Przyznam, że do płyty tej podchodziłem jak pies do jeża. Duet. Gitara i skrzypce. Brak sekcji. W dodatku wówczas (czyli w chwili wydania tej płyty) znane mi nagrania kwartetu Morrisa prowadziły mnie do poglądu, że Morris jest najsłabszym ogniwem tego zespołu. Wniosek był zatem jeden - nie dla mnie nagrania tego duetu. Jakże się myliłem!
Ta płyta przez dłuższy czas, nie schodziła z mojego odtwarzacza. Rewelacja! Propozycja Morrisa i Maneriego to przede wszystkim nietypowy świat dźwięków. Jedynie dwa instrumenty, ale w zaiste niepospolitym połączeniu: elektryczne gitara i takież skrzypce. I trzeba od razu powiedzieć: nie tylko niepospolite połączenie, ale i niepospolici muzycy.
Joe Morris i Mat Maneri. Muzycy, należący do tej ich "kasty", która zawsze potrafi czymś zaskoczyć. Przecież doskonale mogą być znani z Joe Morris Quartet. Jednak płyta dwu frontmanów tego kwartetu może być sporym zaskoczeniem. Nie tylko dlatego, że muzycy pozbawieni zostali rytmiczno-harmonicznego kontekstu perkusji i basu. Przy braku jakichkolwiek elektronicznych ingerencji w dźwięk swych instrumentów, które są po prostu jedynie amplifikowane, obszar sonorystyczny, w którym poruszają się muzycy jest niespotykany. Z jednej strony gęste, ale mimo wszystko niespieszne improwizacje Morrisa, z drugiej strony mikrotonalne skrzypce Maneriego, które miejscami zajmują na tej płycie miejsce właściwsze raczej dla basu lub chociażby wiolonczeli.
Muzycy mają wiele czasu dla wspólnych improwizacji, dla wzajemnego opowiadania, komentowania, dla kreacji nietypowych współbrzmień. Takie podejście zwykle znamionuje muzykę powstającą na żywo, bez uprzednich uzgodnień. Jednak znając gitarzystę spodziewać się raczej można byłoby, że przynajmniej jakiś podstawowy zrąb poszczególnych utworów nosi znamiona kompozycji. Z drugiej strony ani okładka płyty, ani też autorski tekst Morrisa nie przychodzi z żadną pomocą, nie zawierając nawet tak podstawowej informacji jak i czyje kompozycje zostały zarejestrowane. Czy mamy zatem do czynienia z free improv? Chyba raczej nie. Prędzej są to improwizacje wywiedzione przynajmniej z jakichś "strzępów" kompozycji. I właśnie owe improwizacje i brzmienie duetu tak zachwyca.
Dla mnie jedno z większych prywatnych odkryć ostatnich miesięcy.
Joe Morris & Mat Maneri - [soul search], AUM Fidelity, AUM014, 2000, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 17.12.2004 r.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Anthony Braxton / Taylor Ho Bynum - Duets (Wesleyan) 2002 (diapazon.pl)
Ilość płyt nagranych przez Anthony'ego Braxtona, ilość samych jego autorskich kompozycji na przestrzeni tych trzydziestu kilku lat aktywności jest niesamowita. Istnieje małe prawdopodobieństwo, by ktoś zechciał zgromadzić wszystkie płyty Profesora - ich rozmiar przerósłby niejedną domową płytotekę. Pewnie ten ogrom z jednej strony, jak i przeciwstawne opinie o muzyce Braxtona z drugiej, powodują dość częste pytania o jakiś drogowskaz pośród ogromu tych nagrań. Postaram się zatem dorzucić jeden znak.
W przypadku Braxtona trudno mówić, że jakieś składy są mu bliższe, jakieś dalsze. Różnorodność ogromna, od nagrań solowych, po orkiestrowe. Przyznam, że lubię słuchać Braxtona w duetach (całkiem pokaźny, niedrogi i przede wszystkim ciekawy ich zestaw można mieć z Music & Arts - polecam przy okazji).
Tym razem partnerem Braxtona jest jego uczeń - trębacz Taylor Ho Bynum. Obaj grają zresztą na całkiem potężnym instrumentarium, zmieniając instrumenty w poszczególnych utworach co zwiększa ich różnorodność brzmieniową. W połączeniu z różnymi technikami artykulacyjnymi daje to wcale ciekawy efekt i powoduje, że choć płyta nagrana została bez żadnych instrumentów harmonicznych i rytmicznych nie potrafi nużyć.
