Portland to miasto, w którym jest 240 parków. Nie wiem, bo nie byłem, ale musi tam być zielono, kolorowo. Nic pewnie dziwnego, że jednym z jego przydomków jest "Miasto Róż". Z tego miasta pochodzą muzycy tworzący Operation Northwoods i będący jednocześnie członkami Portland Jazz Composers' Ensemble - organizacji non-profit, skupiającej muzyków-kompozytorów z tego miasta.
Słuchając ich muzyki, mam jednak wrażenie, że zamiast owych kolorów i radości emanującej z pięknych kwiatów, umysły czwórki młodych muzyków, przepojone są smutkiem i melancholią. Dziesięć utworów składających się na płytę stanowią przykład kameralistyki o lekko jazzowym zabarwieniu. Jest to muzyka zarówno i piękna i w jakiś sposób - przynajmniej dla mnie - przytłaczająca. Barwy, rozpościerane przez trąbkę, alt bądź sopran saksofonu, gitarę i fortepian są w raczej ciepłych, pastelowych kolorach. I pięknie jest i wspaniale. Problem, jaki mam jednak z tą płytą, to że w tym całym pięknie, muzycy nie pozwolili sobie na choćby cień oddechu. Zakomponowana do bólu, po którymś utworze przewidywalna muzyka bez odrobiny szaleństwa. Można i tak. W tego typu estetyce zdecydowanie jednak bardziej wolę posłuchać muzyki Erika Satiego niż jazzu. Niemniej jednak, jestem absolutnie pewny, że znajdą się miłośnicy tego typu klimatów. Obecność na bandcampie umożliwia łatwe wyrobienie sobie zdania samemu.
Operation Northwoods - The Bureau of Fiction, PJCE Records, PJCE 004, 2013; muzyki można posłuchać na stronie albumu.
Jazz we wszystkich odmianach, głównie jednak free i awangarda. W niewielkim stopniu o innych gatunkach muzycznych.
wtorek, 4 czerwca 2013
Lisbon Improvisation Players - Motion (diapazon.pl)
Przyznam, że do czasu rozpoczęcia dystrybucji płyt nagrywanych przez Clean Feed przez Multikulti, portugalska scena jazzowa była mi kompletnie nieznana. Według mojej wiedzy, mimo upływu już z górą stu lat istnienia tej muzyki, jakoś muzycy z tego kraju nie tylko, że nie odcisnęli swego piętna na niej, ale jakby w ogóle muzyka ta, tam nie istniała.
Oczywiście było to wrażenie złudne, a środowisko tam istniejące ma się dobrze i sporo w nim ciekawych postaci.
Przesłuchawszy już kilka czy kilkanaście płyt z udziałem Portugalczyków i usłyszawszy już co najmniej kilkunastu muzyków z tego kraju, najlepsze wrażenie na mnie robi saksofonista Rodrigo Amado. (The) Lisbon Improvisation Players to "grupa", której przewodzi właśnie ten muzyk. Trudno jednak stwierdzić, że pod szyldem LIP kryje się jakiś zespół, albowiem z trzech znanych mi płyt, za każdym razem Lizbońscy Improwizatorzy występują w innym składzie, a jedynym łącznikiem zdaje się być Amado.
Na "Motion" "zespół" pojawił się w mieszanym, portugalsko-amerykańskim składzie i jest kwartetem (co także nie jest zupełnie oczywiste, bo LIP występuje również jako kwintet). Stronę portugalską reprezentuje grający na saksofonach barytonowym i tenorowym Amado oraz perkusista Acácio Salero, zaś Amerykanów, basista Ken Filiano oraz sopranista i tenorzysta Steve Adams. Skład zatem dość zwyczajny jak na współczesne jazzowe comba.
Fakt, że muzycy reprezentujący stronę amerykańską są dość znani (Filiano to ostoja wielu projektów, wydanych choćby na płytach przez CIMP, zaś Adams to jeden z czwórki muzyków ROVA Saxophone Quartet), powoduje pewnego rodzaju skojarzenia z latami 50. i 60. ubiegłego wieku, kiedy to po Europie podróżowali muzycy amerykańscy grywając i nagrywając z muzykami europejskimi. Jest jednak pewna rzecz, która LIP w tej postaci różni od tamtych zespołów sprzed lat - pod wszystkimi kompozycjami tu zawartymi podpisali się wszyscy czterej muzycy biorący udział w projekcie, a nadto, jeśli zapomni się o informacjach z okładki zespół brzmi bardzo homogenicznie. W dodatku... hmmmm... w bardzo "ciemny" sposób. Być może przez użycie barytonu oraz brzmienie samego kontrabasu Filiano, które zawsze było dla mnie jakieś mroczne.
Sześć utworów tu zawartych jest kompozycjami funkcjonującymi gdzieś w rejonach w sumie awangardowego współczesnego jazzu. W jakimś stopniu muzyka kojarzy mi się z poczynaniami Braxtona sprzed kilku lat, w jakimś z niektórymi płytami ze wspomnianej CIMP. Dwa saksofony, brak instrumentu harmonicznego, dają muzykom dość dużą swobodę, a że Adamsowi i Rodrigo chyba się wspólnie dobrze grało, dialogi pomiędzy nimi są wcale interesujące. Ciekawi też warstwa rytmiczna, w którą - jeśli komuś się już ta płyta trafi - warto się wsłuchać. Filiano to nietuzinkowy basista, zaś Salero mimo, że nie wybija się w jakiś znaczący sposób, jest także ciekawym muzykiem.
Wiecznym malkontentom od razu płytę mogę odradzić. Nie słuchajcie jej, bowiem od razu stwierdzicie, że wszystko już było, a jazz nie rozwija się i jest bez sensu, bowiem "dawniej, to był JAZZ!". Wszystkim pozostałym jednak, komu "mroczne" jazzowe dźwięki nie przeszkadzają, "Motion" mogę polecić z czystym sumieniem, zachęcając do poznania nieznanej w Polsce portugalskiej sceny jazzowej. Mnie, w każdym razie, płyty tej słucha się bardzo dobrze.
Lisbon Improvisation Players - Motion, Clean Feed, CF025, 2004; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 28.12.2006 r.
Oczywiście było to wrażenie złudne, a środowisko tam istniejące ma się dobrze i sporo w nim ciekawych postaci.
Przesłuchawszy już kilka czy kilkanaście płyt z udziałem Portugalczyków i usłyszawszy już co najmniej kilkunastu muzyków z tego kraju, najlepsze wrażenie na mnie robi saksofonista Rodrigo Amado. (The) Lisbon Improvisation Players to "grupa", której przewodzi właśnie ten muzyk. Trudno jednak stwierdzić, że pod szyldem LIP kryje się jakiś zespół, albowiem z trzech znanych mi płyt, za każdym razem Lizbońscy Improwizatorzy występują w innym składzie, a jedynym łącznikiem zdaje się być Amado.
