochs/Devin Hoff/Ches Smith - Reasons for Moving
The NU Band - The Dope and The Ghost. Live in Vienna
Herb Robertson Trio + Marcin Oleś & Bartłomiej "Brat" Oleś - Live at Alchemia (też napiszę)
Tomek Sowiński and the Collective Improvisation Group - Illustration (Panie i Panowie - patrzcie na Tomka i słuchajcie Go, bo warto)
Michael Marcus - The Magic Door
Dominic Duval - Songs for Krakow (fantastyczna płyta na kontrabas solo)
Steve Swell - Live at the Vision Festival (to już druga płyta tego zespołu wydana w Polsce, tym razem w kwintecie)
Fonda-Stevens Group - Trio
Jurij Jaremczuk/Mark Tokar/Klaus Kugel - YATOKU (nie musicie o nic prosić - już napisałem)
Ganielin Trio Priority - Live in Lugano (jak tylko płytka wejdzie mi w łapy, na pewno napiszę)
Oluyemi Thomas / Henry Grimes - The Power of Light
Koniec prywaty. Teraz zagraniczne produkcje.
Obłędny duet Petera Broetzmanna z Michaelem Zerangiem pt. Beirut wydała wytwórnia Al Maslakh.
Rzeźnia nr 5, tyle, że bardziej ostro gwarantowana jest przez trio: Peter Broetzmann/Paal Nilssen-Love/Mats Gustafsson pt. The Fat is Gone wydana przez Smalltown Superjazz.
Nowość z Marge, to płyta, której nie mógłbym nie mieć: Other Dimensions in Music - Live at the Sunset (tu tekst jest już napisany, zatem umieszczę jeśli chcecie).
"Życiowe" trio Mikołaja Trzaski (z Peterem Friisem Nielsenem i Peterem Ole Jorgensenem) wydała wytwórnia tego ostatniego Ninth World Music. Płyta nosi tytuł Volume. Aeter i mogę powiedzieć, że jest wspaniała.
Z tej samej wytwórni pochodzi inny zakup, ale do muzyki jeszcze się nie przekonałem: Mats Gustafsson/Per-Ake Holmlander/Peter Friis Nielsen/Peter Ole Jorgensen nagrali jako Torden Kvartetten płytę, której tytuł (chyba) brzmi: 13 Erindringer fra Hr. Grons liv.
Gebhard Ullmann jako New Basement Research wydał płytę dla Soul Note. I płyta jest wspaniała.
Oprócz niej wszedłem również w posiadanie innych. Z nowszych tria Gebhard Ullmann/Chris Dahlgren/Jay Rosen - CutItOut oraz The Clarinet Trio - Ballads And Related Objects. Uzupełniłem też dyskografię o pierwszą płytę tego zespołu.
Dwie fajne rzeczy pochodzą z Clean Feed:
Joe Morris/Ken Vandermark/Luther Gray - Rebus oraz
Anthony Braxton/Joe Fonda - Duets. 1995, przy czym ta płyta jest reedycją wydanej wcześniej i od lat niedostępnej płyty z niemieckiego Konneksu uzupełnionej obecnie i zremasterowanej na nowo. Swoją drogą, to imponuje wydawniczy rozmach Clean Feed.
Zawsze mówiłem, że Michael Marcus powinien przestać grać z Sonny Simmonsem. I nie na saksofonie. Czyżby posłuchał zatem? Tak, czy inaczej nagrał płytę Duology wespół z trębaczem i kornecistł Tedem Danielsem. Płytę pod tytułem Duology wydało Boxholder Records, a moje słowo na ten temat jest już tu.
Po koncertach Franka Gratkowskiego pozostała mi w zasadzie wyłącznie The Flume Factor. I dobrze, bo nagrania z Random Acoustic praktycznie są niedostępne.
Więcej pozostawił koncert NU Bandu. Trzy nagrania Marka Whitecage'a: Mark Whitecage and Liquid Time, BushWacked oraz Moon Blue Boogie (wszystkie Acoustic). Uzupełniła się także dyskografia Lou Grassiego i jego PoBandu o płytę Infinite POtential oraz ComPOsed.
Trio X było doskonałe. Tym razem zmieniło nazwę na Magic i stało się kwartetem wespół z Mikołajem Trzaską. Mikołaj twierdzi, że mają plany. Trzymam kciuki. A w rękach dwie godne polecenia, ostatnie nagrania Trio X: Roulette at Location One (Cadence) oraz The Sugar Hill Suite (CIMP).