No, przynajmniej fana Braxtona, bo nie wątpię, że dla wielu osób lubiących jazz, muzyka będzie po prostu niestrawna. Braxtona trzeba lubić, trzeba też umieć jego słuchać. Wydaje mi się, że również trzeba się do słuchania odpowiednio (przede wszystkim psychicznie) przygotować. Inna sprawa, że ujmowanie muzyki Braxtona wyłącznie w kategorii jazzu mija się z celem. To jego muzyka, jego jej widzenie i jest ono zdecydowanie swoiste. Choć...
Na płycie są tylko dwie kompozycje Braxtona, jednej jest współautorem, zaś pozostałe trzy są autorstwa Bynuma. Te ostatnie nie odstają od propozycji saksofonisty, wobec powyższego można stwierdzić, że Braxton wychował sobie już pokolenie kompozytorów podążających jego ścieżkami. Kapitalne jest połączenie materiału komponowanego ze swobodnym. Gdzieś udało mi się przeczytać, że zawarty tu materiał jest "wsadzeniem koncepcji free jazzu w klasyczne (tj. muzyki klasycznej) ramy". Chyba tak. Chyba to zdanie mogłoby odzwierciedlić muzykę najpełniej.
Cóż zatem jeszcze można dodać? Jeśli dane Wam będzie słuchać tej płyty, posłuchajcie jak zmienną może być muzyka grana przez dwu muzyków. Jak zmienne mogą być poszczególne fragmenty utworów, gra obu muzyków, która zmienia się jak w kalejdoskopie. Również brzmienia instrumentów raz po raz sięgające do innych rejestrów, innych barw. Zaledwie dwóch muzyków, a słuchając tej płyty mam wrażenie, jakby w jej nagraniu uczestniczyło ich zdecydowanie więcej. Rewelacyjne brzmienia, rewelacyjne kompozycje... Dla mnie, to jedna z najlepszych płyt Braxtona spośród dotychczas słuchanych (tak koło kilkudziesięciu). Czy trzeba czegoś więcej? Tak - zdobyć tę płytę. Zdobyć, bo Innova niestety nie ma w Polsce dystrybucji.
Anthony Braxton / Taylor Ho Bynum - Duets (Wesleyan) 2002, Innova, 576, 2002, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 3.10.2006 r.
W przypadku Braxtona trudno mówić, że jakieś składy są mu bliższe, jakieś dalsze. Różnorodność ogromna, od nagrań solowych, po orkiestrowe. Przyznam, że lubię słuchać Braxtona w duetach (całkiem pokaźny, niedrogi i przede wszystkim ciekawy ich zestaw można mieć z Music & Arts - polecam przy okazji).
Tym razem partnerem Braxtona jest jego uczeń - trębacz Taylor Ho Bynum. Obaj grają zresztą na całkiem potężnym instrumentarium, zmieniając instrumenty w poszczególnych utworach co zwiększa ich różnorodność brzmieniową. W połączeniu z różnymi technikami artykulacyjnymi daje to wcale ciekawy efekt i powoduje, że choć płyta nagrana została bez żadnych instrumentów harmonicznych i rytmicznych nie potrafi nużyć.
No, przynajmniej fana Braxtona, bo nie wątpię, że dla wielu osób lubiących jazz, muzyka będzie po prostu niestrawna. Braxtona trzeba lubić, trzeba też umieć jego słuchać. Wydaje mi się, że również trzeba się do słuchania odpowiednio (przede wszystkim psychicznie) przygotować. Inna sprawa, że ujmowanie muzyki Braxtona wyłącznie w kategorii jazzu mija się z celem. To jego muzyka, jego jej widzenie i jest ono zdecydowanie swoiste. Choć...
Na płycie są tylko dwie kompozycje Braxtona, jednej jest współautorem, zaś pozostałe trzy są autorstwa Bynuma. Te ostatnie nie odstają od propozycji saksofonisty, wobec powyższego można stwierdzić, że Braxton wychował sobie już pokolenie kompozytorów podążających jego ścieżkami. Kapitalne jest połączenie materiału komponowanego ze swobodnym. Gdzieś udało mi się przeczytać, że zawarty tu materiał jest "wsadzeniem koncepcji free jazzu w klasyczne (tj. muzyki klasycznej) ramy". Chyba tak. Chyba to zdanie mogłoby odzwierciedlić muzykę najpełniej.
