niedziela, 30 czerwca 2013

Sting - ... All This Time (diapazon.pl)

Jak daleko sięgają okolice jazzu? Osobiście nie wiem. Słucham jazzu, gdy mam ochotę na jazz, a gdy mam ochotę na jazz - słucham jazzu. To jest wtedy ta muzyka. To jest jazz. Puściłem właśnie "...All This Time", bo już nie miałem ochoty na jazz. A tu? A tu więcej jazzu niż we właśnie wybrzmiałym Billu Frisellu (choć przecież to znakomita muzyka).

Sting uczcił swe urodziny koncertem 11.09.2001 r. i pewnie o tej płycie napisano więcej niż o jakiejkolwiek innej. We wszelakich gazetach od interesujących się muzyką pop, po społeczno-polityczne ją zauważono, zrecenzowano. Po co ja? Bo ta strona trafia do miłośników jazzu. Mam nadzieję. Bo spotykają się tu Ci, którzy słuchają muzyki od Kinga Olivera po Nilsa Pettera Molvaera.

Jeśli kiedyś siostry Andrews to był jazz, jeśli kiedyś disco-soulowe popisy George'a Bensona były jazzem, a Frank Sinatra uchodził przez wiele lat za gwiazdę tej muzyki, jeśli w końcu smooth (tfu!) jazz to jazz, to... To już wiecie, co za chwilę napiszę. Sting to jazz!

No oczywiście nie zupełnie. Ale ta muzyka jest jazzem podszyta. Hammond gra jak w soul jazzie lat 60. Trąbka gra nie gorzej niż w smooth jazzowych produkcjach, za to z o wiele lepszym timingiem i po prostu swinguje. Puzon podgrywa krótko, jednak gdzieś tam frazę przesiąka jazz... A rytm? kołysze, kołysze, kołysze... jak kołysał swing. A przecież jazz to ani główny składnik idiomu Stinga. Jest tu miejsce na soul, pop, elementy bluesa i... Stinga, bo ten jest już postacią wybitną. I nic dziwnego, że muzykę przesiąga timing i swing rodem z jazzu. Popatrzcie na kolegów Stinga: Christian McBride (wow!), Chris Botti, Jason Rebello, Manu Katche - by wymienić jedynie tych, którzy w jazzowym światku są znani. Sting zaczynał w jazzowej kapeli. To widać, słychać i czuć, choć jego muzyka daleka jest od dixie i swingu, który wówczas grywał.

Kiedyś słuchałem jazzowych standardów w wykonaniu Stinga. Mniam. Gdyby śpiewał je, byłby dziś pewnie jednym z najwybitniejszych ich wykonawców.

Mniejsza o to. Posłuchajcie kochani jazzfani Stinga. To muzyka, która z tej, którą na codzień słuchacie bierze na tyle dużo, że poza niereformowalnymi wyjątkami, na pewno znajdziecie w niej choć kilka (tuszę, że znacznie więcej) dźwięków dla siebie.

Sting - ... All This Time, Polydor, 2001; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 24.09.2002 r.

niedziela, 23 czerwca 2013

John Scofield - The John Scofield Quartet Plays Live (diapazon.pl)

Jest kilka zespołów w historii jazzu, które mnie niemalże elektryzują. Jest kwintet i sekstet Davisa z lat 50., jest kwartet i trio Ornette'a Colemana z lat 50. i połowy 60., i jeszcze kilka innych. Pośród nich jest kwartet jakiego już nie będzie: John Scofield Quartet z Joe Lovano na saksofonie. Naprawdę piękne granie.

