niedziela, 11 marca 2012

Resonance w Polsce

Niestety nie wiem, czy będę mógł być, ale odnotowuję:
wyśmienity projekt Kena Vandermarka Resonance ponownie zawita w naszym kraju. 14 marca 2012 odwiedzi Kraków w klubie Fabryka (Zabłocie 23, godz. 20.00), zaś następnego dnia pojawi się w Poznaniu w Pawilonie Nowej Gazowni (ul. Ewangelicka 1, godz. 20:00); pobyt w Polsce zakończy w Gdańsku 16 marca (Klub Żak, Sala Suwnicowa, godz. 20.00) Kto zatem żyw winien się tam pojawić.

Dominc Duval & Jimmy Halperin - Monk Dreams

Uwielbiam Monka. Za jego ponadczasowość. Za absolutny zmysł kompozycyjny. Jest według mnie wszakże autorem olbrzymiej ilości genialnych kompozycji jazzowych. Na nich wyrosły już pokolenia jazzmanów, a co niektóre są doskonale znane już w tzw. popkulturze. Monk jest wielki! Jeśli nie, to zapraszam na ubitą...

Znakomita większość współczesnych interpretacji Monka grywana jest przez różne składy, jednakże z fortepianem jako instrumentem głównym niemal zawsze. Czyli klasycznie. I nic tu nie pomogą pojedyncze utwory, pojawiające się tu i ówdzie w repertuarach nie-pianistów. W przeciągu ostatniego roku wpadły mi w ręce dwa nagrania składające się wyłącznie ze współczesnych transkrypcji Monka i jednocześnie pozbawione głównego, dla tego Twórcy instrumentu. Pierwszym z nich jest duet: Dominic Duval i Jimmy Halperin. Jedynie saksofon i kontrabas. Muzyka Monka pozbawiona dwu charakterystycznych cech. Fortepianu, który koślawo składa przeszłość z teraźniejszością, ba wybiega nawet w przyszłość i perkusji, która - bądź co bądź - tkwi jeszcze w źródle jazzu. Te dwa instrumenty w oryginalnej twórczości Monka, szczególnie późnego, z lat 60 ubiegłego wieku, to - mimo genialnej gry Charliego Rouse'a - wyznaczniki muzyki Wielkiego Pianisty. To te dwa elementy, które powodowały zawsze, że Monk był, jest i będzie.

Duet Halperina z Duvalem pozbawił muzykę Monka jakiegokolwiek odniesienia czasowego. Albo inaczej: sprowadził tę muzykę, do jedynie dwu wyznaczników - saksofonu i kontrabasu. To ten ostatni instrument nadaje tej muzyce absolutnie teraźniejszo-przyszły ton. Saksofon Halperina jest o niebo bardziej zakorzeniony w tradycji.

Muzyka duetu, który powinien być kwartetem wypada natomiast rewelacyjnie. Doskonałe, na wskroś jazzowe standardy już Monka, grane przez duet nabierają nowego znaczenia. To przeniesienie Monka o pół wieku, które zdaje się wciąż pokazywać, że twórczość ta, te tak dobrze nam znane kompozycje, są wciąż aktualne.

Pozostaje jeszcze mistrzowskie wykonanie. Czapki z głów i zapraszam do słuchania. Kameralny Monk XXI wieku to wciąż Monk i już XXI wiek. Dziękuję Halperinowi i Duvalowi zapewnienia mi tej absolutnie niecodziennej uczty. Nic dodać - nic ująć. Brak zbędnego dźwięku, a te które pozostały są absolutnie najwyższych lotów.

