Dzisiejsze koncerty w Krakowie, znajdziecie na jazz w Krakowie do 2.06.2013 r.
Od jutra w Krakowie natomiast:
3.06.2013
Symptomatic Jazz n’ Groborz (W.Groborz-p, P.Feledyk-fl, M.Ślusarczyk-sax, P.Południak-db, B.Staromiejski-dr); PiecArt, godz. 21:30
FUNKY & GROOVE JAM SESSION (Kasia Wrońska - voc, Olaf Węgier - sax, Klaudiusz Kłosek - tp, Łukasz Belcyr - g, Deniz Kotynia - p, Wojtek "Guma" Gulis - b, Filip Mozul - gr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
4.06.2013
Maron (S.Warchocka-fl,K.Detko-wiol,K.Kosior-p,M.Sarapata-prc,P.Lenda-g,M.Spendel-db,G.Dyrba-g); PiecArt, godz. 21:30
NU Clepage (Kalina Halama - voc, Miłosz Bazarnik - p, Andrzej Jaworski - g, Krystian Teliżyn - b, Damian Pławecki - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
5.06.2013
Sweet'n'Sour (M.Moskiewicz-voc, R.Bardun-p, W.Szwugier-db); PiecArt, godz. 21:30
Jam Session; Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
6.06.2013
Sweet'n'Sour (M.Moskiewicz-voc, R.Bardun-p, W.Szwugier-db); PiecArt, godz. 21:30
Cheap Tabacco (Natalia Kwiatkowska - voc., Robert Kapkowski - g, Mikołaj Spendel - b, Adam Partyka - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
7.06.2013
SoundWitch (A.Guguła-tr, O.Węgier-ts, N.Kołodziejczyk-p, M.Nenko-db, G.Dowgiałło-dr,voc); PiecArt, godz. 21:30
Les Swingers Romantiques (Michał "Limboski" Augustyniak – voc, g, Dominik Bieńczycki – v, Jacek Serczyk - g, Grzesiek Bąk – b); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
8.06.2013
Organ Spot (Kajetan Galas - org, Szymon Mika - g, Bartek Staromiejski - dr); Scena Przy Pompie, godz. 20:00 (premiera płyty Organ Spot)
SoundWitch (A.Guguła-tr, O.Węgier-ts, N.Kołodziejczyk-p, M.Nenko-db, G.Dowgiałło-dr,voc); PiecArt, godz. 21:30
Tomek Grochot Electric Machine Trio (Tomek Grochot - dr, perc, Handsonic, Dominik Bieńczycki – keyb, el.v., Władek Foltyński - el.b, i-Pad); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
9.06.2013
Grzegorz Gryboś & Paulina Kujawska - Double (Paulina Kujawska - vocal, Grzegorz Gryboś – guitar); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:00
Duch; PiecArt, godz. 21:30
Miejsca:
Harris Piano Jazz Bar - Rynek Główny 28
PiecArt - Szewska 12
Scena Przy Pompie - pl.Św.Ducha 4 (Ogródek Letni Cafe Foyer)
Koncerty, które uważam za szczególnie ciekawe, bądź te, na które się mam zamiar wybrać wyróżniłem pogrubieniem.
Kluby, muzycy, zespoły, których koncerty się nie pojawiły na tej liście, a które chciałyby zostać uwzględnione - proszę o kontakt, na pewno koncert zostanie dopisany.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
niedziela, 2 czerwca 2013
sobota, 1 czerwca 2013
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite (diapazon.pl)
W mojej prywatnej opinii "Cosmic Suite" to bodaj jedna z najważniejszych płyt wydanych przez Not Two. Ba, jedna z najważniejszych pierwszej dekady XXI wieku. Dlaczego? Cóż, jeśli kilka lat temu niemal cała prasa muzyczna obwieściła Wayne'a Shortera z jego Quartetem najistotniejszą formacją współczesnego jazzu, widząc w tym muzyku tego, który niesie obecnie ów kaganek przypisywany niegdyś Milesowi, a wcześniej Birdowi itd., to nagranie również kwartetu, ale Matthew Shippa musi być postrzegane w tych samych kategoriach.
Nagrana suita jest absolutnie wyjątkowa. W moim przekonaniu utożsamia pewien punkt, w którym znalazł się XXI-wieczny jazz. To nagranie można byłoby przyrównać do tego typu dzieł, jak choćby "The Shape of Jazz to Come". Choć tamto nagranie, w ówczesnych latach, było postrzegane jako awangarda, zaś "Cosmic Suite" winno być postrzegane jako punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat tego, co ze sobą może przynieść muzyka jazzowa najbliższych lat. Z tego punktu widzenia, nagrania kwartetu Shippa powinny być charakteryzowane jako mainstream naszych czasów. To muzyka, w której jednoczą się wszelkie doświadczenia, wszelkie trendy, jakie do chwili obecnej jazz wypracował. Nagrania tu przedstawione przynoszą doświadczenia zarówno dotychczasowej kompozycji jazzowej, jak i ukazują wypracowane, idiomatyczne elementy improwizacji jazzowej. Nie mam złudzeń: jazz pełną gębą, który czerpie w równej mierze z Dolphy'ego, jak i z Braxtona. Z Parkera i Ornette'a. Z Davisa, Shortera... z Giuffre'go. Jedyne, czego tutaj próżno szukać to eksperymentów łączenia jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Stąd mówię, że nagranie to jest absolutnym przykładem jazzowego idiomu, wymagając bardziej rozbudowanej analizy niż ramy tej recenzji, jak i również zdecydowanie bardziej analitycznego podejścia.
Kilka słów, których ja nie lubię, zaś lubią czytający recenzje płytowe:
"Cosmic Suite" jest suitą. Skomponowaną z dziewięciu części spójną opowieścią, jaką snują Shipp, Carter, Morris i Dickey. Muzyka toczy się głównie w wolnych tempach. Melodycznie praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek punktów zaczepienia. Trudno przewidzieć, w którą stronę muzyka się potoczy na podstawie dotychczas wysłuchanych dźwięków. Może w każdą. Dokonywany przez muzyków wybór wszelkich środków, jest podporządkowany pewnie zamysłowi lidera, jednakże słuchając Suity, wcale nie jest to takie oczywiste. W każdej chwili, zaprezentowane rozwiązanie jest na swój sposób zaskakujące. To wielka sztuka. Podobnie, jak sztuką jest przykucie uwagi słuchacza, do muzyki bez melodii, bez wyraźnego rytmu, co w dużej mierze charakteryzuje to nagranie, a właśnie tak się dzieje. Każdy dźwięk jest preludium zaciekawienia. Każda nuta każe wysłuchać swej kontynuacji. Wielka to sztuka.
