wtorek, 13 marca 2012

Whit Dickey Trio - Emergence

Whit Dickey, od czasu rozstania z kwartetem Ware'a wziął udział w co najmniej kilku świetnych sesjach, w tym także zrealizowanych pod własnym nazwiskiem. Do dzisiaj jednak, dla niektórych pozostaje "perkusistą od Ware'a". Dość to krzywdząca dla Dickeya opinia i należy czym prędzej ją zmienić, a nagrania jego trio, pochodzące z 2009 roku tylko utwierdzają w tym zdaniu.

Płyty Dickeya mają dla mnie pewien magnes, powodujący, że powracając do nich, zawsze słucham ich z wielką ciekawością. Nie wiem, czy to gra perkusisty, czy (pewnie tak) dość uważnie dobieranych do projektów pozostałych muzyków. Fakt, pozostaje faktem.

"Emergence" jest odpowiednim tytułem. Każda z ośmiu kompozycji tu zawartych, wyłania się jakby z niczego. Powstaje z niebytu ukazując swe jakieś (aż się to słowo ciśnie na usta) mądre piękno. To swobodnie rozwijająca się improwizacja, oparta na kompozycjach. Wszystkie raczej w dość wolnych tempach. Delikatne, oniryczne. Brak kontrabasu spowodował, że w muzyce jest więcej przestrzeni niż zazwyczaj. Dickey - niemal jak zwykle - jest w swej grze niesamowity. Rozkłada akcenty w tak niespodziewany sposób, że perkusja staje się kompletnie wyemancypowanym instrumentem tria. Niemal melodycznym. Yamamoto, najmniej utytułowana członkini zespołu, grywa w stylu może z lekka przypominającym Marilyn Crispell. Choć z drugiej strony jej pianistyka w większym stopniu ciąży w kierunku post-bopu. No i Daniel Carter. Tym razem nie tylko saksofonista, ale i trębacz i flecista. Tym razem też bardzo stonowany.
I mimo, że muzyka - jak powiedziałem - jest wyciszona, w każdym dźwięku tkwi jej energia. Uwielbiam tego typu granie. To tak, jakby triu udało się uchwycić ten nieuchwytny w czasie moment, tuż po wstrząśnięciu nitrogliceryny, a jeszcze przed jej wybuchem.

Genialna, subtelna płyta, która za każdym razem potrafi zachwycić na nowo.

Whit Dickey Trio (Eri Yamamoto, Daniel Carter) - Emergency, (2009), NotTwo Records MW 814-2
Prześlij komentarz