czwartek, 22 marca 2012

Fred Anderson/Robert Barry - Duets (EMD.PL)

Ta płyta dwóch jazzowych weteranów zdaje się nie być na swoim miejscu w katalogu Thrill Jockey. Wydała ją bowiem wytwórnia kojarzona dotychczas z tzw. nową muzyką. To przecież tutaj ukazały się płyty Tortoise - sztandarowej grupy postrocka, tu również pojawiły się amerykańskie edycje płyt Oval, kto wie czy nie najważniejszej i najbardziej wpływowej formacji nowej elektroniki. Co prawda wśród wielu wykonawców i grup rockowych, postrockowych, avant-popowych i elektronicznych, związanych z Thrill Jockey, pojawiali się już wcześniej artyści kojarzeni z jazzem, ale byli to ci, dla których jazz był tylko jednym z elementów muzycznej układanki. Typowym przykładem jest Rob Mazurek. Kierowane przez niego zespoły (Chicago Underground Duo, Chicago Underground Quartet, Isotope 217) wydały w Thrill Jockey dotychczas siedem płyt wypełnionych (w zależności od nazwy grupy w różnych proporcjach) mieszanką różnych odmian jazzu, elektroniki, postrocka, minimal music.

Co w takim razie robi tu płyta Barry'ego i Andersona, płyta na której nie ma przecież żadnych nowości, żadnych eksperymentów, są tylko dwaj muzycy grający jazz żywcem (?) przeniesiony z lat sześćdziesiątych? Szczerze mówiąc tego nie wiem. Wiem tylko, że jest to płyta bardzo dobra i jestem wdzięczny wytwórni Thrill Jockey, że ją wydała, że nie ograniczyła swojej oferty do muzyki na stałe z nią kojarzonej.

Jak już wspominałem, Barry i Anderson to prawdziwi weterani. Gdyby zsumować lata spędzone przez nich na graniu jazzu, to otrzymalibyśmy ich sporo ponad setkę. W tym czasie zagrali tysiące koncertów, niewiele natomiast wydano płyt z ich udziałem. Tym bardziej należy więc zwrócić uwagę na album dokumentujący ich spotkanie.

Robert Barry (rocznik 1933) zaczął grać zawodowo na perkusji pod koniec lat czterdziestych, już jako piętnastolatek; pierwsza płyta z jego udziałem ukazała się w 1953 roku. Grał z większymi i mniejszymi, ze sławnymi i nieznanymi, z artystami i rzemieślnikami. Byli wśród nich między innymi Gene Ammons, Andrew Hill, Jimmy Reed, Muhal Richard Abrams, Ira Sullivan, podobno grał też z Milesem Davisem. Jednak najczęściej kojarzony jest z dwoma artystami: przez starszych z Sun Ra (grał w jego zespołach przez ćwierć wieku), a przez młodszych z Kenem Vandermarkiem (był członkiem Sound in Action Trio).

Fred Anderson (rocznik 1929) zaczął grać na saksofonie tenorowym jako dwunastolatek; ćwicząc po siedem godzin dziennie doszedł do tego co było jego zamiarem: nie chciał naśladować nikogo i nie chciał brzmieć tak jak inni. Nie miał jednak większego szczęścia do nagrań. Chociaż profesjonalnie występować zaczął już w latach pięćdziesiątych, to pierwsza płyta z jego udziałem ukazała się dopiero w 1966, niewiele też wydał płyt solowych. Sytuacja poprawiła się dopiero w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Reedycje niskonakładowych i trudnodostępnych płyt, opóźnione premiery czy też nowe nagrania zawdzięczamy przede wszystkim wytwórniom Okka Disk i Atavistic. Będąc jednym z założycieli AACM, Anderson grywał głównie z muzykami z tego kręgu (np. z Josephem Jarmanem, Edwardem Wilkersonem, Kahilem El'Zabarem), ale nie ograniczał współpracy tylko do nich (ma na koncie nagrania z austriacką formacją The Neighbors, z Peterem Kowaldem, Williamem Parkerem, Marylin Crispell). Dochował się również grupy uczniów, muzyków, którzy rozwijali się grając w jego zespołach (obecnie najbardziej znanym z nich jest perkusista Hamid Drake). Ponieważ z grania jazzu ciężko było wyżyć, Anderson pracował od lat pięćdziesiątych między innymi jako kelner i barman, obecnie zaś prowadzi klub The Velvet Lounge, w którym regularnie występuje, czego świadectwem może być rewelacyjna płyta "Live At The Velvet Lounge"" tria z Peterem Kowaldem i Hamidem Drake.