Słowa o muzykach biorących udział w sesji, praktycznie tu nie będzie. Z jednym wyjątkiem, któremu się oprzeć nie mogę. Daniel Carter. Proszę zwrócić uwagę na jego grę. Jeśli ktokolwiek w pamięci ma nagrania TEST-u, autorskich płyt Cartera, jego wspólnych poczynań z Sabirem Mateenem, jeśli ktokolwiek posłuchał go na żywo to poczuł tę energię, z której się składa jego muzyka. To zaiste kształtowane przez niego na dowolnym instrumencie, na którym tu gra linie melodyczne, ich przemyślność, nasycenie i sposób budzenia emocji są zupełnie nieprzystające do tamtych doświadczeń. Taki Carter znany mi jest jedynie z jednego koncertu formacji TEST, sprzed kilku lat, krążącego w internecie. Wielbię Daniela za niemal każdy zagrany dźwięk. Za każde wypowiedziane przez niego słowo. Za inteligencję, która go charakteryzuje. Całą swoją mądrość i doświadczenie włożył tu w swoją grę. Jest doskonały. Jeśli wspomnianego wcześniej Shortera ceniło się właśnie z uwagi na absolutnie przemyślane improwizacje, emocjonalizm, elegancję jego gry, to te same epitety winny być świadectwem Cartera. Doprawdy wielki to muzyk.
Na koniec kilka niemal zwyczajowych, w moim przypadku, słów: do kogo muzyka ta jest adresowana, a do kogo absolutnie nie. Otóż sprawa wydaje się być prosta. Płytę z daleka winni obchodzić sympatycy tych odmian jazzu, którzy tu nie zaglądają. Jeśli dla kogoś współczesny jazz, to nagrania np. pana Bottiego, winien płytę omijać szerokim łukiem. Jeśli dla kogoś współczesna pianistyka jazzu, to pani Krall, również nie powinien wystawić swych uszu na takie przeżycie, jakim jest Shipp. Nie mówiąc już o sympatykach muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej, którą kilku recenzentom udało się wmówić jako jazz. Z drugiej strony, nie przewiduję również zachwytu tą muzyką wszystkich, którym jazz kojarzy się wyłącznie z cudownie rozpasanym swingiem. Z melodyjnością jak w Take Five. Pozostali, spragnieni nieco inaczej zakręconego jazzu winni po nią sięgnąć. Szczególnie zaś pragnąłbym, by z nagraniem tym zapoznali się ci, którym podobała się "Footprints live!" Wayne Shorter Quartet. Ręczę, że podobnego rozmiaru to arcydzieło.
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite, Not Two, MW 798-2; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 8.09.2009 r.
Nagrana suita jest absolutnie wyjątkowa. W moim przekonaniu utożsamia pewien punkt, w którym znalazł się XXI-wieczny jazz. To nagranie można byłoby przyrównać do tego typu dzieł, jak choćby "The Shape of Jazz to Come". Choć tamto nagranie, w ówczesnych latach, było postrzegane jako awangarda, zaś "Cosmic Suite" winno być postrzegane jako punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat tego, co ze sobą może przynieść muzyka jazzowa najbliższych lat. Z tego punktu widzenia, nagrania kwartetu Shippa powinny być charakteryzowane jako mainstream naszych czasów. To muzyka, w której jednoczą się wszelkie doświadczenia, wszelkie trendy, jakie do chwili obecnej jazz wypracował. Nagrania tu przedstawione przynoszą doświadczenia zarówno dotychczasowej kompozycji jazzowej, jak i ukazują wypracowane, idiomatyczne elementy improwizacji jazzowej. Nie mam złudzeń: jazz pełną gębą, który czerpie w równej mierze z Dolphy'ego, jak i z Braxtona. Z Parkera i Ornette'a. Z Davisa, Shortera... z Giuffre'go. Jedyne, czego tutaj próżno szukać to eksperymentów łączenia jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Stąd mówię, że nagranie to jest absolutnym przykładem jazzowego idiomu, wymagając bardziej rozbudowanej analizy niż ramy tej recenzji, jak i również zdecydowanie bardziej analitycznego podejścia.
Kilka słów, których ja nie lubię, zaś lubią czytający recenzje płytowe:
"Cosmic Suite" jest suitą. Skomponowaną z dziewięciu części spójną opowieścią, jaką snują Shipp, Carter, Morris i Dickey. Muzyka toczy się głównie w wolnych tempach. Melodycznie praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek punktów zaczepienia. Trudno przewidzieć, w którą stronę muzyka się potoczy na podstawie dotychczas wysłuchanych dźwięków. Może w każdą. Dokonywany przez muzyków wybór wszelkich środków, jest podporządkowany pewnie zamysłowi lidera, jednakże słuchając Suity, wcale nie jest to takie oczywiste. W każdej chwili, zaprezentowane rozwiązanie jest na swój sposób zaskakujące. To wielka sztuka. Podobnie, jak sztuką jest przykucie uwagi słuchacza, do muzyki bez melodii, bez wyraźnego rytmu, co w dużej mierze charakteryzuje to nagranie, a właśnie tak się dzieje. Każdy dźwięk jest preludium zaciekawienia. Każda nuta każe wysłuchać swej kontynuacji. Wielka to sztuka.