Na "Motion" "zespół" pojawił się w mieszanym, portugalsko-amerykańskim składzie i jest kwartetem (co także nie jest zupełnie oczywiste, bo LIP występuje również jako kwintet). Stronę portugalską reprezentuje grający na saksofonach barytonowym i tenorowym Amado oraz perkusista Acácio Salero, zaś Amerykanów, basista Ken Filiano oraz sopranista i tenorzysta Steve Adams. Skład zatem dość zwyczajny jak na współczesne jazzowe comba.
Fakt, że muzycy reprezentujący stronę amerykańską są dość znani (Filiano to ostoja wielu projektów, wydanych choćby na płytach przez CIMP, zaś Adams to jeden z czwórki muzyków ROVA Saxophone Quartet), powoduje pewnego rodzaju skojarzenia z latami 50. i 60. ubiegłego wieku, kiedy to po Europie podróżowali muzycy amerykańscy grywając i nagrywając z muzykami europejskimi. Jest jednak pewna rzecz, która LIP w tej postaci różni od tamtych zespołów sprzed lat - pod wszystkimi kompozycjami tu zawartymi podpisali się wszyscy czterej muzycy biorący udział w projekcie, a nadto, jeśli zapomni się o informacjach z okładki zespół brzmi bardzo homogenicznie. W dodatku... hmmmm... w bardzo "ciemny" sposób. Być może przez użycie barytonu oraz brzmienie samego kontrabasu Filiano, które zawsze było dla mnie jakieś mroczne.
Sześć utworów tu zawartych jest kompozycjami funkcjonującymi gdzieś w rejonach w sumie awangardowego współczesnego jazzu. W jakimś stopniu muzyka kojarzy mi się z poczynaniami Braxtona sprzed kilku lat, w jakimś z niektórymi płytami ze wspomnianej CIMP. Dwa saksofony, brak instrumentu harmonicznego, dają muzykom dość dużą swobodę, a że Adamsowi i Rodrigo chyba się wspólnie dobrze grało, dialogi pomiędzy nimi są wcale interesujące. Ciekawi też warstwa rytmiczna, w którą - jeśli komuś się już ta płyta trafi - warto się wsłuchać. Filiano to nietuzinkowy basista, zaś Salero mimo, że nie wybija się w jakiś znaczący sposób, jest także ciekawym muzykiem.
Wiecznym malkontentom od razu płytę mogę odradzić. Nie słuchajcie jej, bowiem od razu stwierdzicie, że wszystko już było, a jazz nie rozwija się i jest bez sensu, bowiem "dawniej, to był JAZZ!". Wszystkim pozostałym jednak, komu "mroczne" jazzowe dźwięki nie przeszkadzają, "Motion" mogę polecić z czystym sumieniem, zachęcając do poznania nieznanej w Polsce portugalskiej sceny jazzowej. Mnie, w każdym razie, płyty tej słucha się bardzo dobrze.
Lisbon Improvisation Players - Motion, Clean Feed, CF025, 2004; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 28.12.2006 r.
Etykiety:
Acácio Salero,
Ken Filiano,
Rodrigo Amado,
Steve Adams
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Źródłu na imię Mikołaj, Adam i Peter
Gdyby Mikołaj nie był muzykiem, to prawdopodobnie zostałby podróżnikiem. Nie wiem. Zgaduję. Ilość światów, muzycznych podróży, w które nas zabrał i wciąż zabiera jest doprawdy imponująca. W zasadzie nie wybrzmiały jeszcze dźwięki Ircha Quartet, Trzaska gra Różę, czy przeróżnych już składów z muzykami amerykańskimi, a on prezentuje nam coś innego. Wczoraj miało być mocno, energetycznie, a za sprawą Nielsena - elektrycznie - w znanym już od lat trio Trzaska/Nielsen/Jorgensen. Zabrakło Friisa. Zabrakło elektrycznej i jakże charakterystycznej, gitary basowej. W jego miejsce pojawił się inny muzyk. Przyznam, że wcześniej mi kompletnie nieznany.
Tym co jest istotne, to, że wczorajszy koncert, za zmianą wyłącznie jednego muzyka i - poniekąd również wymianą instrumentu z elektrycznego na akustyczny - znów zabrał nas w inne światy. Tym razem, oblicze mikołajowej muzyki, było bardzo jazzowe. Baaardzo! Na swój, europejsko-free-jazzowy sposób nawet bardzo swingujące. Oczywiście trudno tu mówić o swingu w rozumieniu muzyki lat 30 ubiegłego wieku. Chodzi o puls. Ten puls, który nadawany jest muzyce, poprzez czasowe przesunięcia w warstwie rytmicznej, poprzez zmianę akcentów w grze solowej. To to coś, co bardzo trudne jest do opowiedzenia, coś, czego trzeba się nauczyć słuchać, coś, co trzeba czuć.
Jak się okazuje, Mikołajowi udało się już w zeszłym roku współpracować z Adamem Pultz Melbye - basistą i co tu dużo mówić, mimo wspaniałej kondycji wszystkich muzyków wczorajszego wieczoru, muzyka, który zasłużył na moją baczniejszą uwagę. Pewnie dlatego, że pozostałych znam - przynajmniej jak mi się wydaje - dość dobrze. Basista, mimo młodego wieku, wydaje się być natomiast bardzo ciekawą postacią duńskiej sceny jazzowej (kupiłem kilka płyt, podzielę się wrażeniami). I w sumie nie to jest istotne.
Dla mnie, najistotniejszą refleksją wczorajszego wieczoru jest to, w jaki sposób zmiana jednego zaledwie muzyka ma wpływ na kontekst całej muzyki przedstawianej przez zespół. Na sposób gry poszczególnych muzyków. Wiem, że Mikołaj potrafi zagrać bardzo ostro i bardzo lirycznie. W zespołach, gdzie zwykle grywał Jorgensen, grywał raczej bardzo ostro, sięgając po doświadczenia europejskiej sceny free improvu raczej niż muzyki o bardziej jazzowym rodowodzie. Liryczny bywa w takich projektach jak choćby wspomniana już Ircha Quartet - szczególnie w ostatniej swej odsłonie. Tu jednak liryka jest znów bardzo źródłowa. Taki "world music" bez konkretnych nawet korzeni (mimo tego, że pojawiają się w repertuarze tego zespołu tematy ze ściśle określonym i terytorialnie i kulturowo rodowodem). Coś, w co kiedyś - całe lata temu - wprowadzał mnie Osjan, gdy jeszcze pisał się Ossian. Wczoraj? Zagrał i ostro i lirycznie. Za każdym razem jednakże, w każdej swej odsłonie bardzo jazzowo. Gdzieś pobrzmiewał sobie Ayler, może Giuffre, może ktokolwiek inny. To nie jest istotne, bowiem Trzaska przemawia już własnym językiem. Wczoraj wybrał jazz. Piękny, wspaniały i źródłowy. Taki, do którego przyzwyczaił mnie na przykład Ware, Anderson, czy Jordan.