Mieliśmy okazję przekonać się o tym na żywo, albowiem kwartet ten gościł w Polsce chyba 2 czy 3 razy. Wówczas pamiętam takie sobie, raczej chłodne recenzje, które czytałem chyba w "Jazz Forum". Wydaje mi się, że wówczas, na przełomie lat 80. i 90., karmieni w Polskim Radio bardzo konserwatywnym jazzem oraz muzyką jazzowo-folkową Methenego itp., nie byliśmy jeszcze w pełni przygotowani do słuchania takiego jazzu. Dla mnie wówczas gitarzysty, który doszedł do wniosku, iż jest tylu lepszych, których poziomu nie doścignie, Scofield był jednym z tych, którzy wskazywali jak grać nowocześnie jazz na gitarze. Dojrzewałem i ja do tej muzyki długo, ale jak pokochałem - to chyba raz na zawsze. Mówię o kwartecie Scofielda, ale w krótkiej 4-letniej historii tego zespołu, niezmienni byli jedynie Scofield i Lovano, zmieniała się sekcja.

Wiedziałem, iż istnieją koncertowe nagrania Scofielda z jego kwartetem wydane na CD, tu z Markiem Johnsonem na basie i Billem Stewartem na perkusji. Na płycie znajdują się jedynie trzy utwory: "Stranger To The Light", "Meant To Be" i Chariots, dobrze znane z pierwszych dwu płyt kwartetu, jednakże inwencja improwizatorska jaką przejawiają w poszczególnych utworach nie ma sobie równych. W odróżnieniu od wersji studyjnych, te wzbogacone zostały solami Billa Stewarta w utworach 1 i 3 oraz Marca Johnsona w utworze 1. Najważniejsze jednak sola należą do dwu frontmanów Scofielda i Lovano, sola które tu przyjmują imponujące ramy kilkuminutowych popisów.

Scofield, mocno osadzony w bluesie, gra takie sola, że ciarki spacerują po plecach. Pomimo, iż trudno powiedzieć by kompozycje Scofielda oparte były na typowym jazzowym swingu (szczególnie pochód basu jest realizowany w kompletnie inny sposób), to sola Scofielda niesamowicie swingują. Lovano to klasa dla siebie. Nie ma obecnie innego tak dobrego tenorzysty. Być może Carter jest bieglejszy, być może technicznie bardzo dobrze gra Murray, byc może można mieć jeszcze estymę dla Rollinsa, Sheppa czy Sandersa, być może bardzo ważnym tenorzystą jest Marsalis, ale tak jak gra Lovano gra tylko on i nikt inny.

Sposób w jaki poszerza harmonie, znane jeszcze chyba od czasów mistrzów saksofonu z lat trzydziestych, jest wyśmienity. Lovano potrafi grać dźwięki spoza skali, które ani przez chwilę nie powodują niepotrzebnych dysonansów. Pozostaje wrażenie, że tak właśnie winna brzmieć w tym momencie harmonia (w zasadzie chyba to jest tym ogniwem, które jest wspólne w improwizacjach Lovano i Scofielda, co powodowało, iż ich nagrania zawsze były tak elektryzujące), a przecież gdyby popatrzeć na jej zasady to na pewno tak nie jest.

Trudno tu wyróżnić któryś z utworów. Mnie najbardziej chyba podoba się "Meant To Be". Bo to chyba najlepsza kompozycja na płycie. Niemniej jednak grane z niemalże rockową zadziornością "Chariots", znacznie ostrzej niż na oryginale studyjnym, też nie pozostawia człowieka obojętnym. W tym utworze są zresztą chyba najlepsze sola Lovano i Scofielda. Na płycie imponuje też zgranie zespołu. Jest cudowne. Pozostali muzycy kwartetu to fachmani najlepszej wody, a swingu od Stewarta winni uczyć się młodzi polscy perkusiści w szkole.

Płyta dla wielbicieli Scofielda i Lovano, ale nawet ci, jak mój dobry znajomy, dzięki któremu mam tę płytę, którzy Scofielda nie lubią dostrzegają, iż jest to naprawdę dobra muzyka.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jedno, pomimo, iż płyta jest "niewiadomego pochodzenia" - wszakże koncert z roku 1991 winien być wydany przez Blue Note, to brzmi na sprzęcie, którego wyłącznym przeznaczeniem nie jest odtwarzanie wyłącznie nagrań testowych zaskakująco dobrze.