Dominic Duval & Jimmy Halperin - Monk Dreams - NoBusiness Records NBCD 2

Ron Horton - Subtextures

Ron Horton pojawił mi się gdzieś w nagraniach OmniTone. Wydawał się ciekawy. Subtextures to bodaj druga płyta firmowana jego nazwiskiem. Poprawny jazz środka. Aż do bólu poprawny. Melancholijne brzmienia flugelhornu i... świetna sekcja rytmiczna. W zasadzie płytę można i należałoby pominąć milczeniem, gdyby nie gra sekcji, a szczególnie Matta Wilsona. Jest świetny. Gorzej, że Horton wydaje się niezbyt pretendowany do roli leadera i głównego kompozytora płyty. Większość nagrań to jego kompozycje, oprócz nich jeszcze jedna pianisty, Franka Kimbrougha, jedno Andrew Hilla i dwa utwory klasyczne, Chopina i Messiaena. Słucham tej płyty już któryś raz, próbując się doszukać czegoś istotnego. Czegoś, co spowodowałoby, że mam ochotę do niej wracać. I niestety - oprócz Wilsona, a poniekąd i Allisona - niczego nie znajduję.
Szkoda, bo podróż z Hortonem - niegdyś - zapowiadała się ciekawie.
Subtextures niestety nie bardzo jestem w stanie polecić. Osiem utworów bez wyrazu, za to ze wspaniałą sekcją rytmiczną. To trochę za mało, by przebić się nawet na polu straight ahead jazzu. Sączące się utwory, o dość jednorodnym wymiarze po prostu nie pozostawiają po sobie niczego w pamięci (za wyjątkiem Wilsona).
Być może jednak, ktoś, kto słucha wyłącznie jazzu środka, znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Mi nie pomaga nawet tytułowa deklaracja w nazwie wytwórni. Talent w istocie jest, jednak lepiej, by go Horton nie zakopywał.

Ron Horton - Subtextures - Fresh Sound New Talent FSNT 175 (2003)

środa, 7 marca 2012

Günter 'Baby' Sommer - Live in Jerusalem

Uważam, że serwis allmusic.com robi dla muzyki absolutnie świetną robotę katalogując niesamowite ilości muzyki, opatrując płyty recenzjami, zaś samych muzyków ukazując w biogramach. Po wpisaniu jednak hasła Günter Sommer informacja, jaką uzyskałem powaliła mnie na kolana. Cała treść wpisu wygląda tak: Informacja o Sommerze na AllMusic.com

Cóż, może to i dobrze, że mnie informacja ta powaliła na kolana, albowiem jest to dość dobra pozycja dla posłuchania sobie nagrania jakie na zaproszenie JC Jonesa zrealizował dla jego Kadima Collective legendarny niemiecki perkusista Günter 'Baby' Sommer. Płyta zawiera sześć utworów nagranych w różnych składach - od solowego popisu Sommera po kwartet. Niemieckiemu gościowi towarzyszą izraelscy muzycy, z których - jak sądzę - najbardziej znany w Polsce jest Assif Tsahar.

I o take Jeruzalem my walczyli. Widać atmosfera tego świętego dla wielu religii miejsca jest również święta, bo muzyka jaką zawiera płyta jest absolutnie natchniona. Mimo zmiennych składów, mimo przyjętej konwencji grania zupełnie otwartego free improv, utworów tu zawartych słucha się jakby była to skrząca się wieloma kolorami suita. Nie przypominam sobie, by muzycy ci wcześniej wspólnie ze sobą grywali, jednak pomiędzy nimi najwyraźniej zadziałała magia Świętej Ziemii, skoro całość jest tak chemicznie spójna. Skrzą się zatem różne dęciaki na tle - co tu dużo kryć - wybijającej się na pierwszy plan, a przynajmniej równoważnej z instrumentami dętymi, perkusji. Prowadzą dialogi. Z samym bohaterem tej sesji, ale gdy muzyków jest choś nieco więcej - również ze sobą nawzajem. Jest w tej muzyce nieco z mistyczności, lecz nie tej rodem od Coltrane'a, raczej od Aylera. Jest jakaś magia, jakiegoś niezidentyfikowanego rytuału. Muzyka bliska źródła. Jakiego? Otóż, to - żadnego, czyli każdego zarazem.

Płyta godna polecenia dla sympatyków muzyki free, bo to free doprawdy wysokich lotów.

Günter 'Baby' Sommer - Live in Jerusalem (2009) - Kadima Collective KCR 19

Tim Berne - Snakeoil

Po którymś już z rzędu wysłuchaniu najnowszej płyty Tima Berne'a zaczynam się skłaniać ku tezie, że jednak Manfred Eicher potrafi na każdym muzyku i każdej muzyce nadać swoje piętno. Uwielbiałem niesamowite nagrania Berne'a, które wydawał dla swojej Screwgun. Generalnie uwielbiałem Berne'a z tamtych czasów. Potem różnie już bywało, bo i sam muzyk jakby mniej się udzielał, ale i jego nagrania w coraz większym stopniu stawały się "przestrzenią zakomponowaną". Tak jakby Berne-improwizator, kompletnie nietuzinkowy, improwizator, chciał wszystkim pokazać, że umie komponować utwory. Taki wybór, a mi nic do tego. Do jednego mi wszkaże.