Cóż zatem jeszcze można dodać? Jeśli dane Wam będzie słuchać tej płyty, posłuchajcie jak zmienną może być muzyka grana przez dwu muzyków. Jak zmienne mogą być poszczególne fragmenty utworów, gra obu muzyków, która zmienia się jak w kalejdoskopie. Również brzmienia instrumentów raz po raz sięgające do innych rejestrów, innych barw. Zaledwie dwóch muzyków, a słuchając tej płyty mam wrażenie, jakby w jej nagraniu uczestniczyło ich zdecydowanie więcej. Rewelacyjne brzmienia, rewelacyjne kompozycje... Dla mnie, to jedna z najlepszych płyt Braxtona spośród dotychczas słuchanych (tak koło kilkudziesięciu). Czy trzeba czegoś więcej? Tak - zdobyć tę płytę. Zdobyć, bo Innova niestety nie ma w Polsce dystrybucji.
Anthony Braxton / Taylor Ho Bynum - Duets (Wesleyan) 2002, Innova, 576, 2002, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 3.10.2006 r.
Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle (diapazon.pl)
Do Petera Brötzmanna przylgnęła etykietka najgłośniejszego saksofonisty świata. Faktem jest, że muzyka jaką proponował on od ok. 40 lat jest gwałtowna, bezkompromisowa, niesamowicie impulsywna i ekspresyjna.
Sam Brötzmann, może i bezwiednie stał się pewnie jednym z prekursorów free improvu, który tu i ówdzie uważany jest "dopiero za prawdziwą muzykę":-). Ja szczerze powiedziawszy, jak do tej pory nie znalazłem jego płyty, do której słuchania chciałbym powrócić.
"Z pewną taką nieśmiałością" zatem podchodziłem do świeżo wydanej płyty tria Brötzmanna z koncertów w "Pustej Butelce". Jedynie dwa utwory: w tym jeden trwający ponad 40 minut, a drugi jedynie o połowę krótszy - wszystko to wróżyło, że ponownie do czynienia będziemy mieli z "Machine Gun", który bezlitośnie obnaży wszystkie zalety solowego i grupowego grania free, graniczącego bardziej właśnie z free improv nawet, a nie z free jazzem. W zasadzie do posłuchania płyty zmusił mnie snobizm płytomana - cóż to bowiem może Okka wypuszczać w limitowanych seriach?
Zanim jeszcze o muzyce - płytka w istocie wygląda na taką, która wypuszczona jest w małej serii; wygląda tak jakby sami muzycy, jak najniższymi kosztami chcieli wydać ten materiał. Całe szczęście dźwiękowo jest bez zarzutów.
A skoro już przy dźwiękach. Miód na moje sterane uszy. Brötzmann zaprezentował muzykę w trio wraz z jedną z najciekawszych sekcji rytmicznych ostatnich lat: Hamid Drake i Kent Kessler - współpracujących na stałe m.in. z Kenem Vandermarkiem, nota bene zapatrzonym w muzykę Brötzmanna. Ciągłe poszukiwanie nowości winno teraz przejawić się zdaniem typu: w zasadzie zaproponowana muzyka niczego nowego nie wnosi do koncepcji tria jazzowego. No właśnie, tyle że to mistrzostwo świata.
Oba utwory nie należą do przejawów jazzowej liryki, niemniej jednak pojawiają się wysublimowane dźwięki, harmonie, choć przecież i tu zdarzają się chwile niczym nie skrępowanego grania. Na słowa uznania zasługuje gra Drake'a, któremu w sposób jak najbardziej naturalny udaje się podkładać ciekawe rytmy, pod linearne improwizacje Brötzmanna. Muzyka nie jest impulsywna. Brötzmann nie usiłuje nikogo zabić saksofonem, co zdarzało mu się na poprzednich płytach. Trio przedstawia ucztę na trzech równoprawnych muzyków, sięgających może wyżyn swoich umiejętności. Słuchając tej muzyki ma się wrażenie obcowania ze Sztuką. To doświadczenie pojawia się niezmiernie rzadko, od czasu, gdy pojawiła się rzesza doskonale wyuczonych odgrywaczy muzyki.
Posłuchajcie Brötzmanna - będziecie wiedzieć czym różni się muzyczny absolut od popłuczyn. Aha - spieszcie się, Okka wydała jedynie 800 sztuk tej płyty.
Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle, Okkadisk, ODL 10005, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 14.05.2002 r.
Sam Brötzmann, może i bezwiednie stał się pewnie jednym z prekursorów free improvu, który tu i ówdzie uważany jest "dopiero za prawdziwą muzykę":-). Ja szczerze powiedziawszy, jak do tej pory nie znalazłem jego płyty, do której słuchania chciałbym powrócić.
"Z pewną taką nieśmiałością" zatem podchodziłem do świeżo wydanej płyty tria Brötzmanna z koncertów w "Pustej Butelce". Jedynie dwa utwory: w tym jeden trwający ponad 40 minut, a drugi jedynie o połowę krótszy - wszystko to wróżyło, że ponownie do czynienia będziemy mieli z "Machine Gun", który bezlitośnie obnaży wszystkie zalety solowego i grupowego grania free, graniczącego bardziej właśnie z free improv nawet, a nie z free jazzem. W zasadzie do posłuchania płyty zmusił mnie snobizm płytomana - cóż to bowiem może Okka wypuszczać w limitowanych seriach?
Zanim jeszcze o muzyce - płytka w istocie wygląda na taką, która wypuszczona jest w małej serii; wygląda tak jakby sami muzycy, jak najniższymi kosztami chcieli wydać ten materiał. Całe szczęście dźwiękowo jest bez zarzutów.
A skoro już przy dźwiękach. Miód na moje sterane uszy. Brötzmann zaprezentował muzykę w trio wraz z jedną z najciekawszych sekcji rytmicznych ostatnich lat: Hamid Drake i Kent Kessler - współpracujących na stałe m.in. z Kenem Vandermarkiem, nota bene zapatrzonym w muzykę Brötzmanna. Ciągłe poszukiwanie nowości winno teraz przejawić się zdaniem typu: w zasadzie zaproponowana muzyka niczego nowego nie wnosi do koncepcji tria jazzowego. No właśnie, tyle że to mistrzostwo świata.
Oba utwory nie należą do przejawów jazzowej liryki, niemniej jednak pojawiają się wysublimowane dźwięki, harmonie, choć przecież i tu zdarzają się chwile niczym nie skrępowanego grania. Na słowa uznania zasługuje gra Drake'a, któremu w sposób jak najbardziej naturalny udaje się podkładać ciekawe rytmy, pod linearne improwizacje Brötzmanna. Muzyka nie jest impulsywna. Brötzmann nie usiłuje nikogo zabić saksofonem, co zdarzało mu się na poprzednich płytach. Trio przedstawia ucztę na trzech równoprawnych muzyków, sięgających może wyżyn swoich umiejętności. Słuchając tej muzyki ma się wrażenie obcowania ze Sztuką. To doświadczenie pojawia się niezmiernie rzadko, od czasu, gdy pojawiła się rzesza doskonale wyuczonych odgrywaczy muzyki.
Posłuchajcie Brötzmanna - będziecie wiedzieć czym różni się muzyczny absolut od popłuczyn. Aha - spieszcie się, Okka wydała jedynie 800 sztuk tej płyty.
Peter Brötzmann, Hamid Drake, Kent Kessler - Live At The Empty Bottle, Okkadisk, ODL 10005, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie w diapazon.pl dnia 14.05.2002 r.
niedziela, 11 listopada 2012
The Stumblebums - Fuck You Lady Gaga
Absolutnie piorunująca mieszanka. Witalność punka, prostota rock'n'rolla, instrumentarium rodem z dixie. Weź co chcesz, zmieszaj, dopraw do smaku. Jeśli ten smak masz wyjdzie coś wspaniałego. Proste i wspaniałe zarazem jak włoska kuchnia.
The Stumblebums coś tam wygrało. W stylu Idola. Nich będzie. To tylko dobrze świadczy o jurorach. Na debiutanckiej ich płycie otrzymujemy prawdziwie wybuchową mieszankę. Oczki świecą, serce się otwiera, a nogi rwą się do tańca. Czy trzeba czegoś więcej?
The Stumblebums przywracają nadzieję na absolutnie prostą, bezbolesną muzykę, która potrafi człowiekiem zakręcić.