Ayler Records wznowiło wydawanie normalnych płyt. I wystrzeliło z grubej rury: Fred Anderson * Harrison Bankhead - The Great Vision Concert. W istocie "great".
A skoro Fred był w Poznaniu, to anonsuję z Poznania dwie płyty: Trylobit oraz Dragons 1976.
Ostatnie już zupełnie nabytki związane są z pobytem obłędnego projektu Kena Vandermarka - Resonance (jeszcze poczytacie). Pozostało kilka plyt (także spośród wyżej wymienionych): duet Kena Vandermarka z Timem Daisy'm TD | KV jest "self made" i dostępny jedynie podczas koncertów. Numerowanych 200 płyt. Jeśli sprzedawali je po kolei, to orientujcie się, bo pozostało jeszcze zaledwie 10. OKKA Disk wydała świetą płytę grupy The Engines, czyli Dave Rempis, Jeb Bishop, Nat McBride oraz Tim Daisy. Nowa pozycja w dyskografii Rempisa to także Hunter-Gatherers.
Jest zatem o czym pisać ;)
Przyszedł był zatem pakiet płyt "zaprzyjaźnionych". Krakowskie Not Two wydaje ilości i jakości, jakich nie powstydziłby się nikt na Świecie. Ostatnie pomysły tej witryny, które mnie zachwyciły, to praktycznie wszystko co Marek wydał. Być może to kwestia zbliżonych gustów. Kto to wie... Zatem mam i polecam:
Joe McPhee/Mikołaj Trzaska/Jay Rosen - Intimate Conversation (nie musicie nic pisać i tak napiszę ;) a u Marka na stronie jeszcze nie ma)
ROVA Saxophone Quartet - The Juke Box Suite
Darren Johnston/Fred Frith/Larry Ochs/Devin Hoff/Ches Smith - Reasons for Moving
The NU Band - The Dope and The Ghost. Live in Vienna
Herb Robertson Trio + Marcin Oleś & Bartłomiej "Brat" Oleś - Live at Alchemia (też napiszę)
Tomek Sowiński and the Collective Improvisation Group - Illustration (Panie i Panowie - patrzcie na Tomka i słuchajcie Go, bo warto)
Michael Marcus - The Magic Door
Dominic Duval - Songs for Krakow (fantastyczna płyta na kontrabas solo)
Steve Swell - Live at the Vision Festival (to już druga płyta tego zespołu wydana w Polsce, tym razem w kwintecie)
Fonda-Stevens Group - Trio
Jurij Jaremczuk/Mark Tokar/Klaus Kugel - YATOKU (nie musicie o nic prosić - już napisałem)
Ganielin Trio Priority - Live in Lugano (jak tylko płytka wejdzie mi w łapy, na pewno napiszę)
Oluyemi Thomas / Henry Grimes - The Power of Light
Koniec prywaty. Teraz zagraniczne produkcje.
Obłędny duet Petera Broetzmanna z Michaelem Zerangiem pt. Beirut wydała wytwórnia Al Maslakh.
Rzeźnia nr 5, tyle, że bardziej ostro gwarantowana jest przez trio: Peter Broetzmann/Paal Nilssen-Love/Mats Gustafsson pt. The Fat is Gone wydana przez Smalltown Superjazz.
Nowość z Marge, to płyta, której nie mógłbym nie mieć: Other Dimensions in Music - Live at the Sunset (tu tekst jest już napisany, zatem umieszczę jeśli chcecie).
"Życiowe" trio Mikołaja Trzaski (z Peterem Friisem Nielsenem i Peterem Ole Jorgensenem) wydała wytwórnia tego ostatniego Ninth World Music. Płyta nosi tytuł Volume. Aeter i mogę powiedzieć, że jest wspaniała.
Z tej samej wytwórni pochodzi inny zakup, ale do muzyki jeszcze się nie przekonałem: Mats Gustafsson/Per-Ake Holmlander/Peter Friis Nielsen/Peter Ole Jorgensen nagrali jako Torden Kvartetten płytę, której tytuł (chyba) brzmi: 13 Erindringer fra Hr. Grons liv.
Gebhard Ullmann jako New Basement Research wydał płytę dla Soul Note. I płyta jest wspaniała.