Słowa o muzykach biorących udział w sesji, praktycznie tu nie będzie. Z jednym wyjątkiem, któremu się oprzeć nie mogę. Daniel Carter. Proszę zwrócić uwagę na jego grę. Jeśli ktokolwiek w pamięci ma nagrania TEST-u, autorskich płyt Cartera, jego wspólnych poczynań z Sabirem Mateenem, jeśli ktokolwiek posłuchał go na żywo to poczuł tę energię, z której się składa jego muzyka. To zaiste kształtowane przez niego na dowolnym instrumencie, na którym tu gra linie melodyczne, ich przemyślność, nasycenie i sposób budzenia emocji są zupełnie nieprzystające do tamtych doświadczeń. Taki Carter znany mi jest jedynie z jednego koncertu formacji TEST, sprzed kilku lat, krążącego w internecie. Wielbię Daniela za niemal każdy zagrany dźwięk. Za każde wypowiedziane przez niego słowo. Za inteligencję, która go charakteryzuje. Całą swoją mądrość i doświadczenie włożył tu w swoją grę. Jest doskonały. Jeśli wspomnianego wcześniej Shortera ceniło się właśnie z uwagi na absolutnie przemyślane improwizacje, emocjonalizm, elegancję jego gry, to te same epitety winny być świadectwem Cartera. Doprawdy wielki to muzyk.
Na koniec kilka niemal zwyczajowych, w moim przypadku, słów: do kogo muzyka ta jest adresowana, a do kogo absolutnie nie. Otóż sprawa wydaje się być prosta. Płytę z daleka winni obchodzić sympatycy tych odmian jazzu, którzy tu nie zaglądają. Jeśli dla kogoś współczesny jazz, to nagrania np. pana Bottiego, winien płytę omijać szerokim łukiem. Jeśli dla kogoś współczesna pianistyka jazzu, to pani Krall, również nie powinien wystawić swych uszu na takie przeżycie, jakim jest Shipp. Nie mówiąc już o sympatykach muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej, którą kilku recenzentom udało się wmówić jako jazz. Z drugiej strony, nie przewiduję również zachwytu tą muzyką wszystkich, którym jazz kojarzy się wyłącznie z cudownie rozpasanym swingiem. Z melodyjnością jak w Take Five. Pozostali, spragnieni nieco inaczej zakręconego jazzu winni po nią sięgnąć. Szczególnie zaś pragnąłbym, by z nagraniem tym zapoznali się ci, którym podobała się "Footprints live!" Wayne Shorter Quartet. Ręczę, że podobnego rozmiaru to arcydzieło.
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite, Not Two, MW 798-2; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 8.09.2009 r.
Etykiety:
Daniel Carter,
Joe Morris,
Matthew Shipp,
Whit Dickey
Trzaska/Friis/Uuskyla - Unforgiven North (diapazon.pl)
Pomimo, że spotkania polskich muzyków jazzowych z zagranicznymi nie są już od lat niczym nowym, to wydaje się, że w przypadku tria Trzaska/Friis/Uuskyla mamy do czynienia z pewną nową, choć nieodosobnioną, jakością.
Otóż biorąc pod uwagę, że projekt ten trwa już jakiś czas, można rzec - muzycy stale koncertują, to zespół składający się z Polaka oraz skandynawskiej sekcji mimo wszystko jest czymś wyjątkowym. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że owa sekcja jest w świecie muzyki improwizowanej dość dobrze znana, choćby, bądź przede wszystkim ze względu na dość stałą współpracę z Peterem Brötzmannem, to wówczas okaże się, że współpraca Trzaski z Friisem i Uuskylą jest swego rodzaju ewenementem na polskiej scenie.
Pierwszy raz polsko-skandynawskie trio usłyszałem jakiś czas temu, a muzyka, jaką zaprezentowali jawiła się jako dość bezkompromisowa podróż w świat muzyki free. Może nawet nie free jazzu, ale muzyki być może należącej do free improv. Nie jest to istotne. Swoboda gry była bowiem stałym wyznacznikiem pracy trzech muzyków.
Z płytą "Unforgiven North" mogłem zapoznać się jeszcze zanim została ona wydana. Wobec powyższego rozkoszować się nią mogę jakiś już czas. Kolejny raz płyta Mikołaja przynosi rejestrację koncertową. I wydaje się, że jest to słusznie obrana droga. Dostajemy bowiem muzykę taką jaka ona jest. Bez zbędnych ulepszeń. Muzykę szczerą, zagraną przez trio w określonym miejscu i czasie. Można rzec dokument. Jak zdjęcie utrwalający określony moment rozwoju muzyków. Osobiście cenię takie albumy bardziej od wycezylowanych rejestracji studyjnych, nawet gdy granych na 100%, to wielokrotnie z nagrywaniem poszczególnych take'ów, częstokroć również z wgrywaniem części utworów w inne.
Tak, w przypadku koncertów nagrywanych bez późniejszej ingerencji w materiał, otrzymujemy od muzyków po prostu szczerość. Tak, jakby chcieli powiedzieć: patrzcie i słuchajcie - tacy jesteśmy! Muzyczny ekshibicjonizm? Myślę, że nie. Wbrew pozorom szacunek słuchacza. Wybaczam wtedy, słyszalne nawet na tej płycie chwile, w których muzycy jakby zbierali siły, na dalszy rozwój wypadków. Poszukiwali pomysłu na to, w którą stronę iść. Oczywiście takie granie oraz takie nagranie powoduje, że nie w 100% muzyka musi jawić się doskonałą. Tym niemniej jednak, w stosunku do "Unforgiven North" nie mam tych wrażeń, jakie towarzyszą moim kolegom, a mianowicie dłużyzn, "chęci" skrócenia tej płyty itp. Mnie po prostu tej płyty się dobrze słucha, nawet pomimo tego, że świadom jestem, że trio zagrać może znacznie ciekawszy materiał. Ot po prostu - gdy gra się na 100% to w jednym na kilka przypadków zdarza się "ten dzień", jeszcze rzadziej zdarzy się dzień niepodobny do wszystkich innych. Szkoda jedynie, że najczęściej nie ma kto go zarejestrować. W tym kontekście bardzo dobrze się stało, że muzyka ta została i zarejestrowana i wydana. I dodajmy - bez skrótów.