Wraz z przeradzaniem się Berne'a w kompozytora muzyki, gdzieś zatracił się tej muzyki żar. O ile w niesamowicie pokręconych frazach Bloodcounta, czy Big Satana zawsze - jako słuchacz - znajdowałem się w miejscu, w którym niezmiernie ciekaw byłem rozwoju utworu, kolejnych podawanych mi przez muzyków fraz, tak w przypadku Snakeoil (choćby) tak już nie jest. Wszystko tu dopięte na ostatni guzik. Kompozycje same w sobie być może i interesujące, ale... No właśnie, kota na śmierć ponoć też można zagłaskać. I "Snakeoil" taką dla mnie jest. Zagłaskaną do granic możliwości. Z uwagi na złożone kompozycje lidera, trudno mi powiedzieć, by muzyka ta była przewidywalna. Trudno mi jednak powiedzieć również, by rodzaj jej nieprzewidywalności w jakikolwiek sposób próbował mnie zaciekawić choćby, bo na pewno już nie uwieść. Być może, gdyby usłyszeć to nagranie na żywo. Być może, gdyby nie wszechłagodzące paluchy Eichera, ta muzyka by zyskała. Niestety tak nie jest. Po prostu nie ciekawi. Nie jestem ciekaw w jaki sposób potoczy się linia rozgrywana czy to przez Noriegę (uwielbiam go), czy to przez Mitchella (nie znam), czy też przez samego Berne'a (uwielbiam). I co z tego, że Ches Smith gra w sposób absolutnie nietuzinkowy. Jeden kwiatek na cztery?

Berne pozostaje sobą, ale jest swoją wersją jakby oglądaną przez szybę. Niby podobne frazy co niemal zawsze. Niby ten sam rys harmoniczny. Wszystko to jednak jest tak ułagodzone, że w którejś chwili myśl sama ucieka od dźwięków. Moja myśl, bo ktoś inny może przecież myśleć inaczej.

I w zasadzie nawet nie to zakomponowanie i nie to ułagodzenie mam tej płycie za złe. Niech tam, lubię i łagodne brzmienia. To, czego nie mogę znieść, to że jest to kolejna płyta nagrana dla ECM, znanego uprzednio muzyka, którą mógłby nagrać każdy inny muzyk posługując się jego partyturą. Gdzieś podział się i zagubił Tim Berne. Powstała muzyka Manfreda Eichera napisana przez Tima Berne'a i zagrana w sposób charakterystyczny dla produkcji ECM. Dla mnie to za mało.

Tim Berne - Snakeoil (2012) - ECM 2234

niedziela, 5 lutego 2012

Licencje - czyli warunki udostępniania tekstów

Witajcie,

już jakiś czas chodziło mi to po głowie. Rzec można od bardzo dawna. Brak porządku z tekstami udostępnianymi w internecie jest tak duży, że albo wszystkim się wydaje, że wszystko można (w imię "demokracji"), albo nie bardzo wiadomo, czy można i jak. Postanowiłem zatem raz na zawsze zrobić porządek z moimi tekstami.

OGÓLNE WARUNKI LICENCYJNE (ver. 1)
udostępniania tekstów podpisanych jako Paweł Baranowski lub pavbaranov publikowanych w internecie.