Z drugiej strony Jorgensman. Muzyk, którego do tej pory kojarzyłem raczej z bardzo mocnego i jednocześnie bardzo swobodnego grania. Wczoraj swobody nie brakowało, natomiast została ona podporządkowana właśnie owemu pulsowi, któremu na imię swing. Zobaczyć tego wielkiego (w dosłowny słowa tego znaczeniu) muzyka, który delikatnym pulsem napędza trio było wielką przyjemnością.
I na koniec muzyk, którego dzięki Mikołajowi poznałem: Adam Pultz Melbye. Cudowny, głęboki sound kontrabasu. I znów swing. I znów swoboda. Coś, co gdzieś lata temu obecne było w pulsie Mingusa, choć może lepiej powiedzieć, Grimesa, czy jest u Parkera. Fantastyczny muzyk o fenomenalnej technice. Doprawdy warto posłuchać.
Doprawdy też warto posłuchać nowego Volume (o ile to jeszcze ten zespół). Świetny, otwarty jazz naprawdę światowego poziomu. Żywię tylko - skromną - nadzieję, że gdzieś po tym triu i tej muzyce pozostanie jakiś materiał, który będzie można posłuchać dłużej, aniżeli przez te dwie godziny koncertu.
Mikołaj Trzaska - Adam Pultz Melbye - Peter Ole Jorgensen, Alchemia, 2.06.2013 r.
Tym co jest istotne, to, że wczorajszy koncert, za zmianą wyłącznie jednego muzyka i - poniekąd również wymianą instrumentu z elektrycznego na akustyczny - znów zabrał nas w inne światy. Tym razem, oblicze mikołajowej muzyki, było bardzo jazzowe. Baaardzo! Na swój, europejsko-free-jazzowy sposób nawet bardzo swingujące. Oczywiście trudno tu mówić o swingu w rozumieniu muzyki lat 30 ubiegłego wieku. Chodzi o puls. Ten puls, który nadawany jest muzyce, poprzez czasowe przesunięcia w warstwie rytmicznej, poprzez zmianę akcentów w grze solowej. To to coś, co bardzo trudne jest do opowiedzenia, coś, czego trzeba się nauczyć słuchać, coś, co trzeba czuć.
Jak się okazuje, Mikołajowi udało się już w zeszłym roku współpracować z Adamem Pultz Melbye - basistą i co tu dużo mówić, mimo wspaniałej kondycji wszystkich muzyków wczorajszego wieczoru, muzyka, który zasłużył na moją baczniejszą uwagę. Pewnie dlatego, że pozostałych znam - przynajmniej jak mi się wydaje - dość dobrze. Basista, mimo młodego wieku, wydaje się być natomiast bardzo ciekawą postacią duńskiej sceny jazzowej (kupiłem kilka płyt, podzielę się wrażeniami). I w sumie nie to jest istotne.
Dla mnie, najistotniejszą refleksją wczorajszego wieczoru jest to, w jaki sposób zmiana jednego zaledwie muzyka ma wpływ na kontekst całej muzyki przedstawianej przez zespół. Na sposób gry poszczególnych muzyków. Wiem, że Mikołaj potrafi zagrać bardzo ostro i bardzo lirycznie. W zespołach, gdzie zwykle grywał Jorgensen, grywał raczej bardzo ostro, sięgając po doświadczenia europejskiej sceny free improvu raczej niż muzyki o bardziej jazzowym rodowodzie. Liryczny bywa w takich projektach jak choćby wspomniana już Ircha Quartet - szczególnie w ostatniej swej odsłonie. Tu jednak liryka jest znów bardzo źródłowa. Taki "world music" bez konkretnych nawet korzeni (mimo tego, że pojawiają się w repertuarze tego zespołu tematy ze ściśle określonym i terytorialnie i kulturowo rodowodem). Coś, w co kiedyś - całe lata temu - wprowadzał mnie Osjan, gdy jeszcze pisał się Ossian. Wczoraj? Zagrał i ostro i lirycznie. Za każdym razem jednakże, w każdej swej odsłonie bardzo jazzowo. Gdzieś pobrzmiewał sobie Ayler, może Giuffre, może ktokolwiek inny. To nie jest istotne, bowiem Trzaska przemawia już własnym językiem. Wczoraj wybrał jazz. Piękny, wspaniały i źródłowy. Taki, do którego przyzwyczaił mnie na przykład Ware, Anderson, czy Jordan.
Z drugiej strony Jorgensman. Muzyk, którego do tej pory kojarzyłem raczej z bardzo mocnego i jednocześnie bardzo swobodnego grania. Wczoraj swobody nie brakowało, natomiast została ona podporządkowana właśnie owemu pulsowi, któremu na imię swing. Zobaczyć tego wielkiego (w dosłowny słowa tego znaczeniu) muzyka, który delikatnym pulsem napędza trio było wielką przyjemnością.
I na koniec muzyk, którego dzięki Mikołajowi poznałem: Adam Pultz Melbye. Cudowny, głęboki sound kontrabasu. I znów swing. I znów swoboda. Coś, co gdzieś lata temu obecne było w pulsie Mingusa, choć może lepiej powiedzieć, Grimesa, czy jest u Parkera. Fantastyczny muzyk o fenomenalnej technice. Doprawdy warto posłuchać.
Doprawdy też warto posłuchać nowego Volume (o ile to jeszcze ten zespół). Świetny, otwarty jazz naprawdę światowego poziomu. Żywię tylko - skromną - nadzieję, że gdzieś po tym triu i tej muzyce pozostanie jakiś materiał, który będzie można posłuchać dłużej, aniżeli przez te dwie godziny koncertu.
Mikołaj Trzaska - Adam Pultz Melbye - Peter Ole Jorgensen, Alchemia, 2.06.2013 r.
Etykiety:
Adam Pultz Melbye,
Mikołaj Trzaska,
Peter Ole Jorgensen
Anthony Braxton's... bootlegs
Rzecz wydawałoby się niesłychana, bowiem - co tu dużo kryć - Wielki Anthony Braxton udostępnił na stronach swojej fundacji, dotychczas niepublikowane, nagrania koncertowe. Obecnie udostępniono już 26 koncertów z lat 1969-1993, w różnych składach, od nagrań solowych, po dokonania Creative Orchestra. Osoby, które nie mają utworzonego konta na stronie fundacji dysponują dostępem jedynie, do "aktualnych" 13 udostępnianych nagrań.