"Unforgiven North" przynosi muzykę, która wpisuje się ogólnie w ów free jazzowy/improvowy styl grania. Być może nawet sposób gry Mikołaja jest tu bardziej "tradycyjny", tradycyjnie jazzowy niż w przypadku pamiętanego przeze mnie krakowskiego koncertu. Wydaje się również, że Uuskyla w pewnym stopniu gra w swej niekonwencjonalności, bardziej konwencjonalnie. Nie wiem, czy to ten koncert tak zabrzmiał, czy też grupa idzie w tym kierunku swych poszukiwań. Przyznam, że z jednej strony cieszyłbym się, bowiem bliskie mi są wszelkie free jazzowe poszukiwania. Z drugiej strony jednak, wydaje mi się, że bezkompromisowa free improvowa postać tria jest bardziej poszukująca. Ciekaw sam jestem, w którą stronę zespół ten pójdzie. Na razie wiem, że w planach są wspólne - mam nadzieję rejestrowane - koncerty z Peterem Brötzmannem.
Same utwory przynoszą dość typowe dla sekcji Friis/Uuskyla granie, znane choćby z koncertów tria, czy zapewne szerzej z zarejestrowanej muzyki z Brötzmannem. W zasadzie gra ta się w niewielkim stopniu zmienia. Gitarowe "zakrętasy" Friisa, bardziej właściwe dla gitary elektrycznej (prowadzącej) niż dla basu, swobodne granie Uuskyly, powodują, że nie wiedzieć w jaki sposób muzyka ta w ogóle ma jakikolwiek rytm. Zbliża się też w swym ogólnym wyrazie bardziej nawet do świata rocka niż jazzu, gdyby to dla kogokolwiek miało jakiekolwiek znaczenie. Chciałoby się napisać, że na płycie "Unforgiven North" Mikołaj prezentuje swe... słowiańskie oblicze. Jednakże sposób gry prezentowany na tej płycie obecny jest w muzyce Trzaski już jakiś czas. Rozmarzone, spokojne, można nawet rzec romantyczne frazy są obecne nie tylko w muzyce tego tria, ale także np. w Oleś/Trzaska/Oleś. Jednakże zestawienie energii sekcji, która można byłoby rzec, ostatkiem sił znajduje miejsce, w której sekcja rytmiczna winna się znajdywać z owym sposobem gry Mikołaja jest jakąś wartością, której nie potrafię znaleźć w muzyce innych zespołów. W porównaniu z walcem drogowym prezentowanym przez Brötzmann/Friis/Uuskyla, muzyka zawarta na tej płycie jest o wiele bardziej subtelna, o ile w ogóle słowo to do niej przystaje.
Osobiście bardzo się cieszę z istnienia tego zespołu, jak również z faktu wydania tej płyty. Moim zdaniem jednej z najważniejszych zeszłorocznych płyt z muzyką jazzową w Polsce. Z dużą niecierpliwością będę również przyglądał się dalszym poczynaniom Mikołaja i obu Piotrów. Oby tylko zostało sił i oby nie tylko doszło do spotkania z trzecim z Piotrów, ale i rejestracji z nim płyty. Może wówczas malowane obrazy Trzaski wreszcie znalazłyby szersze uznanie nie tylko w naszym kraju (choć sądząc po lekturze niektórych pism i tu mu życzyć szczęścia trzeba).
Trzaska/Friis/Uuskyla - Unforgiven North, Kilogram Records 008, 2004; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 6.02.2005 r.
Otóż biorąc pod uwagę, że projekt ten trwa już jakiś czas, można rzec - muzycy stale koncertują, to zespół składający się z Polaka oraz skandynawskiej sekcji mimo wszystko jest czymś wyjątkowym. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że owa sekcja jest w świecie muzyki improwizowanej dość dobrze znana, choćby, bądź przede wszystkim ze względu na dość stałą współpracę z Peterem Brötzmannem, to wówczas okaże się, że współpraca Trzaski z Friisem i Uuskylą jest swego rodzaju ewenementem na polskiej scenie.
Pierwszy raz polsko-skandynawskie trio usłyszałem jakiś czas temu, a muzyka, jaką zaprezentowali jawiła się jako dość bezkompromisowa podróż w świat muzyki free. Może nawet nie free jazzu, ale muzyki być może należącej do free improv. Nie jest to istotne. Swoboda gry była bowiem stałym wyznacznikiem pracy trzech muzyków.
Z płytą "Unforgiven North" mogłem zapoznać się jeszcze zanim została ona wydana. Wobec powyższego rozkoszować się nią mogę jakiś już czas. Kolejny raz płyta Mikołaja przynosi rejestrację koncertową. I wydaje się, że jest to słusznie obrana droga. Dostajemy bowiem muzykę taką jaka ona jest. Bez zbędnych ulepszeń. Muzykę szczerą, zagraną przez trio w określonym miejscu i czasie. Można rzec dokument. Jak zdjęcie utrwalający określony moment rozwoju muzyków. Osobiście cenię takie albumy bardziej od wycezylowanych rejestracji studyjnych, nawet gdy granych na 100%, to wielokrotnie z nagrywaniem poszczególnych take'ów, częstokroć również z wgrywaniem części utworów w inne.
Tak, w przypadku koncertów nagrywanych bez późniejszej ingerencji w materiał, otrzymujemy od muzyków po prostu szczerość. Tak, jakby chcieli powiedzieć: patrzcie i słuchajcie - tacy jesteśmy! Muzyczny ekshibicjonizm? Myślę, że nie. Wbrew pozorom szacunek słuchacza. Wybaczam wtedy, słyszalne nawet na tej płycie chwile, w których muzycy jakby zbierali siły, na dalszy rozwój wypadków. Poszukiwali pomysłu na to, w którą stronę iść. Oczywiście takie granie oraz takie nagranie powoduje, że nie w 100% muzyka musi jawić się doskonałą. Tym niemniej jednak, w stosunku do "Unforgiven North" nie mam tych wrażeń, jakie towarzyszą moim kolegom, a mianowicie dłużyzn, "chęci" skrócenia tej płyty itp. Mnie po prostu tej płyty się dobrze słucha, nawet pomimo tego, że świadom jestem, że trio zagrać może znacznie ciekawszy materiał. Ot po prostu - gdy gra się na 100% to w jednym na kilka przypadków zdarza się "ten dzień", jeszcze rzadziej zdarzy się dzień niepodobny do wszystkich innych. Szkoda jedynie, że najczęściej nie ma kto go zarejestrować. W tym kontekście bardzo dobrze się stało, że muzyka ta została i zarejestrowana i wydana. I dodajmy - bez skrótów.