Próżno tu szukać czegokolwiek skomplikowanego. Ot, po prostu pomysł na granie muzyki na perkusję, tubę i trąbkę. I ochrypły wokal. Nic więcej. 2x2=4. Nic skomplikowanego. Ale trafia mocniej niż niejedna wybujała produkcja, wycezelowana w studiach nagraniowych. Połączenie Louisa Armstronga i Nirvany. Muzyka dla każdego. Błyska optymizmem. Skrzy się pomysłem. Jakże prostym, ale jakże cudownym.
Nie dziwię się tytułowi płyty. Muzykę można grać dużo lepiej i dużo lepszą nie pozostając z zawodu jedynie celebrytą.
The Stumblebums - Fuck You Lady Gaga, 2011
The Stumblebums coś tam wygrało. W stylu Idola. Nich będzie. To tylko dobrze świadczy o jurorach. Na debiutanckiej ich płycie otrzymujemy prawdziwie wybuchową mieszankę. Oczki świecą, serce się otwiera, a nogi rwą się do tańca. Czy trzeba czegoś więcej?
The Stumblebums przywracają nadzieję na absolutnie prostą, bezbolesną muzykę, która potrafi człowiekiem zakręcić.
Próżno tu szukać czegokolwiek skomplikowanego. Ot, po prostu pomysł na granie muzyki na perkusję, tubę i trąbkę. I ochrypły wokal. Nic więcej. 2x2=4. Nic skomplikowanego. Ale trafia mocniej niż niejedna wybujała produkcja, wycezelowana w studiach nagraniowych. Połączenie Louisa Armstronga i Nirvany. Muzyka dla każdego. Błyska optymizmem. Skrzy się pomysłem. Jakże prostym, ale jakże cudownym.
Nie dziwię się tytułowi płyty. Muzykę można grać dużo lepiej i dużo lepszą nie pozostając z zawodu jedynie celebrytą.
The Stumblebums - Fuck You Lady Gaga, 2011
Etykiety:
Disco Ronnie,
Jonny Balz,
Smidge Malone,
The Stumblebums
Peter Kowald - Silence and Flies - Live at Nigglmühle (diapazon.pl)
Free Elephant to nowa wytwórnia na dość zatłoczonym placu zabaw z muzyką improwizowaną. Widocznie Niemcy stwierdzili, że dla prezentowanej przez nich muzyki jest jeszcze miejsce.
Kalkulacja - jak na razie - tym łatwiejsza, że cztery spośród pięciu dotychczas wydanych płyt prezentują materiał nagrany z udziałem bardzo popularnego ostatnio w kręgach sympatyków wszelkiej maści improwizacji - Petera Kowalda (czy doprawdy muzyk musi umrzeć, by jego nagrania uzyskiwały szersze uznanie, a o samej postaci mówiło się częściej?).
Nie inaczej jest z "Silence and Flies - Live at Nigglmühle", nagraniami zarejestrowanymi podczas solowego występu Kowalda w Bernbeuren 29.06.2001 r., a więc na nieco ponad rok przed śmiercią. Powiem szczerze, w zasadzie nigdy nie byłem entuzjastą nagrań solowych realizowanych przez muzyków. Szczególnie, gdy instrument, na którym grają nie jest predystynowanym do tego typu gry. I wprawdzie od kilkudziesięciu lat powstają nagrania na kontrabas solo i pomimo tego, że bywają wcale ciekawe, zwykle do kolejnego "bass solo improvisation" podchodzę nieco jak pies do jeża. Kowald, z całym szacunkiem dla jego solowych dokonań, nie jest tu postacią odosobnioną. Nagranie musi mnie przekonać. Nie mam dla niego żadnej taryfy ulgowej, przez wzgląd, że wielkim basistą był. Tym niemniej słuchając "Silence and Flies" nie mogę nie oddać mu zasłużonego uznania. Trwające blisko siedemdziesiąt minut dwie kompozycje-improwizacje przekonują. Pomimo jednego instrumentalisty, grającego wyłącznie na jednym i niełatwym do solowego grania instrumencie, nie mogę nie pozostawać muzyką tą zaciekawiony. Kontrabas brzmi tu niemal wszelkimi dźwiękami świata. Brzmi etnicznie, brzmi koncertowo, brzmi klasycznie i jazzowo. Szukający jakiejś zwiewnej melodii, basowych pochodów praktycznie tego tu nie znajdą, ale małe prawdopodobieństwo, by po tę płytę sięgnęli. Dla entuzjastów stylistyki free, niezależnie od jej już wyczerpania, czy nie, tych siedemdziesiąt minut muzyki może pozostać niezapomniane.