Obecnie są to:
- nagranie solowe z 1979 (Kent),
- duety: Anthony Braxton i Gunter "Baby" Sommer z 1984 (Zurich) oraz Anthony Braxton i Richard Teitelbaum z 1985 (Belfort)
- tria: Anthony Braxton, Derek Bailey i George Lewis z 1982 (Pisa) oraz Anthony Braxton, Adelhard Roidinger i Tony Oxley z 1989 (Wuppertal)
- kwartety: Anthony Braxton, Ray Anderson, John Lindberg i Thurman Barker z 1979 (Wilhemshaven), Anthony Braxton, Garrett List, Paul Smoker i Marilyn Crispell z 1983 (Karlsruhe) oraz Anthony Braxton, Marilyn Crispell, John Lindberg i Gerry Hemingway z 1983 (Mulhouse)
- kwintet: Anthony Braxton, Kenny Wheeler, Richard Teitelbaum, Dave Holland, Barry Altschul z 1975 (Nowy Jork)
- Creative Orchestra (Portland) z 1989 r.
Nagrania są dostępne pod adresem: The Tri-Centric Foundation1 w popularnym formacie mp3.
Obecnie są to:
- nagranie solowe z 1979 (Kent),
- duety: Anthony Braxton i Gunter "Baby" Sommer z 1984 (Zurich) oraz Anthony Braxton i Richard Teitelbaum z 1985 (Belfort)
- tria: Anthony Braxton, Derek Bailey i George Lewis z 1982 (Pisa) oraz Anthony Braxton, Adelhard Roidinger i Tony Oxley z 1989 (Wuppertal)
- kwartety: Anthony Braxton, Ray Anderson, John Lindberg i Thurman Barker z 1979 (Wilhemshaven), Anthony Braxton, Garrett List, Paul Smoker i Marilyn Crispell z 1983 (Karlsruhe) oraz Anthony Braxton, Marilyn Crispell, John Lindberg i Gerry Hemingway z 1983 (Mulhouse)
- kwintet: Anthony Braxton, Kenny Wheeler, Richard Teitelbaum, Dave Holland, Barry Altschul z 1975 (Nowy Jork)
- Creative Orchestra (Portland) z 1989 r.
Nagrania są dostępne pod adresem: The Tri-Centric Foundation1 w popularnym formacie mp3.
niedziela, 2 czerwca 2013
Nadchodzi jazz, czyli od niedzieli do niedzieli
Dzisiejsze koncerty w Krakowie, znajdziecie na jazz w Krakowie do 2.06.2013 r.
Od jutra w Krakowie natomiast:
3.06.2013
Symptomatic Jazz n’ Groborz (W.Groborz-p, P.Feledyk-fl, M.Ślusarczyk-sax, P.Południak-db, B.Staromiejski-dr); PiecArt, godz. 21:30
FUNKY & GROOVE JAM SESSION (Kasia Wrońska - voc, Olaf Węgier - sax, Klaudiusz Kłosek - tp, Łukasz Belcyr - g, Deniz Kotynia - p, Wojtek "Guma" Gulis - b, Filip Mozul - gr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
4.06.2013
Maron (S.Warchocka-fl,K.Detko-wiol,K.Kosior-p,M.Sarapata-prc,P.Lenda-g,M.Spendel-db,G.Dyrba-g); PiecArt, godz. 21:30
NU Clepage (Kalina Halama - voc, Miłosz Bazarnik - p, Andrzej Jaworski - g, Krystian Teliżyn - b, Damian Pławecki - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
5.06.2013
Sweet'n'Sour (M.Moskiewicz-voc, R.Bardun-p, W.Szwugier-db); PiecArt, godz. 21:30
Jam Session; Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
6.06.2013
Sweet'n'Sour (M.Moskiewicz-voc, R.Bardun-p, W.Szwugier-db); PiecArt, godz. 21:30
Cheap Tabacco (Natalia Kwiatkowska - voc., Robert Kapkowski - g, Mikołaj Spendel - b, Adam Partyka - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
7.06.2013
SoundWitch (A.Guguła-tr, O.Węgier-ts, N.Kołodziejczyk-p, M.Nenko-db, G.Dowgiałło-dr,voc); PiecArt, godz. 21:30
Les Swingers Romantiques (Michał "Limboski" Augustyniak – voc, g, Dominik Bieńczycki – v, Jacek Serczyk - g, Grzesiek Bąk – b); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
8.06.2013
Organ Spot (Kajetan Galas - org, Szymon Mika - g, Bartek Staromiejski - dr); Scena Przy Pompie, godz. 20:00 (premiera płyty Organ Spot)
SoundWitch (A.Guguła-tr, O.Węgier-ts, N.Kołodziejczyk-p, M.Nenko-db, G.Dowgiałło-dr,voc); PiecArt, godz. 21:30
Tomek Grochot Electric Machine Trio (Tomek Grochot - dr, perc, Handsonic, Dominik Bieńczycki – keyb, el.v., Władek Foltyński - el.b, i-Pad); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
9.06.2013
Grzegorz Gryboś & Paulina Kujawska - Double (Paulina Kujawska - vocal, Grzegorz Gryboś – guitar); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:00
Duch; PiecArt, godz. 21:30
Miejsca:
Harris Piano Jazz Bar - Rynek Główny 28
PiecArt - Szewska 12
Scena Przy Pompie - pl.Św.Ducha 4 (Ogródek Letni Cafe Foyer)
Koncerty, które uważam za szczególnie ciekawe, bądź te, na które się mam zamiar wybrać wyróżniłem pogrubieniem.
Kluby, muzycy, zespoły, których koncerty się nie pojawiły na tej liście, a które chciałyby zostać uwzględnione - proszę o kontakt, na pewno koncert zostanie dopisany.