John Scofield - The John Scofield Quartet Plays Live, JazzDoor, JD 1249, 1993; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl

Nadchodzi jazz, czyli od niedzieli do niedzieli

Dzisiejsze koncerty w Krakowie, znajdziecie na jazz w Krakowie do 23.06.2013 r.
Od jutra w Krakowie natomiast:

24.06.2013
Traditional & Swing Jam Session (Marek Michalak - tb, Wojciech Groborz - p, Jan Gonciarczyk - db, Wiesław Jamioł - dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30

Gawęda Trio (M.Gawęda - p, P.Południak - db, D.Fortuna - dr); PiecArt, godz. 21:30

25.06.2013
Gawęda Trio (M.Gawęda - p, P.Południak - db, D.Fortuna - dr); PiecArt, godz. 21:30

Darek Dobroszczyk Trio (Darek Dobroszczyk – p, Jakub Mielcarek – db, Grzegorz Masłowski – dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30

26.06.2013
Roman Bardun Quartet (R.Bardun - p,voc, Szymon Mika - g, W.Szwugier - db, J.Rusinowski - dr); PiecArt, godz. 21:30

Acoustic Jam Session (Bartek Przytuła – voc, Krzysiek Pietras – p, Tomek Kruk – dobro); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30

27.06.2013
Roman Bardun Quartet (R.Bardun - p,voc, Szymon Mika - g, W.Szwugier - db, J.Rusinowski - dr); PiecArt, godz. 21:30

Alladin Killers (Mateusz Pawluś - p, Adam Stodolski - gb, db, Przemek Borowiecki - dr, Jarosław "Jaroz" Pakuszyński – turntables); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30

28.06.2013
Dominika Rusinowska (Dominika Rusinowska - v, Sebastian Zawadzki - p,Dawid Czernik - db, Grzegorz Pałka - dr); PiecArt, godz. 21:30

Workaholic (Jan Purchla - voc, g, Grzegorz Piećko - b, Leszek Mierzwa - g, Tomasz Pachciarek - p, Piotr Kosieradzki - v, Bart Kuraś – dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30 (koncert bluesowy)

29.06.2013
Natalia Cichoń - The Favorites of... Billie Holiday; Mile Stone, godz. 21:00

Bynajmniej Kwartet (Emilia Wójcikowska – voc, Maciej Dudek – g, Antonina Michalska – dr, Piotr Wojnarowski – bas); PiecArt, godz. 21:30

Jerzy Małek Quaret (Jerzy Małek – tp, Piotr Wyleżoł – p, Michał Barański – db, Arek Skolik – dr); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:30

30.06.2013
Hard Times (Łukasz "Wiśnia" Wiśniewski – voc, harm, Piotr Grząślewicz – g, Marcin Hilarowicz – g); Harris Piano Jazz Bar, godz. 21:00 (koncert bluesowy)

One Eyed Horse (Jacek Kochan - dr,lp, Fabrizio Brusca - g,lp, Dominik Wania - p); PiecArt, godz. 21:30

Nadto, od 28.06.2013 r., w Krakowie zaczyna się Festiwal Kultury Żydowskiej, gdzie sympatycy muzyki improwizowanej również znajdują wiele dźwięków miłych dla nich. Więcej o festiwalu na ich stronie.

30.06.2013, Niedzielą Nowoorleańską, rozpoczyna się Letni Festiwal Jazzowy. O wydarzeniu tym wspominałem już tutaj, zatem nie będę się powtarzać.


Miejsca:
Harris Piano Jazz Bar - Rynek Główny 28
PiecArt - Szewska 12
Mile Stone Jazz Club - Nadwiślańska 6

Kluby, muzycy, zespoły, których koncerty się nie pojawiły na tej liście, a które chciałyby zostać uwzględnione - proszę o kontakt, na pewno koncert zostanie dopisany.

wtorek, 18 czerwca 2013

Other Dimensions in Music - Live at the Sunset (diapazon.pl)

Klasyczny już dziś, skład bez fortepianu, jak by to powiedział ulubiony przeze mnie gawędziarz radiowy (bez żadnych uśmiechów). Tyle, że ów Pan myśli wówczas o zupełnie odmiennym zespole. Równie wspaniałym.

