niedziela, 23 czerwca 2013

John Scofield - The John Scofield Quartet Plays Live (diapazon.pl)

Jest kilka zespołów w historii jazzu, które mnie niemalże elektryzują. Jest kwintet i sekstet Davisa z lat 50., jest kwartet i trio Ornette'a Colemana z lat 50. i połowy 60., i jeszcze kilka innych. Pośród nich jest kwartet jakiego już nie będzie: John Scofield Quartet z Joe Lovano na saksofonie. Naprawdę piękne granie.

Mieliśmy okazję przekonać się o tym na żywo, albowiem kwartet ten gościł w Polsce chyba 2 czy 3 razy. Wówczas pamiętam takie sobie, raczej chłodne recenzje, które czytałem chyba w "Jazz Forum". Wydaje mi się, że wówczas, na przełomie lat 80. i 90., karmieni w Polskim Radio bardzo konserwatywnym jazzem oraz muzyką jazzowo-folkową Methenego itp., nie byliśmy jeszcze w pełni przygotowani do słuchania takiego jazzu. Dla mnie wówczas gitarzysty, który doszedł do wniosku, iż jest tylu lepszych, których poziomu nie doścignie, Scofield był jednym z tych, którzy wskazywali jak grać nowocześnie jazz na gitarze. Dojrzewałem i ja do tej muzyki długo, ale jak pokochałem - to chyba raz na zawsze. Mówię o kwartecie Scofielda, ale w krótkiej 4-letniej historii tego zespołu, niezmienni byli jedynie Scofield i Lovano, zmieniała się sekcja.

Wiedziałem, iż istnieją koncertowe nagrania Scofielda z jego kwartetem wydane na CD, tu z Markiem Johnsonem na basie i Billem Stewartem na perkusji. Na płycie znajdują się jedynie trzy utwory: "Stranger To The Light", "Meant To Be" i Chariots, dobrze znane z pierwszych dwu płyt kwartetu, jednakże inwencja improwizatorska jaką przejawiają w poszczególnych utworach nie ma sobie równych. W odróżnieniu od wersji studyjnych, te wzbogacone zostały solami Billa Stewarta w utworach 1 i 3 oraz Marca Johnsona w utworze 1. Najważniejsze jednak sola należą do dwu frontmanów Scofielda i Lovano, sola które tu przyjmują imponujące ramy kilkuminutowych popisów.

Scofield, mocno osadzony w bluesie, gra takie sola, że ciarki spacerują po plecach. Pomimo, iż trudno powiedzieć by kompozycje Scofielda oparte były na typowym jazzowym swingu (szczególnie pochód basu jest realizowany w kompletnie inny sposób), to sola Scofielda niesamowicie swingują. Lovano to klasa dla siebie. Nie ma obecnie innego tak dobrego tenorzysty. Być może Carter jest bieglejszy, być może technicznie bardzo dobrze gra Murray, byc może można mieć jeszcze estymę dla Rollinsa, Sheppa czy Sandersa, być może bardzo ważnym tenorzystą jest Marsalis, ale tak jak gra Lovano gra tylko on i nikt inny.

Sposób w jaki poszerza harmonie, znane jeszcze chyba od czasów mistrzów saksofonu z lat trzydziestych, jest wyśmienity. Lovano potrafi grać dźwięki spoza skali, które ani przez chwilę nie powodują niepotrzebnych dysonansów. Pozostaje wrażenie, że tak właśnie winna brzmieć w tym momencie harmonia (w zasadzie chyba to jest tym ogniwem, które jest wspólne w improwizacjach Lovano i Scofielda, co powodowało, iż ich nagrania zawsze były tak elektryzujące), a przecież gdyby popatrzeć na jej zasady to na pewno tak nie jest.

Trudno tu wyróżnić któryś z utworów. Mnie najbardziej chyba podoba się "Meant To Be". Bo to chyba najlepsza kompozycja na płycie. Niemniej jednak grane z niemalże rockową zadziornością "Chariots", znacznie ostrzej niż na oryginale studyjnym, też nie pozostawia człowieka obojętnym. W tym utworze są zresztą chyba najlepsze sola Lovano i Scofielda. Na płycie imponuje też zgranie zespołu. Jest cudowne. Pozostali muzycy kwartetu to fachmani najlepszej wody, a swingu od Stewarta winni uczyć się młodzi polscy perkusiści w szkole.

Płyta dla wielbicieli Scofielda i Lovano, ale nawet ci, jak mój dobry znajomy, dzięki któremu mam tę płytę, którzy Scofielda nie lubią dostrzegają, iż jest to naprawdę dobra muzyka.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jedno, pomimo, iż płyta jest "niewiadomego pochodzenia" - wszakże koncert z roku 1991 winien być wydany przez Blue Note, to brzmi na sprzęcie, którego wyłącznym przeznaczeniem nie jest odtwarzanie wyłącznie nagrań testowych zaskakująco dobrze.

John Scofield - The John Scofield Quartet Plays Live, JazzDoor, JD 1249, 1993; recenzja ukazała się pierwotnie w Diapazon.pl
Prześlij komentarz