Od jutra w Krakowie natomiast:
3.06.2013
Symptomatic Jazz n’ Groborz (W.Groborz-p, P.Feledyk-fl, M.Ślusarczyk-sax, P.Południak-db, B.Staromiejski-dr); PiecArt, godz. 21:30
FUNKY & GROOVE JAM SESSION (Kasia Wrońska - voc, Olaf Węgier - sax, Klaudiusz Kłosek - tp, Łukasz Belcyr - g, Deniz Kotynia - p, Wojtek "Guma" Gulis - b, Filip Mozul - gr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
4.06.2013
Maron (S.Warchocka-fl,K.Detko-wiol,K.Kosior-p,M.Sarapata-prc,P.Lenda-g,M.Spendel-db,G.Dyrba-g); PiecArt, godz. 21:30
NU Clepage (Kalina Halama - voc, Miłosz Bazarnik - p, Andrzej Jaworski - g, Krystian Teliżyn - b, Damian Pławecki - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
5.06.2013
Sweet'n'Sour (M.Moskiewicz-voc, R.Bardun-p, W.Szwugier-db); PiecArt, godz. 21:30
Jam Session; Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
6.06.2013
Sweet'n'Sour (M.Moskiewicz-voc, R.Bardun-p, W.Szwugier-db); PiecArt, godz. 21:30
Cheap Tabacco (Natalia Kwiatkowska - voc., Robert Kapkowski - g, Mikołaj Spendel - b, Adam Partyka - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
7.06.2013
SoundWitch (A.Guguła-tr, O.Węgier-ts, N.Kołodziejczyk-p, M.Nenko-db, G.Dowgiałło-dr,voc); PiecArt, godz. 21:30
Les Swingers Romantiques (Michał "Limboski" Augustyniak – voc, g, Dominik Bieńczycki – v, Jacek Serczyk - g, Grzesiek Bąk – b); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
8.06.2013
Organ Spot (Kajetan Galas - org, Szymon Mika - g, Bartek Staromiejski - dr); Scena Przy Pompie, godz. 20:00 (premiera płyty Organ Spot)
SoundWitch (A.Guguła-tr, O.Węgier-ts, N.Kołodziejczyk-p, M.Nenko-db, G.Dowgiałło-dr,voc); PiecArt, godz. 21:30
Tomek Grochot Electric Machine Trio (Tomek Grochot - dr, perc, Handsonic, Dominik Bieńczycki – keyb, el.v., Władek Foltyński - el.b, i-Pad); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30
9.06.2013
Grzegorz Gryboś & Paulina Kujawska - Double (Paulina Kujawska - vocal, Grzegorz Gryboś – guitar); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:00
Duch; PiecArt, godz. 21:30
Miejsca:
Harris Piano Jazz Bar - Rynek Główny 28
PiecArt - Szewska 12
Scena Przy Pompie - pl.Św.Ducha 4 (Ogródek Letni Cafe Foyer)
Koncerty, które uważam za szczególnie ciekawe, bądź te, na które się mam zamiar wybrać wyróżniłem pogrubieniem.
Kluby, muzycy, zespoły, których koncerty się nie pojawiły na tej liście, a które chciałyby zostać uwzględnione - proszę o kontakt, na pewno koncert zostanie dopisany.
sobota, 1 czerwca 2013
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite (diapazon.pl)
W mojej prywatnej opinii "Cosmic Suite" to bodaj jedna z najważniejszych płyt wydanych przez Not Two. Ba, jedna z najważniejszych pierwszej dekady XXI wieku. Dlaczego? Cóż, jeśli kilka lat temu niemal cała prasa muzyczna obwieściła Wayne'a Shortera z jego Quartetem najistotniejszą formacją współczesnego jazzu, widząc w tym muzyku tego, który niesie obecnie ów kaganek przypisywany niegdyś Milesowi, a wcześniej Birdowi itd., to nagranie również kwartetu, ale Matthew Shippa musi być postrzegane w tych samych kategoriach.
Nagrana suita jest absolutnie wyjątkowa. W moim przekonaniu utożsamia pewien punkt, w którym znalazł się XXI-wieczny jazz. To nagranie można byłoby przyrównać do tego typu dzieł, jak choćby "The Shape of Jazz to Come". Choć tamto nagranie, w ówczesnych latach, było postrzegane jako awangarda, zaś "Cosmic Suite" winno być postrzegane jako punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat tego, co ze sobą może przynieść muzyka jazzowa najbliższych lat. Z tego punktu widzenia, nagrania kwartetu Shippa powinny być charakteryzowane jako mainstream naszych czasów. To muzyka, w której jednoczą się wszelkie doświadczenia, wszelkie trendy, jakie do chwili obecnej jazz wypracował. Nagrania tu przedstawione przynoszą doświadczenia zarówno dotychczasowej kompozycji jazzowej, jak i ukazują wypracowane, idiomatyczne elementy improwizacji jazzowej. Nie mam złudzeń: jazz pełną gębą, który czerpie w równej mierze z Dolphy'ego, jak i z Braxtona. Z Parkera i Ornette'a. Z Davisa, Shortera... z Giuffre'go. Jedyne, czego tutaj próżno szukać to eksperymentów łączenia jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Stąd mówię, że nagranie to jest absolutnym przykładem jazzowego idiomu, wymagając bardziej rozbudowanej analizy niż ramy tej recenzji, jak i również zdecydowanie bardziej analitycznego podejścia.
Kilka słów, których ja nie lubię, zaś lubią czytający recenzje płytowe:
"Cosmic Suite" jest suitą. Skomponowaną z dziewięciu części spójną opowieścią, jaką snują Shipp, Carter, Morris i Dickey. Muzyka toczy się głównie w wolnych tempach. Melodycznie praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek punktów zaczepienia. Trudno przewidzieć, w którą stronę muzyka się potoczy na podstawie dotychczas wysłuchanych dźwięków. Może w każdą. Dokonywany przez muzyków wybór wszelkich środków, jest podporządkowany pewnie zamysłowi lidera, jednakże słuchając Suity, wcale nie jest to takie oczywiste. W każdej chwili, zaprezentowane rozwiązanie jest na swój sposób zaskakujące. To wielka sztuka. Podobnie, jak sztuką jest przykucie uwagi słuchacza, do muzyki bez melodii, bez wyraźnego rytmu, co w dużej mierze charakteryzuje to nagranie, a właśnie tak się dzieje. Każdy dźwięk jest preludium zaciekawienia. Każda nuta każe wysłuchać swej kontynuacji. Wielka to sztuka.
Słowa o muzykach biorących udział w sesji, praktycznie tu nie będzie. Z jednym wyjątkiem, któremu się oprzeć nie mogę. Daniel Carter. Proszę zwrócić uwagę na jego grę. Jeśli ktokolwiek w pamięci ma nagrania TEST-u, autorskich płyt Cartera, jego wspólnych poczynań z Sabirem Mateenem, jeśli ktokolwiek posłuchał go na żywo to poczuł tę energię, z której się składa jego muzyka. To zaiste kształtowane przez niego na dowolnym instrumencie, na którym tu gra linie melodyczne, ich przemyślność, nasycenie i sposób budzenia emocji są zupełnie nieprzystające do tamtych doświadczeń. Taki Carter znany mi jest jedynie z jednego koncertu formacji TEST, sprzed kilku lat, krążącego w internecie. Wielbię Daniela za niemal każdy zagrany dźwięk. Za każde wypowiedziane przez niego słowo. Za inteligencję, która go charakteryzuje. Całą swoją mądrość i doświadczenie włożył tu w swoją grę. Jest doskonały. Jeśli wspomnianego wcześniej Shortera ceniło się właśnie z uwagi na absolutnie przemyślane improwizacje, emocjonalizm, elegancję jego gry, to te same epitety winny być świadectwem Cartera. Doprawdy wielki to muzyk.