Sekcja marzeń Parker i Drake dopełniona przez Campbella i Daniela Cartera - jednego z moich ulubieńców - razem: Other Dimensions in Music. I ich najnowsza propozycja: "Live at the Sunset". Niestety nie tylko grają, ale i nagrywają rzadko. Szkoda, bo to jedna z najlepszych kapel, które umiejscowić można pod hasłem współczesny mainstream. Taki, którym byłby, gdyby nie...

Tak, to prawdopodobnie większość recenzentów, a i słuchaczy odbierze tę muzykę za free. Ok. Free, ale takie sprzed lat. Wielu, wielu... Other Dimensions in Music w najnowszej postaci przywodzi na myśl właśnie free sprzed lat. Kiedy muzyka ta tworzyła się właśnie. Sięga do takich nagrań jak jedno z moich ulubionych: "The Shape of Jazz to Come". Mógłbym zatem narzekać na tę muzykę? Nie! I niech tak zostanie, bo micha mi się cieszy od ucha do ucha. Swingująca sekcja masuje z lekka serducho, by na jej tle trębacz i saksofonista mogli wyczyniać swe harce. Ot, po prostu tak. Proste, jak konstrukcja cepa. Tyle, że... nie każdemu to się udaje.

Kilka słów zapowiedzi wprowadza w wyśmienity nastrój każdego, kto nie jest francuskojęzyczny. I nastrój ten się udziela. Frywolne dźwięki trąbki punktowane przez równie mile brzmiący saksofon. I sekcja jak młot! Genialne, genialne, genialne...

Te dwie koncertowe płyty, błagają o jeszcze... Przynajmniej przeze mnie. Bowiem muzyka grana przez tę czwórkę przywołuje tę energię, którą tak w jazzie kocham. Wzajem splatające się linie melodyczne, puls sekcji, długie solówki i... radość, radość grania, którą przełożyć mogę tylko na dwa słowa: radość słuchania.

Koniecznie.

Other Dimensions in Music - Live at the Sunset, Marge, 38, 2007; recenzja ukazała się po raz pierwszy w Diapazon.pl dnia 1.11.2007 r.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Daniel Carter / Gregg Keplinger / Reuben Radding - Not Out for Anywhere (diapazon.pl)

Niejaki Daniel Carter jest nieobliczalny. Ale to już wiem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem go na żywo w trakcie koncertów tria Carter/Blumenkrantz/Zubek, czyli Chinatown Trio doszło to do mnie w sposób, który przeszył mnie od stóp do głów i z powrotem. Od tego czasu wiem, że cokolwiek, czego się nie chwyci przerodzi się w Muzykę!

Obojętnie jaka to będzie formuła. A podstawą dla jego gry może być dosłownie wszystko. Wydaje się, że mógłby grać czeskie polki, czy z Marylą Rodowicz, a i tak muzyka stałaby się muzyką Cartera. Nawet, jeśli nie grałby w niej pierwszych skrzypiec. Carter jest skromny i pokorny. Nie narzuca się. On inspiruje. Dopasowuje się, a potem podaje pomysły. Wydany nakładem Sol Disk dwupłytowy album firmowany przez trio Daniel Carter, Gregg Keplinger i Reuben Radding, jest kolejnym - tym cenniejszym, że nowym - krążkiem, na którym zaprezentowane zostały wizje muzyki by Daniel Carter.

Pierwsza płyta, to zapis muzyki nagranej jedynie przez trio firmujące album. W zasadzie dostajemy tu to, do czego takie składy, jak choćby z Keplingerem i Reddingiem, czy Chinatown (w wersji płytowej) nas przyzwyczaiły. Dla mnie, stosunkowym zaskoczeniem była gra Cartera na trąbce. Liryczna, introwertyczna, davisowska w brzmieniu i frazie. Odnotować na pewno trzeba również utwór zagrany na flecie. Ponownie liryzm, ale akurat zwykle używając tego instrumentu Carter jest liryczny. Saksofony to całe spektrum możliwości od cichych, ledwie słyszalnych dźwięków, po niemal dziką furię. Wrzask.