Oprócz niej wszedłem również w posiadanie innych. Z nowszych tria Gebhard Ullmann/Chris Dahlgren/Jay Rosen - CutItOut oraz The Clarinet Trio - Ballads And Related Objects. Uzupełniłem też dyskografię o pierwszą płytę tego zespołu.
Dwie fajne rzeczy pochodzą z Clean Feed:
Joe Morris/Ken Vandermark/Luther Gray - Rebus oraz
Anthony Braxton/Joe Fonda - Duets. 1995, przy czym ta płyta jest reedycją wydanej wcześniej i od lat niedostępnej płyty z niemieckiego Konneksu uzupełnionej obecnie i zremasterowanej na nowo. Swoją drogą, to imponuje wydawniczy rozmach Clean Feed.
Zawsze mówiłem, że Michael Marcus powinien przestać grać z Sonny Simmonsem. I nie na saksofonie. Czyżby posłuchał zatem? Tak, czy inaczej nagrał płytę Duology wespół z trębaczem i kornecistł Tedem Danielsem. Płytę pod tytułem Duology wydało Boxholder Records, a moje słowo na ten temat jest już tu.
Po koncertach Franka Gratkowskiego pozostała mi w zasadzie wyłącznie The Flume Factor. I dobrze, bo nagrania z Random Acoustic praktycznie są niedostępne.
Więcej pozostawił koncert NU Bandu. Trzy nagrania Marka Whitecage'a: Mark Whitecage and Liquid Time, BushWacked oraz Moon Blue Boogie (wszystkie Acoustic). Uzupełniła się także dyskografia Lou Grassiego i jego PoBandu o płytę Infinite POtential oraz ComPOsed.
Trio X było doskonałe. Tym razem zmieniło nazwę na Magic i stało się kwartetem wespół z Mikołajem Trzaską. Mikołaj twierdzi, że mają plany. Trzymam kciuki. A w rękach dwie godne polecenia, ostatnie nagrania Trio X: Roulette at Location One (Cadence) oraz The Sugar Hill Suite (CIMP).
Ayler Records wznowiło wydawanie normalnych płyt. I wystrzeliło z grubej rury: Fred Anderson * Harrison Bankhead - The Great Vision Concert. W istocie "great".
A skoro Fred był w Poznaniu, to anonsuję z Poznania dwie płyty: Trylobit oraz Dragons 1976.
Ostatnie już zupełnie nabytki związane są z pobytem obłędnego projektu Kena Vandermarka - Resonance (jeszcze poczytacie). Pozostało kilka plyt (także spośród wyżej wymienionych): duet Kena Vandermarka z Timem Daisy'm TD | KV jest "self made" i dostępny jedynie podczas koncertów. Numerowanych 200 płyt. Jeśli sprzedawali je po kolei, to orientujcie się, bo pozostało jeszcze zaledwie 10. OKKA Disk wydała świetą płytę grupy The Engines, czyli Dave Rempis, Jeb Bishop, Nat McBride oraz Tim Daisy. Nowa pozycja w dyskografii Rempisa to także Hunter-Gatherers.
Jest zatem o czym pisać ;)
Bass X3
Nie tak dawno, podczas krakowskiego koncertu New Basement Research kupiłem płytę z wymarłej już wytwórni: Drimala Records. Niestety pożegnała się z nami rok temu publikując takie słowa:
Płytę firmuje trójka basolubnych, tak jak ja, muzyków: fenomenalny saksofonista i przede wszystkim klarnecista basowy Gebhard Ullmann oraz dwu basistów Chris Dahlgren i Peter Herbert. Ullmann może być już znany z Polsce choćby z koncertów i nagrań dla Not Two. Chris Dahlgren również ma wydaną w Polsce płytę, z której refleksjami zdążyłem się już podzielić. Peter Herbert, choć muzyk to zacny, chyba w Polsce jeszcze ani nie gościł, ani też niczego nie wydał. Ale zawsze mogę się mylić.
Tak, czy inaczej, trójka muzyków stworzyła nietuzinkowy zespół, który nagrał doskonałą płytę. Biorąc pod uwagę, że Drimala Records zakończyła swoją pracę, szukajcie, a znajdziecie. Jak mawiał poeta, albo gdzieś........ ;)
Bass X3
Najkrócej mówiąc: lubię takie składy. Nieszablonowe.