"Unforgiven North" przynosi muzykę, która wpisuje się ogólnie w ów free jazzowy/improvowy styl grania. Być może nawet sposób gry Mikołaja jest tu bardziej "tradycyjny", tradycyjnie jazzowy niż w przypadku pamiętanego przeze mnie krakowskiego koncertu. Wydaje się również, że Uuskyla w pewnym stopniu gra w swej niekonwencjonalności, bardziej konwencjonalnie. Nie wiem, czy to ten koncert tak zabrzmiał, czy też grupa idzie w tym kierunku swych poszukiwań. Przyznam, że z jednej strony cieszyłbym się, bowiem bliskie mi są wszelkie free jazzowe poszukiwania. Z drugiej strony jednak, wydaje mi się, że bezkompromisowa free improvowa postać tria jest bardziej poszukująca. Ciekaw sam jestem, w którą stronę zespół ten pójdzie. Na razie wiem, że w planach są wspólne - mam nadzieję rejestrowane - koncerty z Peterem Brötzmannem.
Same utwory przynoszą dość typowe dla sekcji Friis/Uuskyla granie, znane choćby z koncertów tria, czy zapewne szerzej z zarejestrowanej muzyki z Brötzmannem. W zasadzie gra ta się w niewielkim stopniu zmienia. Gitarowe "zakrętasy" Friisa, bardziej właściwe dla gitary elektrycznej (prowadzącej) niż dla basu, swobodne granie Uuskyly, powodują, że nie wiedzieć w jaki sposób muzyka ta w ogóle ma jakikolwiek rytm. Zbliża się też w swym ogólnym wyrazie bardziej nawet do świata rocka niż jazzu, gdyby to dla kogokolwiek miało jakiekolwiek znaczenie. Chciałoby się napisać, że na płycie "Unforgiven North" Mikołaj prezentuje swe... słowiańskie oblicze. Jednakże sposób gry prezentowany na tej płycie obecny jest w muzyce Trzaski już jakiś czas. Rozmarzone, spokojne, można nawet rzec romantyczne frazy są obecne nie tylko w muzyce tego tria, ale także np. w Oleś/Trzaska/Oleś. Jednakże zestawienie energii sekcji, która można byłoby rzec, ostatkiem sił znajduje miejsce, w której sekcja rytmiczna winna się znajdywać z owym sposobem gry Mikołaja jest jakąś wartością, której nie potrafię znaleźć w muzyce innych zespołów. W porównaniu z walcem drogowym prezentowanym przez Brötzmann/Friis/Uuskyla, muzyka zawarta na tej płycie jest o wiele bardziej subtelna, o ile w ogóle słowo to do niej przystaje.
Osobiście bardzo się cieszę z istnienia tego zespołu, jak również z faktu wydania tej płyty. Moim zdaniem jednej z najważniejszych zeszłorocznych płyt z muzyką jazzową w Polsce. Z dużą niecierpliwością będę również przyglądał się dalszym poczynaniom Mikołaja i obu Piotrów. Oby tylko zostało sił i oby nie tylko doszło do spotkania z trzecim z Piotrów, ale i rejestracji z nim płyty. Może wówczas malowane obrazy Trzaski wreszcie znalazłyby szersze uznanie nie tylko w naszym kraju (choć sądząc po lekturze niektórych pism i tu mu życzyć szczęścia trzeba).
Trzaska/Friis/Uuskyla - Unforgiven North, Kilogram Records 008, 2004; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 6.02.2005 r.
Etykiety:
Mikołaj Trzaska,
Peeter Uuskyla,
Peter Friis Nielsen
piątek, 31 maja 2013
Matthew Shipp, William Parker, Beans, Hprizm - Knives From Heaven
Całe szczęście, dokonania Matthew Shippa, są już dość dobrze znane. Wiadomo też nie od dziś, że oprócz grania nowoczesnego jazzu, wiele razy już próbował eksplorować hip-hop. W zasadzie ktoś, kto dobrze potrafi się poruszać po jego muzycznych drogowskazach może z dużą dozą prawdopodobieństwa ominąć to, co w twórczości Shippa, jest dla niego mniej interesujące.
Cóż, pomysł zarejestrowany pod tytułem "Knives from heaven" na pewno nie będzie należał do moich ulubionych z dyskografii pianisty. Zapoznawszy się ze składem, który nagrał płytę, można się spodziewać, że płyta prezentować będzie nie jazzowe, ale hiphopowe oblicze muzyków. Mam tu, nieco, zastrzeżeń do wydawcy. Otóż z okładki płyty wynika, że jest to album kwartetu w składzie: Matthew Shipp, William Parker, Beans i Hprizm. Fakt, obecność tych dwu ostatnich wskazywałaby na eksperymenty z hiphopem, niemniej jednak wskazanie dwu pierwszych, zasłużonych dla jazzu muzyków, na raczej głównie jazzowe oblicze tych nagrań. Dopiero wejście na stronę wytwórni wyjaśnia wszystko - album przypisany jest Antipop Consortium z udziałem Matthew Shippa i Williama Parkera. Nieco zmienia to postrzeganie proporcji, jakie może zawierać.
Nie znam się na hiphopie. Nie rusza mnie ta muzyka. Kompletnie. Nie będę się zatem o niej wypowiadał. Jedynie powiem jeszcze dwa słowa z punktu widzenia miłośnika gry Shippa i Parkera i znikam. Nic tu nie ma interesującego. Pewnie równie dobrze, zamiast Shippa wykorzystany mógłby zostać jakiś świeży i nikomu nieznany adept jakiejś fortepianowej szkoły. O Parkerze w zasadzie dość trudno się wypowiedzieć, bowiem jego kontrabasu prawie tu nie słychać.
Nie wiem, jak będą tę muzykę odbierać miłośnicy hiphopu, czy rapu. Nie mam najmniejszego pojęcia. Dla mnie ta muzyka, tutaj zawarta jest po prostu nudna. Niby sporo chce się dziać w warstwie muzycznej, problem, że w zasadzie nic z tego nie wynika. Znam przedsięwzięcia łączące hiphop z jazzem i śmiem twierdzić, że były one ciekawsze. Nawet pierwsze nagrania Antipop Consortium z Shippe, Jamalem, Brownem i Carterem. Tam coś było. Tu nie ma dla mnie nic. Szkoda.