Druga płyta prezentuje trio w otoczeniu dziewięciu innych muzyków, a zespół przyjął nazwę Large Group. Ciekawostką może być, że dwunastoosobowa komanda liczy aż pięciu muzyków grających na instrumentach perkusyjnych. Tym razem muzyka jest chyba jeszcze bardziej zróżnicowana niż na pierwszej płycie. Swing, free, fragmenty jakby hard core mieszają się ze sobą jak we flashowej prezentacji. Ukojenie przynosi "No Name Ocean", w dużej mierze transowy, długi utwór kończący muzyczną prezentację. Muzycy zabierają w podróż ku nirwanie.

Kolejna dobra płyta współfirmowana przez Daniela Cartera. Biorąc pod uwagę, że od przełomu wieku muzyk ten nagrał więcej płyt, niż przez wcześniejsze 30 lat swej aktywności, a stał się legendą free i loftu za życia, nie pozostaje nic innego jak tylko się cieszyć. Niestety klimat muzyki granej przez saksofonistę w latach 70. i 80. odszedł bezpowrotnie. Nie ma niemal żadnych rejestracji. Nawet nielegalnych, bootlegowych. Teraz mamy już muzykę niemal nestora free. Kiedyś przeczytałem gdzieś zdanie, że jego improwizowanie w najpełniejszy sposób odzwierciedla ducha naszych czasów. Nie znam czasów Nowego Jorku przełomu wieków. Jedynie z opowieści. Z przekazów TV. Obraz ten jawi się, jako obraz skrajności. Biedy i bogactwa. Niefrasobliwej zabawy i wielkiej tragedii. W istocie, w muzyce Cartera można wszystko to usłyszeć. Recenzent miał rację? Wciąż jednak, wydaje mi się, że ów prawdziwy Carter powstaje, kreuje się dopiero na oczach słuchaczy podczas koncertów. Nic niestety nie jest tego w stanie oddać. Szkoda.

Dla porządku tego peanu pochwalnego na rzecz Cartera muszę (i chcę) oddać też sprawiedliwość pozostałym muzykom. Sekcja gra wspaniale. Szczególnie w uszy i pamięć zapadł mi Reuben Radding (kolejny już raz), który jest zupełnie niepospolitym basistą, potrafiącym w muzyce na wskroś jazzowej, akompaniować zupełnie wydawałoby się nie przystojącym do niej sposobem gry, przywodzącym niekiedy np. zespoły rockowe bardziej niż cokolwiek innego. Tym niemniej jednak Large Group, w przeciwieństwie do tego do czego przywykliśmy w tak dużych składach, niemal nie jest możliwym wyróżnienie kogokolwiek. Muzycy tworzą jednolitą grupę, nie siląc się niemal na popisy solowe. A choć i takie bywają, to jednakże pozostaje wrażenie gry całego zespołu, a nie solówek wyrywających się przed orkiestrę.

Daniel Carter / Gregg Keplinger / Reuben Radding - Not Out for Anywhere, Sol Disk, 2004; recenzja ukazała się po raz pierwszy w Diapazon.pl dnia 18.07.2005 r.

John Scofield - Überjam deux

Kiedy z górą dziesięć lat temu, Scofield zrobił woltę w stronę młodszych słuchaczy - a przynajmniej tak się mi wydawało - publikując album "Überjam", na różnych forach broniłem zarówno jego wyboru, jak i tej muzyki z tej płyty. Lata mijają. Scofield oczywiście w międzyczasie nagrał sporo różnego materiału. Po jedenastu latach wydał płytę "Überjam deux".

No i jest tragedia. Chyba nigdy nie słyszałem tak słabego nagrania Scofielda, choć w ostatnich latach - muszę przyznać - jego muzyka mnie już nie zachwyca. Uproszczenia, uproszczeniami, można nawet dojść do prymitywizmu. Wszystko to musi mieć jednak jakiś sens. Druga odsłona "Überjam" - przynajmniej moim zdaniem - sensu żadnego nie ma. Prościuchne utworki, plastikowo brzmiące, bez żadnego pomysłu tak kompozycje, jak i na improwizacje.

