Dla tych, co nie wiedzą, może jeszcze zdążę z informacją. Dzisiaj w Warszawie, w Bazylice Najświętszego Serca Jezusowego (ul. Kawęczyńska 53) zagra Jan Garbarek z The Hilliard Ensemble. Ich wspólna muzyka znana jest nie tylko z płyt "Officium" i "Mnemosyne", ale również z koncertów w Polsce. Więcej już zatem nie powiem, bo wiadomo czego się można spodziewać.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
środa, 29 września 2010
Frank Gratkowski Trio - The Flume Factor
Od pewnego czasu chodzi mi po głowie, by napisać słów kilka na temat amerykańskiego i europejskiego podejścia do muzyki free. Pewnie kiedyś coś takiego popełnię.
Od pewnego czasu również wsłuchuję się w dźwięki "The Flume Factor" - płyty, którą nagrał Frank Gratkowski z towarzyszeniem Dietera Manderscheida i Gerry Hemingwaya. Tria zatem mieszanego, z przewagą jednak "strony europejskiej". I tez, które sobie stawiałem próbując opisać, to o czym napisałem wyżej, niekoniecznie byłbym w stanie obronić.
Może Gratkowski nie jest zupełnie europejski, a może Hemingway niezbyt amerykański? Może w ogóle takiego podziału, który wydaje mi się słyszeć przy okazji odsłuchiwania amerykańskiej i europejskiej muzyki free jazzowej sprzed wielu lat po prostu nie ma (wówczas coś źle z moimi uszami, a jeszcze gorzej z tym, co powinno być pomiędzy nimi).
Tak, czy inaczej - przynajmniej jak na mój gust, wiedzę i słyszenie - muzyka Frank Gratkowski Trio czerpie z obu stron Atlantyku. I już niemal byłem pewny następnego stwierdzenia, że z tego tygla rodzi się jedna wspólna myśl muzyczna, ale i tego zdania nie jestem pewien. Generalnie zaś, to na "The Flume Factor" mnóstwo odniesień do muzyki Braxtona, raczej z jego wcześniejszego okresu, mnóstwo jednak i pomysłów wywodzonych nawet z melodyjnego - w tym towarzystwie - Ornette Colemana. Gdzieś pojawiają się jakieś konotacje do Petera Brotzmanna. Pomimo jednak aacmowych wycieczek, muzyka tu zawarta potrafi kopnąć takim freejazzowym swingiem, jaki uwielbiam. I znów chciałem powiedzieć, że spora w tym zasługa Hemingwaya, ale przecież nie jest to do końca prawda. Gratkowski, który potrafi freejazzowo kołysać niczym uwolniony Lee Konitz, a i Manderscheid również potrafi zagrać w sposób zdecydowanie "czarny". Tuż jednak po owej freeswingowej kipieli, potrafi się pojawić konceptualna muzyka zdecydowanie bliżej leżąca tradycji muzyki europejskiej, kompletnie pozbawiona wszelkich bluenote i synkop. Cóż, można by zatem rzec, że groch z kapustą. Można jednak, również - i to bliższe mojej ocenie tej płyty - zawarta tu muzyka jest jakby krótkim kompedium wiedzy o współczesnym, kameralnym free. Wywodząc się i czerpiąc z tradycji obu zasadniczych jej źródeł. Czy jest to płyta warta polecenia? Tutaj mam duży zgryz i gdyby nie kunszt muzyków powiedziałbym raczej, że chąc wydać ileś tam złotych za płytę, lepiej poszukać czegoś innego. Jednak i to nie do końca prawda. Ot taka płyta kameleon. Magiczny kalejdoskop. Co rusz, coś innego. Można lubić lub nie. Faktem, że od kilku dni od tych dźwięków nie mogę się wyzwolić.
Frank Gratkowski Trio - The Flume Factor - Random Acoustics RA 020
poniedziałek, 27 września 2010
Kilka pytań
Być może to zbyt wcześnie, by się dopytywać o takie rzeczy, jednakże - jeśli w ogóle ktokowliek czytuje tego bloga, chciałbym znać Jego zdanie.
1. Nie wiem, do kiedy i jak długo istnieć będzie jeszcze w sieci Diapazon. Ten blog będzie - już to wiem - istniał tak długo, jak ja. Chyba, że google zliwkiduje blogi. Przenieść zatem moje recenzje tam opublikowane tutaj?