Matthew Shipp, William Parker, Beans, Hprizm (Antipop Consortium) - Knives From Heaven, Thirsty Ear, THI57198, 2012
Cóż, pomysł zarejestrowany pod tytułem "Knives from heaven" na pewno nie będzie należał do moich ulubionych z dyskografii pianisty. Zapoznawszy się ze składem, który nagrał płytę, można się spodziewać, że płyta prezentować będzie nie jazzowe, ale hiphopowe oblicze muzyków. Mam tu, nieco, zastrzeżeń do wydawcy. Otóż z okładki płyty wynika, że jest to album kwartetu w składzie: Matthew Shipp, William Parker, Beans i Hprizm. Fakt, obecność tych dwu ostatnich wskazywałaby na eksperymenty z hiphopem, niemniej jednak wskazanie dwu pierwszych, zasłużonych dla jazzu muzyków, na raczej głównie jazzowe oblicze tych nagrań. Dopiero wejście na stronę wytwórni wyjaśnia wszystko - album przypisany jest Antipop Consortium z udziałem Matthew Shippa i Williama Parkera. Nieco zmienia to postrzeganie proporcji, jakie może zawierać.
Nie znam się na hiphopie. Nie rusza mnie ta muzyka. Kompletnie. Nie będę się zatem o niej wypowiadał. Jedynie powiem jeszcze dwa słowa z punktu widzenia miłośnika gry Shippa i Parkera i znikam. Nic tu nie ma interesującego. Pewnie równie dobrze, zamiast Shippa wykorzystany mógłby zostać jakiś świeży i nikomu nieznany adept jakiejś fortepianowej szkoły. O Parkerze w zasadzie dość trudno się wypowiedzieć, bowiem jego kontrabasu prawie tu nie słychać.
Nie wiem, jak będą tę muzykę odbierać miłośnicy hiphopu, czy rapu. Nie mam najmniejszego pojęcia. Dla mnie ta muzyka, tutaj zawarta jest po prostu nudna. Niby sporo chce się dziać w warstwie muzycznej, problem, że w zasadzie nic z tego nie wynika. Znam przedsięwzięcia łączące hiphop z jazzem i śmiem twierdzić, że były one ciekawsze. Nawet pierwsze nagrania Antipop Consortium z Shippe, Jamalem, Brownem i Carterem. Tam coś było. Tu nie ma dla mnie nic. Szkoda.
Matthew Shipp, William Parker, Beans, Hprizm (Antipop Consortium) - Knives From Heaven, Thirsty Ear, THI57198, 2012
czwartek, 30 maja 2013
Bill Frisell - Blues Dream (diapazon.pl)
Niespecjalnie lubię ostatnie płyty Frisella. Co innego, te wczesne. I środkowe. Mniam! Palce lizać! Ale jego country i rockowe (?) oblicze mało mi pasowało. Jakby powrócił nieco do czasów sławnego trio wspólną płytą z Hollandem i Jonesem, ale... też mnie nie przekonała. Wstyd się przyznać, ale dopiero niedawno wpadła mi w ręce nieco wcześniejsza płyta "Blues Dream", którą, po recenzjach innych autorów kupowałem "z pewną taką nieśmiałością".
Do rewelacji z minionych czasów daleko. Jednak ta płyta ma swój czar. Blusowe sny. Jeśli popatrzeć na otwierający płytę utwór tytułowy - jak najbardziej tak. Miniaturka przywołuje obraz Delty Mississipi, senne obrazy z filmów o południu USA. Potem wchodzi się w ten krąg. Może jakaś Louisiana... A gitary brzmią niekiedy, jakby grał na nich stary Murzyn, przygrywający swoje senne opowieści łanom zbóż, drzewom, jakimś rzekom i... parnocie. W utworze Ron Carter niemal wyczuwalne jest gorące, parne popołudnie ze słońcem wysoko prażącym wszystko wokół. I nic się nie chce. Siesta. Kolejny utwór - Pretty Flowers Were Made for Blooming wprowadza podwieczorne klimaty. Potem jest wieczorna zabawa w stylu folk, czyli country przy dzwiękach Pretty Stars Were Made to Shine.
Where Do We Go? brzmi jak pytanie do dziewczyny podczas tej zabawy - gdzie teraz pójdziemy? Do ciebie? Do mnie? - nie jest tak piękna noc - zróbmy to pod gołym niebem. Nie dziwi zatem, że dźwięki "Like Dreamers Do są zapowiedzią snu, a Outlaws jest snem. What Do We Do? jest zastanawianiem się nad świtem, nad porankiem. Nie, nie opowiem Wam tego filmu do końca, niech będzie to Waszym odkryciem, znajdźcie tu własną pointę.
Cała płyta brzmi jak bajkowa opowieść o południu USA. Brzmi jak ścieżka dźwiękowa do filmu opowiadającym o jakiejś tajemnicy z Południa. Jeśli się wejdzie w tę konwencję, konwencji tej sprosta - płyta będzie się podobać i będzie się do niej wracać. Zwłaszcza, że w porównaniu z wcześniejszymi countrowymi poczynaniami Frisella jest ubarwiona brzmieniem blach i saksofonu. A że Frisell wyśmienitym aranżerem jest, o tym nie trzeba nawet wspominać. Jedynie czego szkoda, to, że wraz z odejściem Joeya Barona, gdzieś pogubiły się gęste, nietypowe rytmy.
Ale - OK!
Bill Frisell - Blues Dream, Nonesuch,7559-79516-2, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 22.06.2002 r.
Do rewelacji z minionych czasów daleko. Jednak ta płyta ma swój czar. Blusowe sny. Jeśli popatrzeć na otwierający płytę utwór tytułowy - jak najbardziej tak. Miniaturka przywołuje obraz Delty Mississipi, senne obrazy z filmów o południu USA. Potem wchodzi się w ten krąg. Może jakaś Louisiana... A gitary brzmią niekiedy, jakby grał na nich stary Murzyn, przygrywający swoje senne opowieści łanom zbóż, drzewom, jakimś rzekom i... parnocie. W utworze Ron Carter niemal wyczuwalne jest gorące, parne popołudnie ze słońcem wysoko prażącym wszystko wokół. I nic się nie chce. Siesta. Kolejny utwór - Pretty Flowers Were Made for Blooming wprowadza podwieczorne klimaty. Potem jest wieczorna zabawa w stylu folk, czyli country przy dzwiękach Pretty Stars Were Made to Shine.