Na koniec jeszcze jedna uwaga edycyjno-kolekcjonerska. Oprócz zwykłego, plastikowego, wydania, płyta dostępna jest również w pięknie wydanym pudełku zawierającym dodatkowo grafiki innego basisty, a mianowicie Petera Jaquemyna. Dla kolekcjonerów to nie lada gratka, zwłaszcza, że wydano jedynie 50 sztuk tej limitowanej
Peter Kowald - Silence and Flies - Live at Nigglmühle, Free Elephant, 005, 2005, recenzja pierwotnie ukazała się w diapazon.pl dnia 9.04.2005 r.
Kalkulacja - jak na razie - tym łatwiejsza, że cztery spośród pięciu dotychczas wydanych płyt prezentują materiał nagrany z udziałem bardzo popularnego ostatnio w kręgach sympatyków wszelkiej maści improwizacji - Petera Kowalda (czy doprawdy muzyk musi umrzeć, by jego nagrania uzyskiwały szersze uznanie, a o samej postaci mówiło się częściej?).
Nie inaczej jest z "Silence and Flies - Live at Nigglmühle", nagraniami zarejestrowanymi podczas solowego występu Kowalda w Bernbeuren 29.06.2001 r., a więc na nieco ponad rok przed śmiercią. Powiem szczerze, w zasadzie nigdy nie byłem entuzjastą nagrań solowych realizowanych przez muzyków. Szczególnie, gdy instrument, na którym grają nie jest predystynowanym do tego typu gry. I wprawdzie od kilkudziesięciu lat powstają nagrania na kontrabas solo i pomimo tego, że bywają wcale ciekawe, zwykle do kolejnego "bass solo improvisation" podchodzę nieco jak pies do jeża. Kowald, z całym szacunkiem dla jego solowych dokonań, nie jest tu postacią odosobnioną. Nagranie musi mnie przekonać. Nie mam dla niego żadnej taryfy ulgowej, przez wzgląd, że wielkim basistą był. Tym niemniej słuchając "Silence and Flies" nie mogę nie oddać mu zasłużonego uznania. Trwające blisko siedemdziesiąt minut dwie kompozycje-improwizacje przekonują. Pomimo jednego instrumentalisty, grającego wyłącznie na jednym i niełatwym do solowego grania instrumencie, nie mogę nie pozostawać muzyką tą zaciekawiony. Kontrabas brzmi tu niemal wszelkimi dźwiękami świata. Brzmi etnicznie, brzmi koncertowo, brzmi klasycznie i jazzowo. Szukający jakiejś zwiewnej melodii, basowych pochodów praktycznie tego tu nie znajdą, ale małe prawdopodobieństwo, by po tę płytę sięgnęli. Dla entuzjastów stylistyki free, niezależnie od jej już wyczerpania, czy nie, tych siedemdziesiąt minut muzyki może pozostać niezapomniane.
Na koniec jeszcze jedna uwaga edycyjno-kolekcjonerska. Oprócz zwykłego, plastikowego, wydania, płyta dostępna jest również w pięknie wydanym pudełku zawierającym dodatkowo grafiki innego basisty, a mianowicie Petera Jaquemyna. Dla kolekcjonerów to nie lada gratka, zwłaszcza, że wydano jedynie 50 sztuk tej limitowanej
Peter Kowald - Silence and Flies - Live at Nigglmühle, Free Elephant, 005, 2005, recenzja pierwotnie ukazała się w diapazon.pl dnia 9.04.2005 r.
Andy Laster's Hydra - Soft Shell (diapazon.pl)
Jakkolwiek lasterowska Hydra istnieje już ładnych kilka lat, to jednak płytowe efekty jej działania widoczne są niezmiernie rzadko. Jeśli się nie mylę, to "Soft Shell" jest dopiero drugą i to wydaną po upływie 5 czy 6 lat od debiutu. Nie wiem kto nas nie rozpieszcza: artysta czy wydawcy, jednak na jakąkolwiek aktywność tego zespołu warto czekać.
W obecnej edycji Hydry Lasterowi towarzyszą muzycy dobrze znani wszystkim jazzfanom, którym nieobce są bardziej kreatywne kierunki jazzu: Herb Robertson, Drew Gress i Tom Rainey. Ich doświadczenie wraz z nietuzinkowymi kompozycjami Lastera powoduje, że płytę za każdym razem słuchać można z zaciekawieniem. O ile lubi się ten rodzaj jazzu. Ja tak.