1. Warunki obejmują wszelkie teksty związane z muzyką, jakie pod zostały umieszczone lub zostaną umieszczone w internecie, a których jestem autorem.
2. Licencja obejmuje zarówno tekstu już opublikowane, jak i te, które zostaną opublikowane po jej zamieszczeniu. l
3. Teksty określone wyżej mogą być wykorzystywane przez podmioty trzecie na następujących zasadach:
a. Każdy ma prawo do bezpłatnego przedrukowywania moich tekstów w dowolnym medium jeśli robi to dla użytku niekomercyjnego.
b. W przypadku użytku komercyjnego, publikowanie moich tekstów jest możliwe po uzyskaniu odrębnej mojej zgody.
c. Każdy kogo mój tekst dotyczy, ma prawo dowolnego użytku z moich tekstów tak całości, jak i w części nawet jeśli czyni to dla celów komercyjnych. W szczególności zapis ten dotyczy muzyków, klubów muzycznych, czy organizatorów imprez.
d. Przedrukiem może być objęta całość lub część tekstu. W ostatnim przypadku, używający tekstu nie ma prawa wykorzystywać tekstu w sposób, który zmieniłby sens mojej wypowiedzi.
e. W przypadku tekstów takich jak biogramy, czy dyskografie wykorzystywane w celach niekomercyjnych, mogą być dowolnie używane, w tym zmieniane i uzupełniane, bez mojej odrębnej zgody. Używanie ich do celów komercyjnych odbywa się na zasadach określonych w pkt. 2 lit b-d.
f. Każdy przedruk jest możliwy wyłącznie z podaniem autorstwa i źródła pochodzenia.
4, Dotychczasowe warunki umieszczania tekstów wypracowane z kilku podmiotami nie ulegają zmianom. W szczególności podmioty te nie muszą uzyskiwać mojej nowej i oddzielnej zgody zgodnie z niniejszą licencją.
5. Niniejsze warunki stosuje się jeśli pod tekstem nie istnieją noty zmieniające bądź wykluczające tę licencję lub też udzielające licencji na odmiennych zasadach.
6. Przez użytek komercyjny rozumie się:
a. używanie moich tekstów w mediach, które za dostęp do nich pobierają jakąkolwiek opłatę w jakiejkolwiek formie, także niepieniężnej,
b. używanie moich tekstów, w sposób, który używającemu przynosi bądź może przynieść dochód,
c. używanie moich tekstów w celach reklamowych takich jak np. opisy płyt w sklepach internetowych, stronach dystrybutorów bądź producentów płyt, stronach muzyków, klubów muzycznych czy organizatorów imprez.
7. Warunki obowiązują do czasu, do kiedy ich nowa treść nie zostanie podana do wiadomości pod adresem pavbaranov.blogspot.com

Aby nie było żadnych wątpliwości, licencją powyższą są objęte także teksty, jakie ukazały się w serwisie diapazon.pl.

W przypadku, gdy nie masz pewności czy możesz publikować mój tekst - spytaj - poniżej jest miejsce na komentarze, które treść mogą świetnie uzupełnić. Proszę jednak nie zamieszczać tu komentarzy, które nie mają związku z treścią licencji. Tego typu komentarze będą usuwał, choć niechętny usuwaniu komentarzy jestem.

Przepraszam, za tę - nazwijmy to prywatę - ale w przeszłości z jednej strony moje prawa bywały naruszane, z drugiej zaś strony od czasu do czasu dostaję zapytania, czy i jak ktoś może wykorzystać mój tekst.

środa, 1 lutego 2012

Led Bib - Bring Your Own

Led Bib jest uznaną już kapelą brytyjską. Nominowana i uhonorowana wieloma nagrodami mimo wszystko zdaje się być niezbyt popularna w Polsce. Inna sprawa, że stylistyka, którą uprawia, chyba nie cieszy się w naszym kraju entuzjazmem fanów. Może się zresztą mylę.

Ich, ale przecież nie tylko, muzyka, jest dla mnie w końcu przykładem na homogeniczne połączenie rocka i jazzu. Nigdy jakoś fusion z przełomu lat 70 i 80 ubiegłego wieku mnie nie pociągał. Nie mówiąc już o muzyce z niego w latach późniejszych wyrosłej. Dość powiedzieć, że za najlepsze nagranie łączące rock i jazz z końca lat 60 uważam "Machine Gun" oktetu Brotzmanna, choć powszechnie płyta ta zaliczana jest do europejskiego free jazzu. Pewnie kiedyś przyjdzie mi się jeszcze z tego wytłumaczyć, ale to zupełnie inny temat. Jazz w koegzystencji z rockiem zaczął mnie przekonywać do siebie gdzieś w muzyce końca XX wieku. I bynajmniej nie w wersji prezentowanej przez luminarzy fusion. Gdzieś wówczas muzykom udało się w końcu połączyć oba gatunki wychodząc od ekspresji obu tych stylistyk. Nadto w końcu udało im się dostrzec, że naturalnym sprzymierzeńcem jazzowych improwizacji i fraz, jest moc wyrosła z hard i punk rockowego korzenia. Nie z wszelkich art-rockowych pomysłów takich zespołów, jak choćby Yes. Bliżej jest muzyce choćby wspomnianego Brotzmanna do Dead Kennedys niż do Genesisu. Nie Camel zatem, nie długachne i nie wiadomo gdzie prowadzące improwizacje, ale krótkie, mocne formy walące wprost, w między uszy słuchacza.