No cóż, Ullmann, szablonowym muzykiem nie jest, czego doświadczyć mogli ci, którzy nielicznym gronem (którz słuchać będzie jakiegoś Niemca) stawili się na jego ostatnim koncercie w Alchemii. BassX3 to zespół "zogniskowany" na basowym rejestrze. W dodatku zespół o przedziwnym składzie. Nie powiem, że lider, ale pewnie spiritus movens przedsięwzięcia, Ullmann właśnie, gra na klarnecie basowym oraz takimż flecie. Wspomagany jest przez Petera Herberta i Chrisa Dahlgrena grających na kontrabasach, przy czym w przypadku tego ostatniego, "obsługuje" on także inne instrumenty.
I...?
Wspaniały Fred Flinston powiedziałby po prostu: Yabadabaduuuu!!!
I miałby rację.
Mi, pewnie powiedzieć tak nie można. A szkoda. Bo proste wyrażenie swoich emocji jest najlepsze. Jabadabadu i nic dodać, nic ująć. Wszyscy wówczas wiedzą wszystko i nikt nic nie wie, a recenzent spać może spokojnie.
No cóż... Niestety pewnie powiedzieć trzeba nieco więcej słów.
Po pierwsze zatem zająć się trzeba wytwórnią i dostępnością. Drimala Records. Uffff... jak fajnie. Nikt tego nie ma. Niestety Drimala jakby zaprzestała działania, wobec czego zainteresowani zmuszeni będą do nabycia tej płyty z koncertów Ullmanna, bądź... w jakiś inny sposób. Szukajcie, a znajdziecie.
Po drugie... w niektórych periodykach - i dobrze - zwraca się uwagę, na jakość brzmienia płyty. Można rzec, jest ona co najmniej dobra. Co najmniej bardzo. Przynajmniej z mojego, podłego lampiaka niemal domowej roboty z Wrocławia (dziękuję przy okazji! człowiek, który twierdził, że wielokroć tańszy sprzęt zagra jak dużo droższy miał rację; tym samym pozostało trochę grosza na zakup płyt, a przecież do tego sprzęt służy).
Po trzecie - Muzyka. Nie darmo piszę to słowo przez wielkie "M". Kibicuję Ullmannowi od lat i od lat, muzyk ten potrafi mnie zaskakiwać wciąż nowymi, wciąż świeżymi pomysłami. BassX3 brzmi niemal jak rockowa kapela. Z tą samą intensywnością. Z taką samą energią. Czadem. Z drugiej strony muzyka ta ma coś podobnego do world music. Jakąś bezpretensjonalną bezpośredniość. Trafiania w sam cel. W słuchacza. Jak trafi, tak już nie puści. I niech sobie trzyma. Ze strony trzeciej, to jest to kawał wysublimowanych dźwięków, podanych w rejestrach, które zwykle wywołują miłe skojarzenia brzmieniowe. Mówiąc krótko, skoro już ktoś przeszedł do tych słów, rewelacyjne, świeże granie. Bardzo komunikatywne, świetnie brzmiące, niemal skocznie melodyjne. Niemal ludowo. Jednocześnie dźwięki te są jakby z zupełnie innego świata, do którego słuchacz nie jest kompletnie przyzwyczajony. To tak, jakby jednocześnie zaznawać niewypowiedzianej przyjemności i równocześnie być niemiłosiernie łaskotanym. Gdzieś, z tego biorą się dźwięki jedynego w swoim rodzaju tria. Wspaniałe dźwięki.
Polecam.
Szkoda, bo muzykę prezentowała zacną. Szkoda, bo już tak łatwo zdobyć tych płyt nie będzie można.October 7, 2006: Thank you for visiting Drimala Records. After 10 years, 25 releases, and 32,546 customers in 47 countries, we have decided to take a hiatus from the music business. We have gone off to play out other dreams that are right for this time in our lives. So thank you to everyone that made Drimala possible and the ride of a lifetime. Be well and may you go in peace wherever your ears take you. We leave you with this quote from Keith Jarrett, “Jazz is there and gone. It happens. You have to be present for it. That simple.” -- The Drimala Crew
Płytę firmuje trójka basolubnych, tak jak ja, muzyków: fenomenalny saksofonista i przede wszystkim klarnecista basowy Gebhard Ullmann oraz dwu basistów Chris Dahlgren i Peter Herbert. Ullmann może być już znany z Polsce choćby z koncertów i nagrań dla Not Two. Chris Dahlgren również ma wydaną w Polsce płytę, z której refleksjami zdążyłem się już podzielić. Peter Herbert, choć muzyk to zacny, chyba w Polsce jeszcze ani nie gościł, ani też niczego nie wydał. Ale zawsze mogę się mylić.