Omawianą płytę nagrano jednak w Empty Bottle - innym cenionym chicagowskim klubie - 22 maja 1999 roku (tak więc 2001 z tytułu odnosi się do daty wydania, a nie do daty nagrania zawartego materiału). Jest to zapis dopiero drugiego wspólnego koncertu tych muzyków, bo chociaż występują od lat, to wcześniej nie mieli okazji grać ze sobą. Tym większe jest zaskoczenie, gdy zaczynamy słuchać tej muzyki. Odnosimy bowiem wrażenie, że Anderson i Barry tworzą jeden organizm, że zespolili się w jednego jazzmana o czterech rękach. Stopień porozumienia między nimi jest po prostu niebywały. Każdy z nich podąża za drugim, wspomagając jego partie swoją czujną i uważną grą tak, że muzyka rozwija się i dąży w najlepszym z możliwych kierunków. Co należy podkreślić, wykonywane utwory to nie znane i grywane przez nich standardy, ale własne kompozycje stworzone podczas występu. I nie jest ważne, że kończący całość "Dark Day" znamy z kilku płyt Andersona, bo każda jego wersja jest inna, każda jest ciekawa, a ta dzięki znakomitej grze perkusisty jest jedną z najlepszych jakie słyszałem. Fred Anderson jest obecnie w Polsce artystą znanym i cenionym (odkryto go za sprawą Kena Vandermarka, z którym zresztą nagrywał), jego umiejętności i doświadczenie sprawiają, że nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, przyznać trzeba - poziomu niedostępnego dla większości tych, którym wydaje się, że grają jazz. Warto natomiast podkreślić znakomitą grę Roberta Barry'ego, muzyka, który znakomicie akompaniuje i równie znakomicie improwizuje. Jego gra jest precyzyjna i skupiona, ale jednocześnie pełna inwencji i radości. Podobnie można by napisać o Andersonie. Ale zamiast pisać i czytać lepiej słuchać.

Płyta "Duets 2001" zawiera ponad pięćdziesiąt minut znakomitej muzyki stworzonej przez dwóch doświadczonych, wciąż pełnych inwencji muzyków, którzy pomimo wieku i stażu nadal cieszą się z grania. Zawiera free jazz wyrosły z tradycji lat sześćdziesiątych, ale co nietypowe dla tego rodzaju muzyki, Anderson i Barry grają bardzo delikatnie, nie ma tu żadnych pisków saksofonu, przedęć i innych środków wyrazu z upodobaniem stosowanych przez freejazzowych muzyków, również partie perkusji są łagodne i stonowane. Wielką zaletą tej płyty jest fakt, że nagrano ją w duecie. Możemy bowiem dokładnie wysłuchać partii obu muzyków, które przy bogatszej instrumentacji moglibyśmy przegapić lub po prostu zostałyby zagłuszone. Niektóre płyty nagrane przez duety sprawiają wrażenie jakby czegoś brakowało, jakby to była płyta tria lub kwartetu, z której ktoś przez pomyłkę wykasował niektóre partie. Tutaj tego nie ma. Choć słychać tylko dwa instrumenty to brzmienie jest kompletne.

Autor: Tadeusz Kosiek
Licencja CC-BY-NC-ND

Fred Anderson/Robert Barry - Duets - Thrill Jockey THRILL 101 (2001)
Prześlij komentarz