Dłuższej recenzji nie będzie. Szkoda słów, podobnie jak i szkoda uszu na słuchanie tej płyty.

John Scofield - Überjam deux, Emarcy, 0602537337248, 2013

Khan Jamal Quintet - Black Awareness (diapazon.pl)

Khan Jamal, Byard Lancaster, Grachan Moncur III - ze czterdzieści lat temu, te nazwiska pojawiające się na jednej płycie, powodowałyby żywą reakcję ówczesnej "awangardowej" prasy jazzowej. Czas mija. W roku 2005 trójka weteranów wspomagana przez Dwighta Jamesa, również weterana, i o niecałe pokolenie młodszego, Dylana Taylora nagrała płytę dla wciąż niezależnej wytwórni CIMP. Wprawdzie materiał zatytułowany "Black Awareness" firmuje wibrafonista, jednakże utwory pochodzą mniej więcej po połowie od niego i puzonisty, który w ostatnim utworze również, hmmm.... "śpiewa" (wydawca był ostrożny, określając ów śpiew mianem "voice").

Pomijając zwykłą przyjemność słuchania, zawsze mając do czynienia z płytą niegdysiejszych awangardzistów, zastanawiam się czy muzyka, którą proponują po kilkudziesięciu latach jest w dalszym ciągu prowokująca, czy jest odmienna od tej sprzed lat. Mam pewnie jeszcze kilka innych pytań. "Black Awareness" nie jest muzyką odkrywczą. Dzisiaj, sytuuje się gdzieś w okolicy "środka jazzu, w którym powinien on być, gdyby nie krytycy kurczowo trzymający się tradycji". Jeszcze większej tradycji, niż muzyka zawarta na płycie.

Nie ulega bowiem dla mnie żadnej wątpliwości, że siedem zaprezentowanych tu utworów osadza się głęboko w tradycyjnym jazzie (i bynajmniej nie chodzi mi tu o Ory'ego, Mortona i innych pionierów). Próżno szukać jakichkolwiek nowości. Każdy z głównych jej sprawców, czyli Jamal, Lancaster i Moncur III, grają w sposób właściwy dla nich nie siląc się nawet na próby jakichkolwiek zmian swych przyzwyczajeń. Dostajemy zatem produkt, którego jazzfani, słuchający tej muzyki nie od dziś, a i znający bohaterów nagrania, mogą się jeszcze spodziewać przed wyjęciem płyty i zapoznaniem się z jej zawartością. Inna sprawa, że album ten jest chyba jednym z najlepszych firmowanych przez Khana Jamala od przynajmniej kilku, czy kilkunastu lat.

Czym innym jest jednak ciągłe poszukiwanie nowości w muzyce, a czym innym przyjemność, jaką ona daje. Oczywiście jedno z drugim może iść w parze. "Dark Awareness" daje właśnie taką radość słuchania. Poszczególne solówki, przede wszystkim Lancastera i Moncura III są pełne pasji. Utwory, choć trudno stwierdzić, by miały jakieś wyraziste, łatwo wpadające w ucho melodie, trzymają słuchacza jeśli nawet nie w napięciu, to w zaangażowaniu. W tym idyllicznym obrazie nieco przeszkadza mi... rewelacyjna jakość studyjnego nagrania. Aż przydałby się koncertowy brud, bo - nie mam wątpliwości - najlepszym miejscem do jej słuchania jest typowy jazzowy klub. Tam sprawdza się taka muzyka najlepiej.

Innymi słowy - nie odkrywcza, jednakże płyta zawierająca bardzo dobry, współczesny mainstreamowy jazz, którą można postawić obok najlepszych nagrań tego typu, jak choćby płyty kwintetu Dave'a Hollanda, czy kwartetu Williama Parkera.

Khan Jamal Quintet - Black Awareness, CIMP, #322, 2005; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl dnia 6.02.2006 r.