sobota, 24 listopada 2007

ROVA, czyli zwierzeń o II KJJ c.d.

W sumie ledwie umilkły braw salwy po koncercie Niggliego, do Krakowa zawitałą legenda. Jakże inaczej określić ROVA Saxophone Quartet? Uczył nas, miłośników jazzu, słuchać takiej, pozbawionej jakiegokolwiek oparcia w sekcji rytmicznej, w jakimkolwiek instrumencie, muzyki zaaranżowanej na cztery jedynie saksofony przed laty. Uczył oczywiście wespół z World Saxophone Quartet i powstałym pięć lat później 29th Street Saxophone Quartet. Przynajmniej ja takie kwartety saksofonowe z tamtych lat pamiętam.
Lata lecą i ROVA doczekała się już swego 30 lecia. I... w zasadzie spośród tych sprzed lat, pozostała jedyną na placu boju. WSQ - jeśli w ogóle nagrywa - to coraz częściej sięga po pomoc dodatkowych muzyków. ROVA, może za wyjątkiem sesji i koncertów z ROVAORCHESTROVA, czy wspólnych nagrań z Yo Miles! i Ganielin Trio, pozostaje wierna swej wizji muzyki układanej na cztery saksofony.
O ile jednak, na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego stulecia, ROVA, grając muzykę zdecydowanie "wolniejszą", jak i w ogóle przez sam zamysł kwartetu saksofonowego, traktowana była jako awangarda, tak obecnie i koncepcja nam spowszedniała i sama ROVA złagodniała, czego posłuchać można na właśnie wydanej zresztą płycie: The Juke Box Suite.
Łagodniej, milej, ale narzekał nie będę.
Spotkanie ze sztuką Ackleya, Adamsa, Ochsa i Raskina było przeżyciem. Niezależnie, czy ze sceny dobywały się dodekafoniczne skowyty, czy płynęła skoczna, oparta niemal na rockowym riffie muzyczka, było pięknie. Bo to kawałek historii. Kawałek muzycznej edukacji.
Ciekawie wypadało porównanie z ARTE Quartett, który zabrzmiał zaledwie kilka dni wcześniej, ale o tym - może - jeszcze kiedyś napiszę.
Prześlij komentarz