Cóż zatem niesie "Soft Shell"? W zasadzie nic nowego. Andy Laster rozwija koncepcję muzyki, którą współtworzył już na przełomie lat 1980/1990 wraz z Mosaic Sextet. Mamy tu jednak znacznie mniejszy zespół, bo zaledwie kwartet, przywodzący, ale jedynie składem, na myśl kwartet Ornette'a Colemana czy słynny kwartet "bez fortepianu" Gerry'ego Mulligana. Muzycznie bliżej mu chyba nawet do tego ostatniego, co nie znaczy, że muzyka Andy'ego Lastera jest powrotem do west coast jazzu. Wyraźnie jednak słychać, że w dużej części materiał został skomponowany i zaaranżowany, choć muzykom, a w zasadzie sobie oraz Herbowi Robertsonowi, Laster pozostawił dużą swobodę. Pomimo tego brak tu jednakże free jazzowych odjazdów. A muzyka w jakiś sposób swinguje, cały czas jest wszechobecny puls nadawany jej przez Gressa i Raineya. To zaś co grają frontmani kojarzy się poniekąd także z rzeczami trzecionurtowymi.
Andy Laster's Hydra - Soft Sell, Knitting Factory, KFW-281, 2001, recenzja pierwotnie ukazała się w diapazon.pl dnia 26.06.2003 r.
W obecnej edycji Hydry Lasterowi towarzyszą muzycy dobrze znani wszystkim jazzfanom, którym nieobce są bardziej kreatywne kierunki jazzu: Herb Robertson, Drew Gress i Tom Rainey. Ich doświadczenie wraz z nietuzinkowymi kompozycjami Lastera powoduje, że płytę za każdym razem słuchać można z zaciekawieniem. O ile lubi się ten rodzaj jazzu. Ja tak.
Cóż zatem niesie "Soft Shell"? W zasadzie nic nowego. Andy Laster rozwija koncepcję muzyki, którą współtworzył już na przełomie lat 1980/1990 wraz z Mosaic Sextet. Mamy tu jednak znacznie mniejszy zespół, bo zaledwie kwartet, przywodzący, ale jedynie składem, na myśl kwartet Ornette'a Colemana czy słynny kwartet "bez fortepianu" Gerry'ego Mulligana. Muzycznie bliżej mu chyba nawet do tego ostatniego, co nie znaczy, że muzyka Andy'ego Lastera jest powrotem do west coast jazzu. Wyraźnie jednak słychać, że w dużej części materiał został skomponowany i zaaranżowany, choć muzykom, a w zasadzie sobie oraz Herbowi Robertsonowi, Laster pozostawił dużą swobodę. Pomimo tego brak tu jednakże free jazzowych odjazdów. A muzyka w jakiś sposób swinguje, cały czas jest wszechobecny puls nadawany jej przez Gressa i Raineya. To zaś co grają frontmani kojarzy się poniekąd także z rzeczami trzecionurtowymi.
Andy Laster's Hydra - Soft Sell, Knitting Factory, KFW-281, 2001, recenzja pierwotnie ukazała się w diapazon.pl dnia 26.06.2003 r.
Etykiety:
Andy Laster,
Andy Laster's Hydra,
Drew Gress,
Herb Robertson,
Tom Rainey
Koch-Schütz-Studer - Fidel (diapazon.pl)
Ostatnimi czasy modna stała się muzyka kubańska. Być może jest to spowodowane powolnym eksploatowaniem się wszelkich dotychczasowych źródeł inspiracji, nie wyłączając muzyki etno będącej do chwili obecnej głównym źródłem inspiracji (Afryka, Azja, Bałkany, Indie). Kuba i jej zamknięcie spowodowała, iż dla muzyków poszukujących źródeł nieskażonej inspiracji, muzyka tam grana jest wielkim skarbem.