Na koniec kilka niemal zwyczajowych, w moim przypadku, słów: do kogo muzyka ta jest adresowana, a do kogo absolutnie nie. Otóż sprawa wydaje się być prosta. Płytę z daleka winni obchodzić sympatycy tych odmian jazzu, którzy tu nie zaglądają. Jeśli dla kogoś współczesny jazz, to nagrania np. pana Bottiego, winien płytę omijać szerokim łukiem. Jeśli dla kogoś współczesna pianistyka jazzu, to pani Krall, również nie powinien wystawić swych uszu na takie przeżycie, jakim jest Shipp. Nie mówiąc już o sympatykach muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej, którą kilku recenzentom udało się wmówić jako jazz. Z drugiej strony, nie przewiduję również zachwytu tą muzyką wszystkich, którym jazz kojarzy się wyłącznie z cudownie rozpasanym swingiem. Z melodyjnością jak w Take Five. Pozostali, spragnieni nieco inaczej zakręconego jazzu winni po nią sięgnąć. Szczególnie zaś pragnąłbym, by z nagraniem tym zapoznali się ci, którym podobała się "Footprints live!" Wayne Shorter Quartet. Ręczę, że podobnego rozmiaru to arcydzieło.
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite, Not Two, MW 798-2; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 8.09.2009 r.
Nagrana suita jest absolutnie wyjątkowa. W moim przekonaniu utożsamia pewien punkt, w którym znalazł się XXI-wieczny jazz. To nagranie można byłoby przyrównać do tego typu dzieł, jak choćby "The Shape of Jazz to Come". Choć tamto nagranie, w ówczesnych latach, było postrzegane jako awangarda, zaś "Cosmic Suite" winno być postrzegane jako punkt wyjścia do dalszych rozważań na temat tego, co ze sobą może przynieść muzyka jazzowa najbliższych lat. Z tego punktu widzenia, nagrania kwartetu Shippa powinny być charakteryzowane jako mainstream naszych czasów. To muzyka, w której jednoczą się wszelkie doświadczenia, wszelkie trendy, jakie do chwili obecnej jazz wypracował. Nagrania tu przedstawione przynoszą doświadczenia zarówno dotychczasowej kompozycji jazzowej, jak i ukazują wypracowane, idiomatyczne elementy improwizacji jazzowej. Nie mam złudzeń: jazz pełną gębą, który czerpie w równej mierze z Dolphy'ego, jak i z Braxtona. Z Parkera i Ornette'a. Z Davisa, Shortera... z Giuffre'go. Jedyne, czego tutaj próżno szukać to eksperymentów łączenia jazzu z innymi gatunkami muzycznymi. Stąd mówię, że nagranie to jest absolutnym przykładem jazzowego idiomu, wymagając bardziej rozbudowanej analizy niż ramy tej recenzji, jak i również zdecydowanie bardziej analitycznego podejścia.
Kilka słów, których ja nie lubię, zaś lubią czytający recenzje płytowe:
"Cosmic Suite" jest suitą. Skomponowaną z dziewięciu części spójną opowieścią, jaką snują Shipp, Carter, Morris i Dickey. Muzyka toczy się głównie w wolnych tempach. Melodycznie praktycznie pozbawiona jest jakichkolwiek punktów zaczepienia. Trudno przewidzieć, w którą stronę muzyka się potoczy na podstawie dotychczas wysłuchanych dźwięków. Może w każdą. Dokonywany przez muzyków wybór wszelkich środków, jest podporządkowany pewnie zamysłowi lidera, jednakże słuchając Suity, wcale nie jest to takie oczywiste. W każdej chwili, zaprezentowane rozwiązanie jest na swój sposób zaskakujące. To wielka sztuka. Podobnie, jak sztuką jest przykucie uwagi słuchacza, do muzyki bez melodii, bez wyraźnego rytmu, co w dużej mierze charakteryzuje to nagranie, a właśnie tak się dzieje. Każdy dźwięk jest preludium zaciekawienia. Każda nuta każe wysłuchać swej kontynuacji. Wielka to sztuka.
Słowa o muzykach biorących udział w sesji, praktycznie tu nie będzie. Z jednym wyjątkiem, któremu się oprzeć nie mogę. Daniel Carter. Proszę zwrócić uwagę na jego grę. Jeśli ktokolwiek w pamięci ma nagrania TEST-u, autorskich płyt Cartera, jego wspólnych poczynań z Sabirem Mateenem, jeśli ktokolwiek posłuchał go na żywo to poczuł tę energię, z której się składa jego muzyka. To zaiste kształtowane przez niego na dowolnym instrumencie, na którym tu gra linie melodyczne, ich przemyślność, nasycenie i sposób budzenia emocji są zupełnie nieprzystające do tamtych doświadczeń. Taki Carter znany mi jest jedynie z jednego koncertu formacji TEST, sprzed kilku lat, krążącego w internecie. Wielbię Daniela za niemal każdy zagrany dźwięk. Za każde wypowiedziane przez niego słowo. Za inteligencję, która go charakteryzuje. Całą swoją mądrość i doświadczenie włożył tu w swoją grę. Jest doskonały. Jeśli wspomnianego wcześniej Shortera ceniło się właśnie z uwagi na absolutnie przemyślane improwizacje, emocjonalizm, elegancję jego gry, to te same epitety winny być świadectwem Cartera. Doprawdy wielki to muzyk.
Na koniec kilka niemal zwyczajowych, w moim przypadku, słów: do kogo muzyka ta jest adresowana, a do kogo absolutnie nie. Otóż sprawa wydaje się być prosta. Płytę z daleka winni obchodzić sympatycy tych odmian jazzu, którzy tu nie zaglądają. Jeśli dla kogoś współczesny jazz, to nagrania np. pana Bottiego, winien płytę omijać szerokim łukiem. Jeśli dla kogoś współczesna pianistyka jazzu, to pani Krall, również nie powinien wystawić swych uszu na takie przeżycie, jakim jest Shipp. Nie mówiąc już o sympatykach muzyki łatwej, lekkiej i przyjemnej, którą kilku recenzentom udało się wmówić jako jazz. Z drugiej strony, nie przewiduję również zachwytu tą muzyką wszystkich, którym jazz kojarzy się wyłącznie z cudownie rozpasanym swingiem. Z melodyjnością jak w Take Five. Pozostali, spragnieni nieco inaczej zakręconego jazzu winni po nią sięgnąć. Szczególnie zaś pragnąłbym, by z nagraniem tym zapoznali się ci, którym podobała się "Footprints live!" Wayne Shorter Quartet. Ręczę, że podobnego rozmiaru to arcydzieło.
Matthew Shipp Quartet - Cosmic Suite, Not Two, MW 798-2; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 8.09.2009 r.
Etykiety:
Daniel Carter,
Joe Morris,
Matthew Shipp,
Whit Dickey
Trzaska/Friis/Uuskyla - Unforgiven North (diapazon.pl)
Pomimo, że spotkania polskich muzyków jazzowych z zagranicznymi nie są już od lat niczym nowym, to wydaje się, że w przypadku tria Trzaska/Friis/Uuskyla mamy do czynienia z pewną nową, choć nieodosobnioną, jakością.