2. Podobne pytanie. Na Diapazonie jest kilka moich opracowań dyskografii. Nie mam możliwości ich aktualizowania. Przenieść je tutaj? A jeśli tak, to ktokowlek ma jakiś pomysł jak to zrobić? Moja propozycja jest taka, że pojawią się owe dyskografie jako załoączniki tekstowe do danego wpisu. W ten sposób - jeśli się dobrze orientuje - będę mógł w dowolnym czasie zmienić ten plik, tak, by dyskografia za każdym razem była aktualna. A może nie tutaj? Może dołączyć je do wikipedii, czy któregoś z serwisów z dyskografiami? Albo po prostu dać sobie spokój?
3. Znów na Diapazonie, opublikowałem kilka not biograficznych. Znów mógłbym je przenieść tutaj. Albo znów... wikipedia itp. Oczywiście nie po to, by rozdmuchać bloga, tylko by informacje te - o ile są potrzebne - pozostały. Mam jeszcze kilka innych not, można zatem byłoby je również umieścić w blogu, bo jak na razie innego medium nie mam, a to wydaje się być - przynajmniej jak na razie - wygodne.
4. To pytanie - to wyzwanie. Między innymi do osób, które publikowały w Diapazonie - może udałoby się nam stworzyć nowy serwis o podobnym profilu? Jeśli tylko chcemy? Pewien pomysł mam.
Jameel Moondoc Trio - Fire in the Valley
Muzyka Jameela Moondoka była bodaj moim pierwszym spotkaniem z amerykańskim rree. Nieważne, loft jazz, czy coś innego. Po prostu, kiedy lata temu mój Ojciec zapisał się do kompletnie tajnej organizacji Klubu Czarnego Krążka, albo czegoś w tym guście Poljazzu w nadziei otrzymywania tego, co lubiał najbardziej - czyli swingu, dixielendu itp., jakimś dziwnym trafem został potraktowany jako ulubieniec współczesnego oblicza jazzu. Stąd też w moim domu zagościła muzyka, którą od lat dażę szacunkiem i uznaniem, a której mój Ojciec nie słuchał.
Słuchałem ja.
Pośród wielu płyt, jakie wówczas pojawiły się u nas, była także rejestracja wrocławskiego koncertu - wydarzenia, jak było (jeśli pamiętam) - napisane na okładce, koncertu Jameel Moondoc & The Muntu (jeśli tytuł pamiętam). Kwartetowy skład z pokręconymi, jak na bardzo nastoletniego wówczas gościa wwiercał się swymi pokręconymi dźwiękami pośród dość dobrze ówcześnie poukładane półki z Pink Floyd, Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath, bo te zespoły wówczas były - jeśli pamiętam - u mnie najbardziej poważane. Wyważał też drzwi z muzyką, któręj słuchał Ojciec: Armstrong, Fitzgerald, Basie, Ellington, Goodman, Grappelli. Pewnie jeszcze tona innych, których dziś już nie pomnę. Był nawet bardzo różny od muzyki, która wówczas jakby wkraczała do Polski - punku, hardcore'a i jego wszelkich odmian. Dziś już nie słycham Pink Floyd, szczególnie z owego późnego, watersowego okresu. Iron Mana lubię zapuścić nawet obecnie, Fitzgerald wespół z Armstrongiem wychwalam pod niebiosa, zaś... muzyka, która wówczas tak bardzo wyważała moje - jak mi się wydawało "szerokie muzyczne horyzonty" (nastolatka) pozostała do dnia dzisiejszego. Zresztą nie tak prosto. Było nam ze sobą raz bliżej, raz dalej. Teraz czujemy się jak stare małżeństwo, które ma za sobą i skoki w bok i uwielbienie. Przede wszystkim jednak obok uczucia pojawił się szacunek i uznanie.