Stąd być może dubowe penetracje tej muzyki przez Laswella, stąd rytmy kubańskie w muzyce np. Sancheza. Zresztą w jazzie podłoże latynoskie jest bardzo silne jeszcze chyba od lat 30. Przyznam jednak, że gdy ujrzałem Kocha, Studera i Schütza grających do spółki z pokaźną stawką muzyków kubańskich, byłem zdziwiony. Wprawdzie "Wielcy Poszukiwacze" mocnych wrażeń dotychczas przedstawili już swoje znaczne możliwości w dziedzinie łączenia wszystkiego z wszystkim (np. Bartoka z Hendriksem, Szostakowicza z Waitsem i wielu jeszcze innych i to w jednym utworze), ale zwykle były to sample wgrywane w utwór, czy raczej należałoby powiedzieć, z których składa się utwór. Według opisu płyty tu grają muzycy kubańscy. Są też i sample.
Dalszą część recenzji można napisać w dwojaki sposób:
1) dla jazzowych purystów: NIE JEST TO JAZZ, szukający porywających improwizacji, timingu, swingu itp. Będą więc mieli nie lada trudności z dopatrzeniem się tych elementów - to nie jest dla nich płyta.
2) dla pozostałych osób: jest to współczesna muzyka improwizowana. Sami muzycy określają ją jako Hard Core Chamber Music (i może jest w tym coś racji). U jej podłoża leżą kubańskie rytmy, piosenki wykonywane przez ludowych (jak sądzę) muzyków. Powiązane to zostało z zupełnie świeżą i nowoczesną improwizacją, należącą po części i do świata jazzu i rocka. Cała muzyka to kolaż. Jest tu i jazzowe solo na klarnecie i rytmy niemalże techno i sharpowska gitara i oczywiście wszechobecni kubańczycy, którzy grają, śpiewają swoje piosenki. Jeśli zatem ktoś jest otwarty na poszukiwania, szczególnie o rodowodzie etno, to nie powinien tej płyty przegapić. Jest to bowiem jedna z najlepszych ze wszystkich dotychczasowych prób adaptacji muzyki kubańskiej. Warta polecenia z uwagi na świeże brzmienie, bardzo dobry warsztat wykonawczy i twórcze podejście.
Koch-Schütz-Studer - Fidel, Intakt Records, CD 058, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie na diapazon.pl dnia 12.03.2005 r.
Stąd być może dubowe penetracje tej muzyki przez Laswella, stąd rytmy kubańskie w muzyce np. Sancheza. Zresztą w jazzie podłoże latynoskie jest bardzo silne jeszcze chyba od lat 30. Przyznam jednak, że gdy ujrzałem Kocha, Studera i Schütza grających do spółki z pokaźną stawką muzyków kubańskich, byłem zdziwiony. Wprawdzie "Wielcy Poszukiwacze" mocnych wrażeń dotychczas przedstawili już swoje znaczne możliwości w dziedzinie łączenia wszystkiego z wszystkim (np. Bartoka z Hendriksem, Szostakowicza z Waitsem i wielu jeszcze innych i to w jednym utworze), ale zwykle były to sample wgrywane w utwór, czy raczej należałoby powiedzieć, z których składa się utwór. Według opisu płyty tu grają muzycy kubańscy. Są też i sample.
Dalszą część recenzji można napisać w dwojaki sposób:
1) dla jazzowych purystów: NIE JEST TO JAZZ, szukający porywających improwizacji, timingu, swingu itp. Będą więc mieli nie lada trudności z dopatrzeniem się tych elementów - to nie jest dla nich płyta.
2) dla pozostałych osób: jest to współczesna muzyka improwizowana. Sami muzycy określają ją jako Hard Core Chamber Music (i może jest w tym coś racji). U jej podłoża leżą kubańskie rytmy, piosenki wykonywane przez ludowych (jak sądzę) muzyków. Powiązane to zostało z zupełnie świeżą i nowoczesną improwizacją, należącą po części i do świata jazzu i rocka. Cała muzyka to kolaż. Jest tu i jazzowe solo na klarnecie i rytmy niemalże techno i sharpowska gitara i oczywiście wszechobecni kubańczycy, którzy grają, śpiewają swoje piosenki. Jeśli zatem ktoś jest otwarty na poszukiwania, szczególnie o rodowodzie etno, to nie powinien tej płyty przegapić. Jest to bowiem jedna z najlepszych ze wszystkich dotychczasowych prób adaptacji muzyki kubańskiej. Warta polecenia z uwagi na świeże brzmienie, bardzo dobry warsztat wykonawczy i twórcze podejście.
Koch-Schütz-Studer - Fidel, Intakt Records, CD 058, 1999, recenzja ukazała się pierwotnie na diapazon.pl dnia 12.03.2005 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)