Where Do We Go? brzmi jak pytanie do dziewczyny podczas tej zabawy - gdzie teraz pójdziemy? Do ciebie? Do mnie? - nie jest tak piękna noc - zróbmy to pod gołym niebem. Nie dziwi zatem, że dźwięki "Like Dreamers Do są zapowiedzią snu, a Outlaws jest snem. What Do We Do? jest zastanawianiem się nad świtem, nad porankiem. Nie, nie opowiem Wam tego filmu do końca, niech będzie to Waszym odkryciem, znajdźcie tu własną pointę.
Cała płyta brzmi jak bajkowa opowieść o południu USA. Brzmi jak ścieżka dźwiękowa do filmu opowiadającym o jakiejś tajemnicy z Południa. Jeśli się wejdzie w tę konwencję, konwencji tej sprosta - płyta będzie się podobać i będzie się do niej wracać. Zwłaszcza, że w porównaniu z wcześniejszymi countrowymi poczynaniami Frisella jest ubarwiona brzmieniem blach i saksofonu. A że Frisell wyśmienitym aranżerem jest, o tym nie trzeba nawet wspominać. Jedynie czego szkoda, to, że wraz z odejściem Joeya Barona, gdzieś pogubiły się gęste, nietypowe rytmy.
Ale - OK!
Bill Frisell - Blues Dream, Nonesuch,7559-79516-2, 2001, recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 22.06.2002 r.
Etykiety:
Bill Frisell,
Billy Drewes,
Curtis Fowlkes,
David Pilt,
Greg Leisz,
Kenny Wollesen,
Ron Miles
środa, 29 maja 2013
Crimson Jazz Trio - King Crimson Songbook Vol 1 (diapazon.pl)
No i macie mnie. A w zasadzie, to Oni mają. Wiele już razy, na widok, a w zasadzie dźwięk klasycznego tria jazzowego, w dodatku w sposób niemal klasycznie grającego, jakim jest trio z fortepianiem, praktycznie spluwałem przez lewe ramię, rozglądając się niemal za jakimś egzorcystą, który byłby w stanie odprawić z kwitkiem kolejne trio grające jak kolejne trio, które gra dokładnie jak trio itd. ad libitum, bez końca...
Crimson Jazz Trio jest triem jak najbardziej klasycznym: fortepian, bas, perkusja. Nic więcej. Aha, tyle, że zamiast kontrabasu jest bezprogowa gitara basowa. Jeszcze gorzej, bo w jazzie lubię mięso akustycznego kontrabasu, basówki pozostawiając muzyce rockowej, popowej i jakiej tam jeszcze. No może funk. Jeśli funk jest jazzem, to tu może być gitara basowa. Cóż, schematy, przyzwyczajenia... i w mordę. Powinienem bowiem nie lubić tego tria. Ba, powinienem go nie lubić w dwójnasób, bo jeszcze w całości materiał zebrany na płycie składa się z ni mniej ni więcej, ale wyłącznie utworów King Crimson, które w wersji oryginalnej uważam za genialne i praktycznie nie nadające się do dalszej obróbki.
Pomysł jednak okazał się udany. Awangardowe utwory rockowe okazały się świetną bazą kompozytorską, do prowadzenia jazzowych dialogów między trzema muzykami, z których jeden - Ian Wallace pamięta przecież również pracę w King Crimson. Tym razem muzyka diabelnie swinguje, pozostawiając jednak w dalszym ciągu główne rysy kompozycji Frippa. Zmiany tempa, nastroju, kontrapunkty... Nieistotne czy Crimson Jazz Trio sięga po utwory z początku kariery pierwowzoru, czy z nowszych płyt. Zawsze pozostaje podana ze smakiem uczta.
Trio potrafiło zaserwować to, co nie udawało się najlepszym, uczynić z rockowych utworów materię jazzową w sposób taki, jakby zawsze to był jazz. Jednocześnie w żaden sposób nie jest odczuwalny brak owego "elementu dodanego", którego tak mi brakuje w jazzowych interpretacjach muzyki rockowej. Tego "czegoś" w zamian. Na "King Crimson Songbook" to jest. Ta muzyka, w przeciwieństwie do wielu prób tego typu, brzmi autentycznie.
Fajne granie. Po prostu. Nic dodać, nic ująć.
Crimson Jazz Trio - King Crimson Songbook Vol 1, Voiceprint, VP 373, 2005; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 10.11.2006 r.
Crimson Jazz Trio jest triem jak najbardziej klasycznym: fortepian, bas, perkusja. Nic więcej. Aha, tyle, że zamiast kontrabasu jest bezprogowa gitara basowa. Jeszcze gorzej, bo w jazzie lubię mięso akustycznego kontrabasu, basówki pozostawiając muzyce rockowej, popowej i jakiej tam jeszcze. No może funk. Jeśli funk jest jazzem, to tu może być gitara basowa. Cóż, schematy, przyzwyczajenia... i w mordę. Powinienem bowiem nie lubić tego tria. Ba, powinienem go nie lubić w dwójnasób, bo jeszcze w całości materiał zebrany na płycie składa się z ni mniej ni więcej, ale wyłącznie utworów King Crimson, które w wersji oryginalnej uważam za genialne i praktycznie nie nadające się do dalszej obróbki.
Pomysł jednak okazał się udany. Awangardowe utwory rockowe okazały się świetną bazą kompozytorską, do prowadzenia jazzowych dialogów między trzema muzykami, z których jeden - Ian Wallace pamięta przecież również pracę w King Crimson. Tym razem muzyka diabelnie swinguje, pozostawiając jednak w dalszym ciągu główne rysy kompozycji Frippa. Zmiany tempa, nastroju, kontrapunkty... Nieistotne czy Crimson Jazz Trio sięga po utwory z początku kariery pierwowzoru, czy z nowszych płyt. Zawsze pozostaje podana ze smakiem uczta.