Tak. Mam uznanie dla tego typu twórczości. Jest nieszablonowa. I wprawdzie nie burzy mi obecnie już żadnych horyzontów, to jednak zawsze słyszę w niej iskrę swobody. Nie inaczej jest z "Fire in the Valley". Płytą, jaką Jameel Moondoc nagrał dla Eremite w trio wraz Johnem Voightem i Lawrencem Cookiem. Jedynie trzech muzyków i jedynie... dwa uwtory. Muzyki - jeśli chodzi o czas jej trwania - też nie za wiele. Zaledwie około 40 minut, z czego ledwie około półtorej zawiera bis. Reszta to jeden rozbudowany utwór - improwizacja. Zatem nie ilość, ale jakość, bo ta jest przednia. Moondoc w najlepszym wydaniu. Osadzony w jazzowej tradycji, z freejazzowym swingiem grający dokładnie to, co można nazwać naturalnym przedłużeniem "starego" jazzu w czasy dzisiejsze. Jest jakby alter ego Ornette Colemana. Obaj potrafią w sposób absolutnie doskonały połączyć to co było i to co jest. Na moje oko, a raczej ucho, z owymi "starymi" mistrzami jazzu, Moodnoka łączy jeszcze jedno - jego muzyka płynie (albo gdy grał ów koncert płynęła) z głębi jego serca. Nie ważne jaka, ważne, że prawdziwa. Emocjonalnie zgodna z jej twórcami. Wolna i swobodna, mająca jedynie jedną "kotwicę" - ich ówczesne rozumienie czy lepiej powiedzieć: odczucie, czasu, w którym muzyka ta powstawała. Free jazz zatem taki, który ja uważam za kwintesencję tego stylu w amerykańskiej wersji. Jeśli ktoś to lubi, polubi i tę płytę. Ręczę, że jest co lubić.
Jameel Moondoc Trio - Fire in the Valley - Eremite MTE-08 CD
niedziela, 26 września 2010
Po prostu gratulacje
Nawet nie wiem, jak to zacząć. Było nerwowo. Jest wspaniale. Po wygranej z Niemcami i uprzednim zwycięstwie nad Kanadyjczykami - polska reprezentacja siatkówki na pewno wychodzi z grupy na Mistrzostwach Świata w siatkówce.
Gratulacje chłopaki!
I dalej trzymam za Was kciuki.
Noah Howard - pozostały tylko nagrania
Właśnie się dowiedziałem, że 3.09.2010 r. zmarł Noah Howard. Urodzony w 1943 r. w Nowym Orleanie muzyk był przedstawicielem free jazzu przełomu lat 60/70 ubiegłego wieku. Sam ptzyznawał się do wpływu jaki na jego muzykę wywarli John Coltrane i Albert Ayler. Potrafił jednak znaleźć swój własny, muzyczny język. Wiem, że był ceniony przez jednego z moich przyjaciół, który myślał o sprowadzeniu go na koncerty do Krakowa. Niestety pozostały nam jedynie nagrania. Co gorsza dostępne w głównej mierze na bardzo niszowych wytwórniach.
Ostatnio słuchane
Postanowiłem od czasu do czasu, ale w miarę często zamieszczać informację o muzyce, której słucham. Być może spowoduje to przypomnienie u Was dawno niesłyszanych nagrań. Być może zainteresuje jakimś nagraniem.
Zatem - ostatni weekend.
Tak się stało, że w łapy me w końcu wpadło kilka nagrań, których od lat szukałem, a nie miałem do nich żadnego dostępu. Bez ocen zatem, a jedynie gwoli przypomnienia, zawiadamiam, że mój gościnny CA640C był łaskaw połknąć przez weekend:
John Carter-Bobby Bradford - Flight for Four (Flying Dutchman)
John Carter-Bobby Bradford - Self-Determination Music (Flying Dutchman)
John Carter-Bobby Bradford - Secrets (Revelation)
Julius Hemphill - Dogon A.D. (Freedom)
Henry Threadgill - X-75, Vol. 1 (Novus)
Alexander von Schlippenbach Trio - Pakistani Pomade (FMP/Unheard Music Series)
Frank Gratkowski Trio - The Flume Factor (Random Acoustic)
Peter Brotzmann-Han Bennink - Atsugi Concert (Gua-Bungue)
Billy Bang-John Lindberg - New York Collage (Anima)
Yazzbot Mazut - W pustyni i w puszczy (Multikulti)
Bass X3 (Drimala)
I kilka nagrań niepublikowanych, w tym świetny koncert Joe McPhee Quartet poświęcony Albertowi Aylerowi (jak się pospieszycie to na Big'O'Zine jeszcze jest).