Otóż biorąc pod uwagę, że projekt ten trwa już jakiś czas, można rzec - muzycy stale koncertują, to zespół składający się z Polaka oraz skandynawskiej sekcji mimo wszystko jest czymś wyjątkowym. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że owa sekcja jest w świecie muzyki improwizowanej dość dobrze znana, choćby, bądź przede wszystkim ze względu na dość stałą współpracę z Peterem Brötzmannem, to wówczas okaże się, że współpraca Trzaski z Friisem i Uuskylą jest swego rodzaju ewenementem na polskiej scenie.
Pierwszy raz polsko-skandynawskie trio usłyszałem jakiś czas temu, a muzyka, jaką zaprezentowali jawiła się jako dość bezkompromisowa podróż w świat muzyki free. Może nawet nie free jazzu, ale muzyki być może należącej do free improv. Nie jest to istotne. Swoboda gry była bowiem stałym wyznacznikiem pracy trzech muzyków.
Z płytą "Unforgiven North" mogłem zapoznać się jeszcze zanim została ona wydana. Wobec powyższego rozkoszować się nią mogę jakiś już czas. Kolejny raz płyta Mikołaja przynosi rejestrację koncertową. I wydaje się, że jest to słusznie obrana droga. Dostajemy bowiem muzykę taką jaka ona jest. Bez zbędnych ulepszeń. Muzykę szczerą, zagraną przez trio w określonym miejscu i czasie. Można rzec dokument. Jak zdjęcie utrwalający określony moment rozwoju muzyków. Osobiście cenię takie albumy bardziej od wycezylowanych rejestracji studyjnych, nawet gdy granych na 100%, to wielokrotnie z nagrywaniem poszczególnych take'ów, częstokroć również z wgrywaniem części utworów w inne.
Tak, w przypadku koncertów nagrywanych bez późniejszej ingerencji w materiał, otrzymujemy od muzyków po prostu szczerość. Tak, jakby chcieli powiedzieć: patrzcie i słuchajcie - tacy jesteśmy! Muzyczny ekshibicjonizm? Myślę, że nie. Wbrew pozorom szacunek słuchacza. Wybaczam wtedy, słyszalne nawet na tej płycie chwile, w których muzycy jakby zbierali siły, na dalszy rozwój wypadków. Poszukiwali pomysłu na to, w którą stronę iść. Oczywiście takie granie oraz takie nagranie powoduje, że nie w 100% muzyka musi jawić się doskonałą. Tym niemniej jednak, w stosunku do "Unforgiven North" nie mam tych wrażeń, jakie towarzyszą moim kolegom, a mianowicie dłużyzn, "chęci" skrócenia tej płyty itp. Mnie po prostu tej płyty się dobrze słucha, nawet pomimo tego, że świadom jestem, że trio zagrać może znacznie ciekawszy materiał. Ot po prostu - gdy gra się na 100% to w jednym na kilka przypadków zdarza się "ten dzień", jeszcze rzadziej zdarzy się dzień niepodobny do wszystkich innych. Szkoda jedynie, że najczęściej nie ma kto go zarejestrować. W tym kontekście bardzo dobrze się stało, że muzyka ta została i zarejestrowana i wydana. I dodajmy - bez skrótów.
"Unforgiven North" przynosi muzykę, która wpisuje się ogólnie w ów free jazzowy/improvowy styl grania. Być może nawet sposób gry Mikołaja jest tu bardziej "tradycyjny", tradycyjnie jazzowy niż w przypadku pamiętanego przeze mnie krakowskiego koncertu. Wydaje się również, że Uuskyla w pewnym stopniu gra w swej niekonwencjonalności, bardziej konwencjonalnie. Nie wiem, czy to ten koncert tak zabrzmiał, czy też grupa idzie w tym kierunku swych poszukiwań. Przyznam, że z jednej strony cieszyłbym się, bowiem bliskie mi są wszelkie free jazzowe poszukiwania. Z drugiej strony jednak, wydaje mi się, że bezkompromisowa free improvowa postać tria jest bardziej poszukująca. Ciekaw sam jestem, w którą stronę zespół ten pójdzie. Na razie wiem, że w planach są wspólne - mam nadzieję rejestrowane - koncerty z Peterem Brötzmannem.
Same utwory przynoszą dość typowe dla sekcji Friis/Uuskyla granie, znane choćby z koncertów tria, czy zapewne szerzej z zarejestrowanej muzyki z Brötzmannem. W zasadzie gra ta się w niewielkim stopniu zmienia. Gitarowe "zakrętasy" Friisa, bardziej właściwe dla gitary elektrycznej (prowadzącej) niż dla basu, swobodne granie Uuskyly, powodują, że nie wiedzieć w jaki sposób muzyka ta w ogóle ma jakikolwiek rytm. Zbliża się też w swym ogólnym wyrazie bardziej nawet do świata rocka niż jazzu, gdyby to dla kogokolwiek miało jakiekolwiek znaczenie. Chciałoby się napisać, że na płycie "Unforgiven North" Mikołaj prezentuje swe... słowiańskie oblicze. Jednakże sposób gry prezentowany na tej płycie obecny jest w muzyce Trzaski już jakiś czas. Rozmarzone, spokojne, można nawet rzec romantyczne frazy są obecne nie tylko w muzyce tego tria, ale także np. w Oleś/Trzaska/Oleś. Jednakże zestawienie energii sekcji, która można byłoby rzec, ostatkiem sił znajduje miejsce, w której sekcja rytmiczna winna się znajdywać z owym sposobem gry Mikołaja jest jakąś wartością, której nie potrafię znaleźć w muzyce innych zespołów. W porównaniu z walcem drogowym prezentowanym przez Brötzmann/Friis/Uuskyla, muzyka zawarta na tej płycie jest o wiele bardziej subtelna, o ile w ogóle słowo to do niej przystaje.
Osobiście bardzo się cieszę z istnienia tego zespołu, jak również z faktu wydania tej płyty. Moim zdaniem jednej z najważniejszych zeszłorocznych płyt z muzyką jazzową w Polsce. Z dużą niecierpliwością będę również przyglądał się dalszym poczynaniom Mikołaja i obu Piotrów. Oby tylko zostało sił i oby nie tylko doszło do spotkania z trzecim z Piotrów, ale i rejestracji z nim płyty. Może wówczas malowane obrazy Trzaski wreszcie znalazłyby szersze uznanie nie tylko w naszym kraju (choć sądząc po lekturze niektórych pism i tu mu życzyć szczęścia trzeba).
Trzaska/Friis/Uuskyla - Unforgiven North, Kilogram Records 008, 2004; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 6.02.2005 r.