Trio potrafiło zaserwować to, co nie udawało się najlepszym, uczynić z rockowych utworów materię jazzową w sposób taki, jakby zawsze to był jazz. Jednocześnie w żaden sposób nie jest odczuwalny brak owego "elementu dodanego", którego tak mi brakuje w jazzowych interpretacjach muzyki rockowej. Tego "czegoś" w zamian. Na "King Crimson Songbook" to jest. Ta muzyka, w przeciwieństwie do wielu prób tego typu, brzmi autentycznie.
Fajne granie. Po prostu. Nic dodać, nic ująć.
Crimson Jazz Trio - King Crimson Songbook Vol 1, Voiceprint, VP 373, 2005; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 10.11.2006 r.
Etykiety:
Crimson Trio,
Ian Wallace,
Jody Nardone,
Tim Landers
wtorek, 28 maja 2013
Marilyn Crispell - Live In Zurich (diapazon.pl)
Najpierw będzie o mnie. Lubię chyba dawać ludziom przyczynek do twierdzenia, że jestem megalomanem. Egoistą także. Bądź nawet.
Nie słuchałem takiej muzyki miesiące całe. Teraz słucham obok siebie hard rocka, punka, nu metalu, grunge, folka, industrialu. Wszystkiego. Cała muzyka daje szczęście. Uśmiecha się do mnie. Ale...
Włączyłem płytę pani, którą wielbię. Może wielbiłem za to co robiła bardziej niż to co robi w chwili obecnej, jednakże... panie i panowie, czapki z głów. Marilyn Crispell, bo o niej mowa, w latach, kiedy grywała z Braxtonem, grywała muzykę tak dogłębnie dosadną, że trudno było nie dać jej dojść do siebie. Do głębi.
Kiedy jeszcze dźwięki dobywają się z realizacji koncertu, kiedy mam świadomość, że każda zagrana nutka powstała tu i teraz (raczej tam i wtedy), wówczas wiem: to muzyka, która jest w nich. Cudne, kłębowiska, pozornie niespójnych akordów napotykające spiętrzenia perkusyjnych trylów. Gdzieś mruczący bas. Nic tu nie jest proste, nic nie wynika z siebie, nic nie kontynuuje poprzedniego. Tylko dźwięk, w dźwięk powstający w danej chwili. Z drugiej strony, olbrzymia dyscyplina. Wbrew temu co napisałem, nie jest to nieokiełznana feeria przypadkowych dźwięków. Fakt, że następujące po sobie dźwięki, pasaże, nie wynikają wprost z poprzednich, wcale nie przeczy, że muzyka ta ma jakąś konstrukcję. Może powstającą właśnie podczas koncertu. Podczas tych kilkudzisięciu minut, w których tak bardzo chciałbym uczestniczyć. Przynajmniej jako słuchacz. To jest właśnie coś, co we free cenię najbardziej. Dającą się wychwycić konsekwencję, z pozoru sprzecznych fraz. Wolność konstrukcji, ale konstrukcji, którą można usłyszeć. Nie znasz następnego dźwięku, ale kiedy już zapadnie, to jest niemal oczywisty, choć... niespodziewany. To moja muzyka. Moje dźwięki.
"Live in Zurich" jest płytą doskonałą. Muzyką, gdzie trójka muzyków bądź co bądź pochodzących z różnych środowisk, odnalazła porażającą spójność przekazu. Każdy dźwięk dociera do samych trzewi. Gotuje krew. Każdy dźwięk buduje Twoją (a przynajmniej moją) świadomość od nowa. I za te wszystkie dźwięki - dzięki.
Marilyn Crispell - Live In Zurich, Leo Records, LR 122, 1989, recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 1.10.2007 r.
Nie słuchałem takiej muzyki miesiące całe. Teraz słucham obok siebie hard rocka, punka, nu metalu, grunge, folka, industrialu. Wszystkiego. Cała muzyka daje szczęście. Uśmiecha się do mnie. Ale...
Włączyłem płytę pani, którą wielbię. Może wielbiłem za to co robiła bardziej niż to co robi w chwili obecnej, jednakże... panie i panowie, czapki z głów. Marilyn Crispell, bo o niej mowa, w latach, kiedy grywała z Braxtonem, grywała muzykę tak dogłębnie dosadną, że trudno było nie dać jej dojść do siebie. Do głębi.
Kiedy jeszcze dźwięki dobywają się z realizacji koncertu, kiedy mam świadomość, że każda zagrana nutka powstała tu i teraz (raczej tam i wtedy), wówczas wiem: to muzyka, która jest w nich. Cudne, kłębowiska, pozornie niespójnych akordów napotykające spiętrzenia perkusyjnych trylów. Gdzieś mruczący bas. Nic tu nie jest proste, nic nie wynika z siebie, nic nie kontynuuje poprzedniego. Tylko dźwięk, w dźwięk powstający w danej chwili. Z drugiej strony, olbrzymia dyscyplina. Wbrew temu co napisałem, nie jest to nieokiełznana feeria przypadkowych dźwięków. Fakt, że następujące po sobie dźwięki, pasaże, nie wynikają wprost z poprzednich, wcale nie przeczy, że muzyka ta ma jakąś konstrukcję. Może powstającą właśnie podczas koncertu. Podczas tych kilkudzisięciu minut, w których tak bardzo chciałbym uczestniczyć. Przynajmniej jako słuchacz. To jest właśnie coś, co we free cenię najbardziej. Dającą się wychwycić konsekwencję, z pozoru sprzecznych fraz. Wolność konstrukcji, ale konstrukcji, którą można usłyszeć. Nie znasz następnego dźwięku, ale kiedy już zapadnie, to jest niemal oczywisty, choć... niespodziewany. To moja muzyka. Moje dźwięki.
"Live in Zurich" jest płytą doskonałą. Muzyką, gdzie trójka muzyków bądź co bądź pochodzących z różnych środowisk, odnalazła porażającą spójność przekazu. Każdy dźwięk dociera do samych trzewi. Gotuje krew. Każdy dźwięk buduje Twoją (a przynajmniej moją) świadomość od nowa. I za te wszystkie dźwięki - dzięki.
Marilyn Crispell - Live In Zurich, Leo Records, LR 122, 1989, recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 1.10.2007 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)