Tak, czy inaczej, trójka muzyków stworzyła nietuzinkowy zespół, który nagrał doskonałą płytę. Biorąc pod uwagę, że Drimala Records zakończyła swoją pracę, szukajcie, a znajdziecie. Jak mawiał poeta, albo gdzieś........ ;)
Bass X3
Najkrócej mówiąc: lubię takie składy. Nieszablonowe.
No cóż, Ullmann, szablonowym muzykiem nie jest, czego doświadczyć mogli ci, którzy nielicznym gronem (którz słuchać będzie jakiegoś Niemca) stawili się na jego ostatnim koncercie w Alchemii. BassX3 to zespół "zogniskowany" na basowym rejestrze. W dodatku zespół o przedziwnym składzie. Nie powiem, że lider, ale pewnie spiritus movens przedsięwzięcia, Ullmann właśnie, gra na klarnecie basowym oraz takimż flecie. Wspomagany jest przez Petera Herberta i Chrisa Dahlgrena grających na kontrabasach, przy czym w przypadku tego ostatniego, "obsługuje" on także inne instrumenty.
I...?
Wspaniały Fred Flinston powiedziałby po prostu: Yabadabaduuuu!!!
I miałby rację.
Mi, pewnie powiedzieć tak nie można. A szkoda. Bo proste wyrażenie swoich emocji jest najlepsze. Jabadabadu i nic dodać, nic ująć. Wszyscy wówczas wiedzą wszystko i nikt nic nie wie, a recenzent spać może spokojnie.
No cóż... Niestety pewnie powiedzieć trzeba nieco więcej słów.
Po pierwsze zatem zająć się trzeba wytwórnią i dostępnością. Drimala Records. Uffff... jak fajnie. Nikt tego nie ma. Niestety Drimala jakby zaprzestała działania, wobec czego zainteresowani zmuszeni będą do nabycia tej płyty z koncertów Ullmanna, bądź... w jakiś inny sposób. Szukajcie, a znajdziecie.
Po drugie... w niektórych periodykach - i dobrze - zwraca się uwagę, na jakość brzmienia płyty. Można rzec, jest ona co najmniej dobra. Co najmniej bardzo. Przynajmniej z mojego, podłego lampiaka niemal domowej roboty z Wrocławia (dziękuję przy okazji! człowiek, który twierdził, że wielokroć tańszy sprzęt zagra jak dużo droższy miał rację; tym samym pozostało trochę grosza na zakup płyt, a przecież do tego sprzęt służy).
Po trzecie - Muzyka. Nie darmo piszę to słowo przez wielkie "M". Kibicuję Ullmannowi od lat i od lat, muzyk ten potrafi mnie zaskakiwać wciąż nowymi, wciąż świeżymi pomysłami. BassX3 brzmi niemal jak rockowa kapela. Z tą samą intensywnością. Z taką samą energią. Czadem. Z drugiej strony muzyka ta ma coś podobnego do world music. Jakąś bezpretensjonalną bezpośredniość. Trafiania w sam cel. W słuchacza. Jak trafi, tak już nie puści. I niech sobie trzyma. Ze strony trzeciej, to jest to kawał wysublimowanych dźwięków, podanych w rejestrach, które zwykle wywołują miłe skojarzenia brzmieniowe. Mówiąc krótko, skoro już ktoś przeszedł do tych słów, rewelacyjne, świeże granie. Bardzo komunikatywne, świetnie brzmiące, niemal skocznie melodyjne. Niemal ludowo. Jednocześnie dźwięki te są jakby z zupełnie innego świata, do którego słuchacz nie jest kompletnie przyzwyczajony. To tak, jakby jednocześnie zaznawać niewypowiedzianej przyjemności i równocześnie być niemiłosiernie łaskotanym. Gdzieś, z tego biorą się dźwięki jedynego w swoim rodzaju tria. Wspaniałe dźwięki.
Polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)