Inna sprawa, że słuchacz się chyba też zmienił. Tak młodzi jazzmani, tak muzycy rockowi, jak i słuchacze wyrastali na podobnych dźwiękach. Już nie tyle Pink Floyd, ale Pearl Jam (choć ten drugi grywa podczas koncertów utwory wcześniej wspomnianego, co jest wyłącznie jeszcze jednym przykładem, że to my tworzymy jakieś bariery, czy barierki, sami muzycy ich nie widzą i nie mają). Niemniej jednak gdzieś w końcówce XX wieku, jeśli ktoś chciał słuchać muzyki "dla młodych" miał do wyboru albo świat MTV i okolic, mniej lub bardziej plastikową muzykę, mniej lub więcej rapu w niej, albo... świat brudnych dźwięków grunge'a, niejednokrotnie z niezbyt łatwymi harmoniami, z linią melodyczną (wokalną) kompletnie oderwaną od warstwy granej przez instrumentalistów. (Porównajcie sobie np. utwory na "Ten" Pearl Jam z jakimkolwiek utworem choćby Deep Purple - jest różnica? Wokal Eddie Veddera praktycznie nie znajduje wsparcia w grze Steve Gossarda i kolegów, nie jest harmoniczną konsekwencją gry pozostałych członków zespołu. Do tego krótkie solówki z jednej strony, z drugiej zaś wiele z tego co się dzieje podczas zwrotek i refrenów jest jedną wielką solówką. Co innego nawet Black Sabbath. Owszem są solówki Iommiego, ale kiedy przychodzi do zwrotek, czy refrenów Osbourne dostaje solidną podstawę harmoniczną, tak solidną, że trudno sobie wyobrazić inny przebieg melodyczny warstwy śpiewanej). Już wiadomo o co mi chodzi? Opisana stylistyka nie jest odległa przecież od jazzu. Tu również muzyka bywa realizowana w ten sposób. Jakiś background, na którym rozwija się solista (no, chyba, że akurat dochodzi do kolektywnej improwizacji). Jest zatem blisko. O wiele bliżej niż w przypadku jazzu, nazwijmy go w post bopowej wersji i muzyki rockowej końca lat 60 i lat 70 ubiegłego wieku. Przynajmniej tej najbardziej oczywistej.

Być może nie mam racji, ale wydaje mi się, że to właśnie na takiej bazie ukształtowało się nowe oblicze muzyki stojącej u zbiegu rocka i jazzu. Krótko, dosadnie, brudno... to wszystko jest w grunge'u. To w jeszcze większym stopniu istniało już wcześniej w hard core. A przecież pokolenie muzyków, które doszło do - chciałoby się rzec władzy, ale tej niestety muzycy nie mają, chyba, że nad naszymi duszami - swoich instrumentów wyrosło właśnie w takiej atmosferze. Bo raczej Samanthę Fox, czy Sabrinę wykluczam.

Ma być zatem głośno i dosadnie. I jest. Ma być krótko. Muzyka traci swój linearny przebieg jak to miało miejsce w czasach fusion. Muzyka składa się jakby ze slapstikowych fragmentów, połączonych ze sobą w sposób, który słuchając jej trudno przewidzieć. Nie ma żadnej oczywistości. Poszczególne utwory nie dzieją się, one są. Tak jakby poszczególne ich fragmenty gdzieś już były w którymś wymiarze, a rolą muzyków było znalezienie ich w określonym momencie w danej przestrzeni.

To już bodaj czwarta płyta Led Bib. Nie będę pisać czym się różni od poprzednich, bo nie ma to najmniejszego sensu. Jest ich konsekwencją. Można mieć wszystkie, można jedną jeśli taka muzyka do Was dociera.

Na pewno nie jest to muzyka dla fanów jazzu spod znaku Rollinsa, czy kwintetu Davisa. Nawet nie jest to muzyka dla fanów "Bitches Brew", czy późniejszego fusion Pastoriusa, Weather Report czy Return to Forever. Nie tędy droga. Nie ta stylistyka, nie te korzenie. Słuchający Ruins, Sonic Youth, czy The Thing - nie mówiąc już o pokrewnym stylistycznie - Tyft - mogą jednak znaleźć w Led Bib wiele interesujących wrażeń. Ja znalazłem.

Led Bib - Bring Your Own (2011), Cuneiform Records RUNE314