Otóż biorąc pod uwagę, że projekt ten trwa już jakiś czas, można rzec - muzycy stale koncertują, to zespół składający się z Polaka oraz skandynawskiej sekcji mimo wszystko jest czymś wyjątkowym. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że owa sekcja jest w świecie muzyki improwizowanej dość dobrze znana, choćby, bądź przede wszystkim ze względu na dość stałą współpracę z Peterem Brötzmannem, to wówczas okaże się, że współpraca Trzaski z Friisem i Uuskylą jest swego rodzaju ewenementem na polskiej scenie.
Pierwszy raz polsko-skandynawskie trio usłyszałem jakiś czas temu, a muzyka, jaką zaprezentowali jawiła się jako dość bezkompromisowa podróż w świat muzyki free. Może nawet nie free jazzu, ale muzyki być może należącej do free improv. Nie jest to istotne. Swoboda gry była bowiem stałym wyznacznikiem pracy trzech muzyków.
Z płytą "Unforgiven North" mogłem zapoznać się jeszcze zanim została ona wydana. Wobec powyższego rozkoszować się nią mogę jakiś już czas. Kolejny raz płyta Mikołaja przynosi rejestrację koncertową. I wydaje się, że jest to słusznie obrana droga. Dostajemy bowiem muzykę taką jaka ona jest. Bez zbędnych ulepszeń. Muzykę szczerą, zagraną przez trio w określonym miejscu i czasie. Można rzec dokument. Jak zdjęcie utrwalający określony moment rozwoju muzyków. Osobiście cenię takie albumy bardziej od wycezylowanych rejestracji studyjnych, nawet gdy granych na 100%, to wielokrotnie z nagrywaniem poszczególnych take'ów, częstokroć również z wgrywaniem części utworów w inne.
Tak, w przypadku koncertów nagrywanych bez późniejszej ingerencji w materiał, otrzymujemy od muzyków po prostu szczerość. Tak, jakby chcieli powiedzieć: patrzcie i słuchajcie - tacy jesteśmy! Muzyczny ekshibicjonizm? Myślę, że nie. Wbrew pozorom szacunek słuchacza. Wybaczam wtedy, słyszalne nawet na tej płycie chwile, w których muzycy jakby zbierali siły, na dalszy rozwój wypadków. Poszukiwali pomysłu na to, w którą stronę iść. Oczywiście takie granie oraz takie nagranie powoduje, że nie w 100% muzyka musi jawić się doskonałą. Tym niemniej jednak, w stosunku do "Unforgiven North" nie mam tych wrażeń, jakie towarzyszą moim kolegom, a mianowicie dłużyzn, "chęci" skrócenia tej płyty itp. Mnie po prostu tej płyty się dobrze słucha, nawet pomimo tego, że świadom jestem, że trio zagrać może znacznie ciekawszy materiał. Ot po prostu - gdy gra się na 100% to w jednym na kilka przypadków zdarza się "ten dzień", jeszcze rzadziej zdarzy się dzień niepodobny do wszystkich innych. Szkoda jedynie, że najczęściej nie ma kto go zarejestrować. W tym kontekście bardzo dobrze się stało, że muzyka ta została i zarejestrowana i wydana. I dodajmy - bez skrótów.
"Unforgiven North" przynosi muzykę, która wpisuje się ogólnie w ów free jazzowy/improvowy styl grania. Być może nawet sposób gry Mikołaja jest tu bardziej "tradycyjny", tradycyjnie jazzowy niż w przypadku pamiętanego przeze mnie krakowskiego koncertu. Wydaje się również, że Uuskyla w pewnym stopniu gra w swej niekonwencjonalności, bardziej konwencjonalnie. Nie wiem, czy to ten koncert tak zabrzmiał, czy też grupa idzie w tym kierunku swych poszukiwań. Przyznam, że z jednej strony cieszyłbym się, bowiem bliskie mi są wszelkie free jazzowe poszukiwania. Z drugiej strony jednak, wydaje mi się, że bezkompromisowa free improvowa postać tria jest bardziej poszukująca. Ciekaw sam jestem, w którą stronę zespół ten pójdzie. Na razie wiem, że w planach są wspólne - mam nadzieję rejestrowane - koncerty z Peterem Brötzmannem.
Same utwory przynoszą dość typowe dla sekcji Friis/Uuskyla granie, znane choćby z koncertów tria, czy zapewne szerzej z zarejestrowanej muzyki z Brötzmannem. W zasadzie gra ta się w niewielkim stopniu zmienia. Gitarowe "zakrętasy" Friisa, bardziej właściwe dla gitary elektrycznej (prowadzącej) niż dla basu, swobodne granie Uuskyly, powodują, że nie wiedzieć w jaki sposób muzyka ta w ogóle ma jakikolwiek rytm. Zbliża się też w swym ogólnym wyrazie bardziej nawet do świata rocka niż jazzu, gdyby to dla kogokolwiek miało jakiekolwiek znaczenie. Chciałoby się napisać, że na płycie "Unforgiven North" Mikołaj prezentuje swe... słowiańskie oblicze. Jednakże sposób gry prezentowany na tej płycie obecny jest w muzyce Trzaski już jakiś czas. Rozmarzone, spokojne, można nawet rzec romantyczne frazy są obecne nie tylko w muzyce tego tria, ale także np. w Oleś/Trzaska/Oleś. Jednakże zestawienie energii sekcji, która można byłoby rzec, ostatkiem sił znajduje miejsce, w której sekcja rytmiczna winna się znajdywać z owym sposobem gry Mikołaja jest jakąś wartością, której nie potrafię znaleźć w muzyce innych zespołów. W porównaniu z walcem drogowym prezentowanym przez Brötzmann/Friis/Uuskyla, muzyka zawarta na tej płycie jest o wiele bardziej subtelna, o ile w ogóle słowo to do niej przystaje.
Osobiście bardzo się cieszę z istnienia tego zespołu, jak również z faktu wydania tej płyty. Moim zdaniem jednej z najważniejszych zeszłorocznych płyt z muzyką jazzową w Polsce. Z dużą niecierpliwością będę również przyglądał się dalszym poczynaniom Mikołaja i obu Piotrów. Oby tylko zostało sił i oby nie tylko doszło do spotkania z trzecim z Piotrów, ale i rejestracji z nim płyty. Może wówczas malowane obrazy Trzaski wreszcie znalazłyby szersze uznanie nie tylko w naszym kraju (choć sądząc po lekturze niektórych pism i tu mu życzyć szczęścia trzeba).
Trzaska/Friis/Uuskyla - Unforgiven North, Kilogram Records 008, 2004; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 6.02.2005 r.
Etykiety:
Mikołaj Trzaska,
Peeter Uuskyla,
Peter Friis Nielsen
Subskrybuj:
Posty (Atom)